Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Przecież to niewiele, czyli domowa emigracja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię i nazwisko mojej koleżanki, z którą nie rozmawiałem już…no, będzie już z sześć lat. – O proszę. Jaka niespodzianka – pomyślałem. – Cześć – wykrzyczałem z nadzieją i zdziwieniem do słuchawki. Ale usłyszałem w odpowiedzi tylko trzaski charakterystyczne dla przypadkowego połączenia. – Halo, halo – krzyczałem. Ale nic to nie dało. Tylko trzaski, szumy i pikanie przypadkowo naciskanych klawiszy. Szkoda. Nie udało się. Oddzwoniłem, ale nie przyniosło to nic więcej. Numer był zajęty. Całe to wydarzenie skłoniło mnie do przemyśleń, ile to już lat minęło odkąd ostatni raz widziałem moją znajomą tak twarzą w twarz. Na żywo. Tak, to już z dziesięć lat! Potem rozmawialiśmy już tylko telefonicznie i to coraz rzadziej. Aż w końcu kilka lat temu kontakt zupełnie się urwał. A teraz ten telefon z innego czasu i zupełnie innej przestrzeni. Bo ona już przecież ponad dekadę mieszka w Norwegii. Niby nie tak daleko. Wystarczy wsiąść w samolot i już. Blisko. Ale czy na pewno. Przecież to nie jest na drugiej stronie ulicy. Nie w innej dzielnicy. Nie da się tak po prostu, po pracy, wyskoczyć na chwilę do niej, aby się spotkać i pogadać. Wyjechała za pracą. Za lepszym życiem. Tak jak bardzo wielu Polaków. To dobrze, że tak można, ale źle, że nas to tak bardzo podzieliło. Jakoś nie mogę zapomnieć o tym telefonie. To takie nierzeczywiste i bardzo dziwne, gdy ktoś pojawia się w twoim życiu tak niespodziewanie i tak po wielu latach. Nie dodzwoniłem się, więc wysłałem wiadomość tekstową. I co? I nic. Cisza. Może to całkowity przypadek. Może to tylko przypadkowy zestaw znaków wybrany w kieszeni jakiegoś Norwega czy Norweżki, którzy przez przypadek otrzymali od operatora numer telefoniczny mojej koleżanki, gdy ona z niego zrezygnowała. Ja w pamięci telefonu przechowuję wszystkie numery, jakie kiedykolwiek dostałem. Dlatego mnie się właśnie to nazwisko wyświetliło na aparacie. Taki wielki międzynarodowy zbieg okoliczności. Ale to zdarzenie uświadomiło mi jak niewielu mam znajomych tu blisko mnie. W moim mieście. Jak niewielu jest w moim życiu przyjaciół, którzy nie wyemigrowali. Uświadomiło mi jak czasami czuję się samotny. Jak bardzo mam poczucie, że to właśnie ja jestem na emigracji, bo jeśli ojczyzna to wszystko, co bliskie, to bardzo wiele osób z tej mojej ojczyzny przeniosło się za granicę.

 

Jest taka piosenka Jacka Kaczmarskiego zatytułowana Nasza Klasa. Ja też wzorem autora mogę zapytać, co się stało z moimi znajomymi i przyjaciółmi? Ich adresy to numery domów gdzieś w Londynie, Bracknell, gdzieś w Szkocji, na Islandii a nie w moim i ich rodzinnym mieście. Teraz jak chcę zadzwonić do kolegi czy koleżanki to wybieram dziesiątki cyfr na telefonie, bo przecież łączę się z Kanadą czy Hiszpanią. Jest dokładnie jak u Kaczmarskiego: Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy, Staszek w Stanach sobie radzi, Paweł do Paryża przywykł, (…) Za to Magda jest w Madrycie i wychodzi za Hiszpana, Maciek w grudniu stracił życie, gdy chodzili po mieszkaniach, Janusz, ten, co zawiść budził, że go każda fala niesie, Jest chirurgiem – leczy ludzi, ale brat mu się powiesił. Mijają lata a ta piosenka jest jakby coraz bardziej aktualna. Ja znam już tylko przyjaciół z widzenia… bo widuję ich na skypie. Znam ich tylko z liter na ekranie. Rozmawiamy poprzez maile. Przez łącza internetowe. Jesteśmy blisko, choć geograficznie tak daleko. – Już nie chłopcy, lecz mężczyźni. Już kobiety, nie dziewczyny, Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy, Wszyscy są odpowiedzialni, wszyscy mają w życiu cele, Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele – słyszę w głowie powtarzające się słowa piosenki. I tak sobie myślę przeglądając książkę z numerami w moim telefonie, że znów nie mam się, z kim spotkać wieczorem, bo kolejny z przyjaciół wyjechał. Ma rację Jacek Kaczmarski:  Wszyscy w miarę są normalni, ale przecież to niewiele.