Najbardziej dołujący dzień roku
Otworzyłem oczy. Dzień. Za oknem szaro, buro i nijako. Półmrok. – A może to jeszcze noc? – pomyślałem z nadzieją. Nie, niestety to był świt. Zegar pokazywał nieubłaganie, że czas się zbierać do roboty. Poszukałem, jeszcze nie całkiem przytomny, pilota do telewizora. Przecież trzeba wiedzieć, co na świecie i w naszym powiecie. Trzeba być na bieżąco. A telewizja, czyli moje okno na świat zapewni mi wiadomości z pierwszej ręki. Wiadomo: wstajesz i wiesz – jak to powtarza mi co rano radosny pan z ekranu telewizyjnego. Choć w moim przypadku jeszcze nie wstałem a już zapragnąłem wiedzieć. I to był pierwszy mój błąd tego dnia. – …w katastrofie smoleńskiej – doleciały do mnie słowa spikera nim zdążyłem zmienić stację. -… jak czytamy w raporcie MAK – na następnym kanale nie było lepiej. Naciskałem guziki pilota z nadzieją. Zmieniałem kanały, ale nic to nie pomogło. – Strona rosyjska kluczy w sprawie katastrofy, ukrywa dowody – uważa były minister…- litości – wyszeptałem sam do siebie. Znów zrobiłem klik pilotem. – …atmosfera była bardzo nerwowa, były przekleństwa, kierownik lotu za nic w świecie nie chciał się zgodzić na przyjęcie samolotu… – usłyszałem na kolejnym kanale telewizyjnym. Poddałem się. Włączyłem komputer i radio. Wolę nie wiedzieć. A właściwie to już mam dość tych wiadomości. Ja wiem, że to ważne… ale jest jakaś granica zmęczenia tematem i dziś właściwe u mnie to nastąpiło. Całe szczęście, że stację radiową, którą włączyłem słucham przez internet i ma ona tę zaletę, że jest zagraniczna. A więc nawet jak są tam nadawane wiadomości to i tak do mnie dociera tylko angielskojęzyczny biały szum.
Stojąc pod prysznicem zastanawiałem się ile jeszcze potrwa to medialne i polityczne zainteresowanie tematem smoleńskim. Pewnie jeszcze z kilkadziesiąt lat. Bo nie sądzę żeby jakakolwiek wersja z wyjaśnieniami zadowoliła wszystkich. Tak czy inaczej pewnie będzie się trzeba przyzwyczaić do coraz to nowych proroków jedynej prawdy albo zrezygnować z wiadomości w telewizji lub z czytania gazet. Kilka minut później stałem przy oknie z kubkiem herbaty a na zewnątrz wszystko było w szarych barwach. – Już lepiej żeby było biało, tak bez śniegu jest dołująco – pomyślałem. Przerażało mnie coraz bardziej to, że będę musiał wyjść z domu. Gdy zakładałem buty zerwałem sznurówkę. Potem poszukiwałem nowych. Przez to późniłem się do biura. – Dlaczego jestem taki zdołowany? – zastanawiałem się – najchętniej wróciłbym do domu. Położył się do łóżka, nakrył głowę kołdrą i przespał ten dzień. Ale nie. Przecież człowiek jest spętany obowiązkami… Siedziałem więc przy swoim biurku i usiłowałem zrobić coś pożytecznego dla siebie i dla mojej firmy. Szło mi tak, że… brak mi słów. Czasem są takie dni, że nic nie idzie… Każdy kolejny mail czy telefon dobijał mnie jeszcze bardziej… – Co za cholerny poniedziałek! – powtarzałem w myślach. W narastającym poczuciu beznadziejności przeglądałem skrzynkę pocztową… i nagle przeczytałem w mailu od kolegi że: w styczniu 2005 roku brytyjskie gazety i portale internetowe po raz pierwszy obwieściły światu tę złowieszczą informację: „Dziś Blue Monday, najbardziej dołujący dzień roku”. Za ostrzeżeniem stało odkrycie „brytyjskich naukowców”, a dokładnie psychologów z Cardiff University, którzy obliczyli (brali pod uwagę m.in. samopoczucie meteorologiczne, psychologiczne, ekonomiczne), że najgorszy dzień, to przedostatni poniedziałek stycznia. To był fragment artykułu z gazety. Angielscy naukowcy wszystko mi wyjaśnili! To dlatego tak się czuję! Bo dziś jest najbardziej dołujący dzień roku!
