Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Szczęść boże na dzień dobry?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Do osoby duchownej zwracamy się inaczej niż „dzień dobry” – zwróciła się wielce oburzona pani w wielkim kapeluszu do mojej koleżanki. W ten sposób zwróciła jej uwagę na niestosowne, jej zdaniem,  słowa powitania jakie padły z ust mojej koleżanki na przywitanie księdza . Dostała reprymendę  od pani, która przesłuchiwała się rozmowie mojej koleżanki z osobą duchowną. Ale nie pozostałana to jawne „bluźnierstwo” obojętna. Oberwało się mojej znajomej tylko dlatego,że we własnej firmie zwróciła się do niego tak jak do wszystkich innych klientów, grzecznym ale świeckim „dzień dobry”. – Jeżeli ktoś widzi księdza i chce się poprawnie przywitać, to powinien powiedzieć słowa: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – usłyszała naukę dobrych obyczajów od całkowicie przypadkowej osoby. Zamurowało ją, bo wydawało jej się, że jest osobą grzeczną.A tu proszę przyszedł klient i ją poucza zarzucając, że jest niewychowana.  – Ale ja jestem niewierząca, proszę pani – powiedziała spokojnie, gdy jej minęło zaskoczenie spowodowane reprymendą. – Ale jak tak można! W Polsce przyjęło się, że do księdza mówimy „proszę księdza” bo mówienie „per pan” brzmi dziwnie i tak się nie powinno mówić – kontynuowała wykład o dobrych manierach i poprawności językowej pani  w dziwacznym kapeluszu. – Ale ja do wszystkich mówię:  „dzień dobry”  – broniła się koleżanka. – Trzeba jednak robić wyjątki, młoda damo – usłyszała w odpowiedzi.  Co ciekawe, zgodnie z relacją mojej koleżanki, ksiądz, którego dotyczyła ta wymiana zdań jakoś tak specjalnie nie zareagował na brak zwrotu” niech będzie pochwalony…” na dzień dobry. Był taki jak zawsze, jak tylko zjawiał się w biurze u mojej koleżanki. Był wyniosły, zawsze lekko obrażony, krzykliwy, wymagający, czepliwy, ale nie nigdy nie powiedział, że mu te słowa powitania nie pasują. A tu całkowicie przypadkowa osoba uznała za stosowne dać lekcję dobrych manier mojej koleżance.  Reprymenda jaką dostała moja znajoma dotyczyła pełnego zestawu zwrotów grzecznościowych.  – Na pożegnanie mówi się do księdza: – ,,Z Panem Bogiem” – poinstruowała pani w wielkim kapeluszu. Czyli wygląda na to, że nie można tak po prostu powiedzieć: „dzień dobry”, bo czasami jest to niebezpieczne. Poczciwe „dzień dobry” może się okazać manifestacją braku poszanowania dla religii. Jak widać są zawody które wymagają specjalnego kodupowitania.  Nie wystarczy zwykłe „do widzenia”. Czasem jak widać trzeba znać specjalne słowa. I co najdziwniejsze,że nieznajomością stosownych zwrotów można urazić nie tylko zainteresowanego, ale i osoby całkowicie postronne. – Do widzenia pani menadżer  do spraw logistyki – powiedziała moja koleżanka na „do widzenia”  do pani w kapeluszu. O tym z kim ma do czynienia dowiedziała się z paninej wizytówki. Tym razem nie chciała popełnić gafy. – Niech pani nie będzie bezczelna – usłyszała w odpowiedzi.  Czyli znów źle. Znów niestosowne. A wydawałoby się, że przywitania i pożegnania to rzecz prosta i najbardziej naturalna. Jak widać tu też trzeba uważać na tych, co wiedzą lepiej od nas samych jak mamy się zachować i co mówić.

 

dziennik pesymistyczny

Zasadniczo strach jest

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nie boisz się takpisać i publikować tego, co napisałeś w internecie – zagadnął mnie pan Janektuż po skończonej lekturze mojego wpisu na blogu. Tymi słowami wyraźnienawiązywał do ostatniej akcji Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która oświcie nawiedziła pewnego pana co ośmielił się  prowadzić stronę w sieci, na której „naruszałautorytet organów” oraz  „znieważał głowępaństwa”. – Zasadniczo strach jest – odpowiedziałem cytatem z Misia. Choć ja, wtym co piszę jestem daleki od tego naruszania czy znieważania, przynajmniejtych co aktualnie u władzy.  – Alepowiedz, czasami się boisz? – naciskał na mnie pan Janek. – Pewnie, że tak.Przecież nigdy nie wiadomo co dla urzędnika państwowego jest naruszeniem prawa,a co jeszcze nie  – odpowiedziałem.Wyjaśniłem też mojemu dociekliwemu koledze, że ja ze strachu czasami dokonujęautocenzury własnych tekstów i to uważam za największe naruszenie wolnościsłowa wobec mnie. Po prostu w Polsce panuje taki klimat, że naprawdę nie wieszczy po napisaniu kilku słów nie zaczniesz być baczniej obserwowany przez służbyspecjalne. Każda akcja wywołuje reakcję. Ciekawe ,że słowa mogą wywoływać takzdecydowaną reakcję uzbrojonych organów represji.  – Gdy nocą kolbami w drzwi załomocą… -zacytował kolega. – Zauważyłeś jak wielką karierę zrobiły ostatnio w necie tesłowa, wydawałoby się zapomnianego już poety? – dodał pan Janek . To wszystkoprzejaw dziwnego strachu. Niby się tak bardzo nie boimy, ale jednak strach wnas jest. Nie tak ważne dla tego ciągłego strachu są zmieniające się rządy. Nieważnesą powstające nowe partie i to, że inne znikają. Ważne jest to, że zawszepośrednio lub bezpośrednio u władzy zostają ci sami ludzie którzy rządzeniepostrzegają jak wypasanie bydła.  Tostrach przed urzędniczym państwem, które stara się przypodobać wciążzmieniającym się nowym panom. Pokazywać że ono, państwo, dba o to, żeby niktsię nie ośmielił naruszać autorytetu czy znieważać głowę państwa.  I nieważne czy to była pogoń i zatrzymanieHuberta H. w czasach prezydentury Kaczyńskiego, czy też obławy na  protestujących, za transparenty wymierzone wpremiera. To ciągle jest takie samo pasmo zastraszania. Pokazanie, że nie wolnojest pisać czy mówić tego co się chce o władzy. Tego co jest w niej złe. A możezwykły strach przed krytyką? Bo to władza pisze do nas co mamy robić. I niemoże być odwrotnie. Bo jak nie, to czeka nas wizyta organów państwa o szóstejrano. Paradoksalnie tacy ludzie używając słów do walki politycznej mogą liczyćna ułaskawienia i profity u nowych panów gdy zmieni się opcja polityczna. Coinnego taki szarak jak ja,  co to czasamikrytykuje nasz ustrój jako taki. Co nawołuje do niegłosowania, bo politycyzatracili już kontakt ze społeczeństwem. Co wielokrotnie pisał, że może nadejśćdzień rebelii. Taki ktoś jak ja, zawsze będzie się bał, bo neguje istnieniewładzy bez względu na opcję polityczną. Czyli jednak zasadniczo strach jest.

 

dziennik pesymistyczny

Wódka dobra, bo polska!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– I to się nadaje doprasy! A nie tylko kelnerzy i kelnerzy – powiedział mój kolega cytując jedną zpostaci serialu Czterdziestolatek. Nie tylko się nadaje, ale już nawet się znalazłow mediach. W pewnej gazecie zajmującej się biznesem wyczytałem, że  wbrew obiegowym opiniom nasz narodowy produkt,jakim jest wódka, znaczy tyle co mała kropelka w  morzu światowych alkoholi. – To jest prawdziwyskandal! Co robi rząd w tej sprawie?! – zdenerwował się przyjaciel tąstraszliwą wiadomością z rynku mocnych alkoholi. – Przecież to sprawa naszegohonoru! – zgodziłem się z mym przedmówcą. Na świecie to właśnie wódka, kiełbasaoraz ewentualnie pierogi to produkty, które są naszym znakiem firmowym. Pewnienikt nie rozpozna naszego godła prezydencji, które wybrał premier na czas naszegoprzewodnictwa w unii europejskiej. Ale każdy mieszkaniec Europy kojarzy Polskęz polską wódką. Tysiące sztuk drewnianych, ręcznie malowanych bączków, (takadziecięca zabawka) które będą wręczane jako prezenty podczas naszej prezydencjiw Unii Europejskiej zamówiło Ministerstwo Spraw Zagranicznych. I pewnie nikomuto się z niczym w Brukseli nie skojarzy. A jakby tak Europejczyk dostał od naspół literka gorzałki to na dłużej by nas zapamiętał. I takie gadżety trzebabyło zamówić a nie jakiś bączki zabaweczki. Po kilku kieliszkach niejeden obdarowanywirowałby jak bączek. Czyli nie dziecięcą zabawkę trzeba by dawać jako prezent podczasimprez organizowanych w trakcie polskiej prezydencji, a wódeczkę która wwirowanie wprawia. Nasza wódka to najlepszy symbol  energii i dynamizmu naszego kraju! A tu wgazecie napisali, że nasze marki wódczane niewiele znaczą na świecie. Smuteknas ogarnął – mnie i kolegę. – Aż pić się chce – zawyrokowałem. Alkohol znadWisły rzadko trafia do kieliszków na całym globie – pisze gazeta, co trzymarękę na pulsie biznesu. Nie jest dobrze. Z najnowszego zestawienia stunajsilniejszych marek mocnych alkoholi premium na świecie wynika, że polskie markiwódek są daleko od szczytu rankingu. Najwyżej notowany w zestawieniu jestSobieski. Zajmuje trzydzieste drugie miejsce. Nasza wódka Wyborowa zajmujedopiero pięćdziesiąte siódme. W pierwszej setce mamy też jeszcze nasząLuksusową. Ale nikogo w pierwszej dziesiątce światowych marek wódczanych  – To wina naszego premiera – powiedziałprzyjaciel, jakby był działaczem pis-u, a przecież nie jest. Abyśmy znowubrylowali, potrzebna jest pomoc państwa – apeluje rodzima branża – o czym  informuje gazeta. Czyli jednak rząd iprezydent są winni tego stanu rzeczy. Sam się dziwię, że nie było jeszcze naten temat w sejmie specjalnej konferencji prasowej zorganizowanej przez opozycję.Ale nie wszystko stracone! Może się jeszcze odbijemy od dna. – W czasiepolskiej prezydencji w UE wznośmy toasty naszą wódką, a nie francuskimszampanem – apelują dziennikarze. – I słusznie – rzekł kolega. I ja siędołączam do tego patriotycznego apelu o przywrócenie naszej wódce należnego jejmiejsca na świecie.

 

dziennik pesymistyczny

Niewysłuchany filozof

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

  Przepraszam, można na słówko – rzekł pewien pando rzecznika prasowego bardzo ważnej w moim mieście instytucji. Miejscem akcjigdzie padło to pytanie była uroczystość odsłonięcia tabliczki z nazwą uliczki,której patronem miał byś od dziś znany filozof związany z mym miastem.  Pan nagabujący rzecznika prasowego swymwyglądem zewnętrznym  był zdecydowanieniedopasowany do publiczności zebranej na odsłonięciu tabliczki z nową nazwąuliczki. Nie wolno nikogo oceniać po szatach w które jest przyodziany,  ale pan wyjątkowo się wyróżniał z otoczenia.Jego jaskrawoniebieska koszula, zniszczone dżinsy oraz obuwie odstawały odpanującego na uroczystości „dreskodu”. Zebrani  goście, czyli w większości urzędnicy miejscyoraz pracownicy miejskich instytucji kultury wystąpili w odświętnych ubraniach.Panowie w garniturach, a panie w stosownych do uroczystej chwili kreacjach.  Młodzież przymusowo tam zapędzona wystąpiła wszkolnych mundurkach. A tu między nimi pan, co to dziwnie zachowywał się ijeszcze do tego te spodnie spłowiałe i koszula nie pierwszej jakości, i co tukryć świeżości. Nawet dziennikarze lokalnych mediów co to zazwyczaj niewystępują w garniturach czy garsonkach czym podkreślają zapewne, że oni są wpracy, odróżniali się od pana odzianego w kratkę. Rzecznik witał wszystkichobecnych wyliczając szczegółowo z nazwiska miejscowych notabli.  A pan kraciasty był zdecydowanie tymnajbardziej aktywnym z wszystkich tam zebranych. Oklaskiwał szczerze i głośno każdegowymienionego. Mówca prowadzący imprezę w kwiecistych słowach przypominałsylwetkę i dokonania patrona uliczki,  apan co kilka zdań aktywnie klaskał. Gdy już zakończyła się część oficjalna, atabliczka z imieniem i nazwiskiem patrona została odsłonięta, goście udali sięna część artystyczną spotkania. Czyli wszystko przebiegało zgodnie z odwiecznątradycją akademii ku czci. Ale do czasu.  – Proszę pana, czy ja mógłbym wygłosić krótkiwykład o współczesnych kierunkach filozoficznych – zapytał kraciasty pan rzecznika.– Nie, nie można – odpowiedział pytany z miną, jakby się opędzał od natrętnejmuchy. – Dlaczego nie wolno? Nie wezmę drogo… stówkę  lub choć pięćdziesiąt złotych – przekonywałpan w kratkę.  – Bo ja jestem filozofem –wyjaśnił mężczyzna.  – Opowiedziałbym cościekawego,  ale ja to robię za pieniądze– zastrzegł. Jednak pana rzecznika nie przekonała dość niska cena zafilozoficzną usługę.  Usilnie starał siępozbyć natręta.  – Nie, dziękuje –powtarzał przedstawiciel organizatora, wyraźnie traktując  filozofa odzianego w kratę jak natrętnegomenela proszącego o kilka groszy na piwko. – Nie, to nie – powiedział wyniośle wielce oburzony osobnik w kratkęprzyodziany i odwróciwszy się na pięcie żwawym krokiem odszedł w swoją stronę.I tak oto na uliczce noszącej od niedawna imię największego ze współczesnychfilozofów nie dopuszczono do głosu innego filozofa. Prawdziwy skandal. Czy todlatego, że myśliciel w kratkę chciał za głoszenie swoich poglądów skromne wynagrodzenie?W ten sposób być może,  straciliśmymożliwość zapoznania się z całkiem nowym kierunkiem filozoficznym.  – I prima facie – nie ma nic absurdalnego wprzekonaniu, że świat jest absurdalny – powiedział kiedyś filozof, któregonazwę nosi uliczka.

 

dziennik pesymistyczny

Większe wpływy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewienposeł, który najbardziej zasłynął wypowiedzią: „Z gejami to dajmy sobie spokój,ale z lesbijkami to chętnie bym popatrzył” znów powiedział coś ciekawego.W rozmowie z dziennikarzem ogłosił, że jeżeli zabraknie go na liście wyborczej,będzie to oznaczać, że „środowiska homoseksualne miały większewpływy”. Jest to najbardziej światła myśl, jaką słyszałem. Może byćswoistym kluczem do wytłumaczenia każdej porażki.  Nie tylko przegraną w jesiennychwyborach parlamentarnych można wytłumaczyć w ten sposób. Tak może wyjaśnićwszystko. – Dlaczego dziś tak zimno i do tego leje – zapytała dziś moja znajoma?- Środowiska rolnicze miały większe wpływy. Rośliny chcą wody, więcprawdopodobnie dlatego pada deszcz – odpowiedziałem wzorując się na pośle.Dlaczego nie zdążyłem dziś na autobus?. Pewnie dlatego, że to jakiś tajny spisek zarządu komunikacji miejskiej, którymiał na to większy wpływ. Przypomniałem sobie jak to kiedyś oglądam sobie wiadomościtelewizyjne spokojnie, bez emocji, aż tu nagle na ekranie pojawiają się młodzichłopcy – narodowcy śmigający w górę i w dół radośnie wykrzykując hasło o tym,że: kto nie skacze jest pedałem. Wtedy pomyślałem sobie, że to niedobrze. Jatak rozwalony na kanapie, zapamiętany w lenistwie. Nawet mi przez myśl nie przeszłożeby skakać. Uuuuu, niedobrze… jeszcze ktoś pomyśli że ja… no jestem tym co ma„większe wpływy”. Powinienem przynajmniej zwymiotować na samą myśl o tym,że mam narzeczonego.  Jak ten animowanymózg z reklamy firmy telekomunikacyjnej, co to od serca dowiedział się że obojemają narzeczonego a nie narzeczoną. Czyli jak nie skaczę tom pewnie kochającyinaczej. Nie żebym jakoś tak specjalnie tym się przejmował. Wiem jaki jestem iże do mężczyzn to ja raczej obrzydliwy jestem, ale zawsze można się obawiać coludzie powiedzą. A naród u nas to raczej mało tolerancyjny, więc o bezpodstawneoskarżenie bardzo łatwo. – Kto nie skacze jest pedałem – słyszałem kiedyś iciężko mi było zrozumieć dlaczego tak wielu nadal porusza się po ulicachzwykłym krokiem, a nie zajęczymi skokami? Teraz dzięki posłowi mogę siędodatkowo zastanawiać, czy jak go nie popieram to przypadkiem nie uległemśrodowiskom homoseksualnym. Jeśli nie daj Bóg poseł nie dostanie się doparlamentu, to jak nic można sądzić, że to przez te środowiska, które tak długoknuły i mataczyły aż biedaka politycznie wykończyły. 

dziennik pesymistyczny

Apacz w galerii

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 83

Jestem Apaczem – pomyślałempodczas kolejnej wizyty w galerii handlowej. I nie chodziło mi tu o to, żepostanowiłem nagle przywdziać pióropusz i z tomahawkiem ruszyć na blade twarze.O nie, nie jest tak, że odkryłem siebie, jako ucieleśnienie bohaterów powieściKarola Maya. Ja byłem całkiem innym Apaczem. – Czy mogę w czymś pomóc? Jest pan czymś zainteresowany? – zapytała mniepanienka w pewnym dość ekskluzywnym sklepie. – A tak sobie patrzę… Nie,dziękuje… Nie potrzebuję pomocy – odpowiedziałem grzecznie. Czyli do cholerynaprawdę jestem apaczem.  Moja znajoma,która jest ekspedientką w sklepie odzieżowym opowiadała kiedyś w gronieznajomych o tym, że takich klientów, co to tylko przychodzą i patrzą zamiastcoś kupić nazywają apaczami. Od „ a patrzę sobie” właśnie.  Wtedy wydało mi się to bardzo zabawne. A terazokazało się, że dołączyłem do tych, co to tylko oglądają towary w sklepach i zrzadka je kupują. – Do jakiej galerii? Będą tam jakieś obrazy? – odpowiadapytaniem na pytanie mój kolega, gdy ktoś zapyta czy wybiera się do galeriihandlowej. Ma rację. Przynajmniej częściowo. Bo słownik języka polskiegodopiero na szóstym miejscu wymienia znaczenia słowa galeria, jako „ kryty pasażo przeznaczeniu handlowym”. Czyli podstawowym jak mu się wydaje znaczeniem jest„ kolekcja dzieł sztuki istniejąca, jako samodzielna instytucja lub stanowiącadział w muzeum” lub „salon wystawowy, w którym sprzedaje się dzieła sztuki”.Lub „ostatnia, najwyższa kondygnacja widowni w teatrze; też: publicznośćzajmująca tę część widowni”.  Wiem ja, izapewne mój kolega też zdaje sobie sprawę z wieloznaczności tego słowa. Ale onjest przekonany, że słowo galeria bardziej pasuje do sztuki niż handlu. Ale jakwidać zarząd takich obiektów handlowych pochylił się z troską nad tymproblemem. W nowo otwartym centrum handlowym w moim mieście, znajdują się ażtrzy miejsca, gdzie zamiast ubrań na wieszakach zawisły najprawdziwsze obrazylokalnych artystów.  I teraz każdymiłośnik sztuki może spokojnie powiedzieć, że idzie do galerii, aby delektowaćsię sztuką. Jest to znaczny postęp. I ja też, jako apacz będę mógł z czystymsumieniem spacerować alejkami galerii i mówić, że ja sobie tylko patrzę – wznaczeniu oglądam obrazy.  

 

dziennik pesymistyczny

UFO na rocznicę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Bardzo popularnalokalna gazeta, której każdy tytuł  musizawierać słowa „tragedia”, „ dramat” lub synonimy tych słów, podała wczoraj dowiadomości „ urbi et orbi” że nad moim miastem pojawiło się UFO. Ten niezidentyfikowanyobiekt latający widziała podobno czytelniczka dziennika i chciała się tymfaktem podzielić z dziennikarzami.  A oniponieśli tę wieść dalej. Na stronach internetowych gazety zamieszczono zdjęciedomniemanego pojazdu z kosmosu, więc każdy mógł wyrobić sobie zdanie na tentemat. Redakcja publikując list internautki, który dotarł redakcji,  chciała pobudzić czytelników  do dyskusji czy to w ogóle było możliwe? TakieUFO nad naszym miastem leżącym na prowincji. Dziennikarze mieli nadzieję, że dziękizamieszczeniu fotki i notki  znajdą sięjeszcze jacyś inni świadkowie tego niesamowitego zdarzenia.  Żurnaliści przyrzekli też solennie że  będą  „ sprawdzać,czy ta relacja uzyska potwierdzenie wojska lub innych czynników oficjalnych”.  Ale chyba nadal śledztwo trwa, bo w najnowszymwydaniu gazety niestety nie ma rozwinięcia tematu zagadkowych świateł nadmiastem . – Pierwsze 8 żarzące się płąskie talerze, ale jakby z kula w środku,przypominaly ksztaltem Jowisz, lecialy bezszelestnie, wylatywaly dosyc niskojakby znad lotniska przelatywaly i nagle niektore albo znikały, albo opadałynagle w doł, niektore stały przez dłuzsczy czas w miejscu, potem pojawily siejasne plamy na niebie, ktore lataly w jedna strone i z powrotem i zatrzymywalysie w miejscu – alarmowała za pośrednictwem gazety czytelniczka ( pisowniaoryginalna). Nie wiem jak tam dziennikarze śledczy lokalnego dziennika,  ale ja chyba mam wyjaśnienie tego zjawiska. Możeto ci sami kosmici co porwali rolnika z Emilcina trzydzieści trzy lata temupostanowili jeszcze raz nawiedzić nasz kraj!  Zwracam uwagę że zdarzenie to miało miejscetrzydzieści trzy lata temu, no może to nie magiczna liczba czterdzieści icztery, ale trzydzieści trzy to też coś znaczy. Wtedy ciekawskie zieloneludziki, które wyszły ze statku kosmicznego  w kształcie przyczepy kempingowej,  porwały chłopa w celu zbadania jego skórzanegopaska od spodni… A wszystko wydarzyło się dziesiątego maja 1978 roku. Czylimamy rocznicę!  I teraz UFO nad moimmiastem!  To nie może być przypadek,  przecież pewnie nawet w dalekim kosmosie wiedzą jak ważne dla naszego narodu są wszelkierocznice i dlatego kosmici przylecieli ponownie w rocznicę tamtego wydarzeniawłaśnie.

 

dziennik pesymistyczny

Ostateczna instancja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– I to się nadaje doprasy! A nie tylko kelnerzy i kelnerzy – zwykł mawiać pewien bohater serialuCzterdziestolatek.  Człowiek ten byłstałym korespondentem działów interwencji ówczesnej gazet. Czyli dostarczał informacji, które wymagały tego, żebyzainteresowała się nimi czwarta władza czyli media. Tak było dawniej. Terazjest zdecydowanie lepiej, bo i mediów nam się porobiło znacznie więcej izdecydowanie więcej tematów nadaje się do prasy i nie tylko, bo i do radia i dointernetu – do mediów –jak mawia mój kolega . A i telewizja stała się taką ostateczną instancją do której naródodwołuje się gdy już wszystko zawiedzie. Jeśli już  znikąd nie ma nadziei na pomoc czy ratunek i wszystkozawiodło, to zawsze zostaje telewizja. Wydawało mi się (tak, to jak najbardziejtrafne określenie), że państwo ze swym biurokratycznym aparatem istnieje tylkopo to, aby obywatelom żyło się lepiej i coraz dostatniej. Ale jak zawsze, gdypo jednej stronie występuje szarak – człowiek zwyczajny – a po drugiej wielkiei dumne państwo urzędnicze, to w wojnie na przepisy i prawo wygrywa zazwyczaj państwo.Tak to już jest, że jak my dla niego płacimy podatki to dobrze,  ale jak ono dla nas to… no jakoś tak mu nieidzie z pomocą gdy jesteśmy w trudnej sytuacji. A jeśli już nas wspiera to dajeci państwowy aparat, coś, co raczej można nazwać jałmużną a nie pomocą . Ale zato zgodną z przepisami. Pewna pani rozwiesiła na ulicach Słupska ogłoszenie znumerem telefonu.  – „Oddamdziewięciomiesięcznego Oliwiera w dobre ręce – napisała w tym specyficznym anonsie kobieta. Pani ta tłumaczy dziennikarzowi,że nie chce stracić kontaktu z dzieckiem, ale nie jest w stanie zapewnićdziecku choćby wyżywienia. Jak dodaje, już nie dostaje alimentów na dziecko.Dostaje jedynie dodatek rodzinny na dziecko w wysokości sześćdziesięciu ośmiu złotych.No właśnie, o to mi chodzi. Dowiedzieliśmy się o złym losie  tej pani gdy zainteresowały się nią media. Nikto niej nie pamiętał i nikt się nią nie interesował wcześniej w dostatecznymstopniu. Czyli właśnie ta ostateczna instytucja odwoławcza. Państwo swojerobiło. Ale wszystko się zmieniło gdy panią i jej dziecko pokazała telewizja. Ażstrach myśleć co by się stało, gdyby sprawą nie zainteresowali siędziennikarze. Chciałbym abyśmy się dobrze zrozumieli. To dobrze, że tak się stało,że media zainteresowały się sprawą. Ale wnerwia mnie to, że w Polsce przeważnienic się nie zmieni w urzędniczej wrażliwości na los zwykłego obywatela do czasu,gdy przyjdzie redaktor z kamerą. Taka wizyta daje zazwyczaj urzędnikom niesamowitegokopa na rozpęd i zmusza ich do szybkiego i skutecznego działania. Media to takiwspółczesny dopalacz dla urzędników. Bez niego są dziwnie bierni w swoichdziałaniach, ale jak już zobaczą się w telewizji czy przeczytają w prasie oswojej pracy, czy raczej jej braku, to od razu przystępują do działania. To czegoz powodu zawiłości przepisów przez miesiące czy lata nie dało się załatwić,nagle staje się sprawą załatwioną od ręki. Taka jest siła telewizji czy prasy.Może więc czas na hasło: cała władza w ręce mediów.

 

dziennik pesymistyczny

Ambicja to twoja szalona religia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od najmłodszych lat uczą nas rywalizacji. Kto pierwszy, ten lepszy. Musisz stawać do zawodów.  Za wszelką cenę musisz wygrać.  Najlepiej powiedzieć wierszyk w przedszkolu. Najładniej zaśpiewać. Zawsze i wszędzie jesteś poddać się ocenie. Nie uczyć się, w sensie przyswajasz wiedzę,  nauczysz się jak wygrać. W szkole musisz mieć najlepsze oceny. Musisz mówić i pisać w trzech językach.  Grać na fortepianie. Pływać, tańczyć, podskakiwać. I to wszystko na najlepszą  ocenę. Bo umiejętności które nabywasz i wiedza którą przyswajasz nie są tak ważne jak ocena za nie. Podlegasz weryfikacji. Musisz być najlepszy. Doskonały. Ten kto nie nadąża jest gorszy. Nieprzystosowany. Ty masz dobre oceny, nieważne jakim kosztem, ważne że je masz. Jesteś najlepszy. Doskonały.

Staraj się! Niech Cię  inni doceniają. Bądź ambitny!  Zasłuż na najwyższą ocenę. To najważniejsze. Na studiach musisz zaliczać. To magiczne słowo. Nie uczyć się. Nie kształtować umysł, czy kształcić się, ale zaliczać. Zdawaj egzaminy. Zdobywaj wpisy do indeksu. Być najlepszym. Zaliczyć z dobrą lokatą. Zdać egzamin, mieć najwięcej punktów. Musisz być kimś. Najlepszym. Doskonałym.

– Zdałam egzamin! –oznajmiła moja koleżanka radośnie. – Pewnie się dużo nauczyłaś, masz teraz obszerną wiedzę z tej dziedziny  –pochwaliłem, bo obszar wiedzy z której poddała się sprawdzianowi na studiach i mnie bardzo interesował. Myślałem, że teraz, jak zweryfikowano pozytywnie jej mądrości będę mógł z nią podyskutować na wyższym poziomie. – Nauczyłam się tego co było na egzaminie i zaliczyłam – zapiszczała zachwycona. – Dostałam jedną z najlepszych ocen – kontynuowała rozentuzjazmowana.

No tak, przecież nie wiedza się tu liczyła, ale dobra ocena. Zaliczenie. Nauczyła się tylko tego co musiała i pewnie teraz i tak nic i tego nie pamięta. Bo i po co? Najważniejsze, że zwycięstwo postawiło ja w odpowiednim miejscu w rankingu studentów. A wiedza? No cóż. To zbyteczne obciążenie. Ona studiuje – jak to często podkreśla w rozmowach –  aby mieć papier, dyplom ukończenia uczelni. Bo jak go będzie miała to dostanie lepszą pracę. W sensie dostanie się na szczyt.

Tam nie liczy się wiedza ale osiągnięcia. – Twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój wróg – śpiewał przed ponad dwudziestu laty zespół Kryzys. Co najdziwniejsze ten tekst sprzed lat, idealnie pasuje do dzisiejszych czasów kultu sukcesu za wszelką cenę popartego pieniądzem. – Ja nie gram, ja nie przegram, bo nie mam żadnej ambicji,  ambicja to twoja szalona religia… – znów powracają do mnie te słowa. A może właśnie tak? Nie grać. Nie uczestniczyć w wyścigu szczurów. Stanąć z boku. Nie grać, bo wtedy się nie przegra. Nie mieć żadnej ambicji, bo czasami to faktycznie szalona religia.

dziennik pesymistyczny

Zestresowany lider

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Coś taki wnerwiony –zapytałem znajomego. – Do roboty idę – usłyszałem w odpowiedzi. Chciałem dociecdlaczegóż to ten mój znajomy taki zdenerwowany z rana. Przecież raczej powiniensię cieszyć że ma pracę- a on zestresowany. Tak przed ósmą jeszcze  było, a ten biedak z miną taką przykrą,  krok za krokiem do biura podążał, jakby go naroboty przymusowe mieli wywieść. Nie dowiedziałem się dlaczego on z takącierpiętniczą miną do tej roboty zmierzał. – Szkoda gadać, robotę mam stresującą – powiedział tylko. Po czymmachnął ręką i powlókł się do swojego biura. Zawsze mi się wydawało, że praca którą wykonuje mój znajomy nie jest ażtak stresująca. A tu proszę taka niespodzianka. Człowiek wyglądał jakby go zkrzyża zdjęli – że użyję ulubionego porównania mojej babci. Cały dzień stał miprzed oczami obraz tego mojego znajomego. Rozmawiałem z innymi naszymiwspólnymi znajomymi co też tak go mogło zdołować z rana. I okazało się, że nickonkretnego, po prostu praca jest tak stresująca. Ja staram się z tym walczyć ,ale nie raz okazywało się, że od stresu nie mogę uciec. Dopadał mnie i siedziałmi na karku.  A wszystko przez pracę lubjej brak.  Wpadł mi w ręce artykuł zgazety, z którego wynikało, że Polacy są najbardziej zestresowanymipracownikami na świecie. A więc wszystko jasne. Poziom stresu w pracy pokazujetzw. Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI – National Stress Indicator). Im wyższywskaźnik NSI, tym miejsce pracy i środowisko, w którym żyjemy, odbieramy jakomniej stabilne, spokojne i bezpieczne. No i wszystko jasne.  Mój znajomy ma wysoki współczynnik NSI usiebie w robocie – jak się sam wyraził o swojej pracy.  W dzienniku napisano, że wskaźnik stresu wPolsce wynosi 2,22. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzeciemiejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68),Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania(1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). Nie ma co siędziwić, że mój znajomy tak wyglądał. Jego samopoczucie potwierdzono badaniami.Stres był więc przyczyną jego samopoczucia oraz wyglądu. – No i jesteśmyświatową potęgą – stwierdził kolega. – Tak, i to w dwadzieścia lat – dodałem ibardzo mnie to zestresowało.