Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Awaria też jest jakąś okazją

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Nie będzie to dobry dzień jeśli o świcie obudzisz się z powodu przenikliwego zimna.  A taką właściwie pobudkę zaordynował mi mój własny nos który wystając  spod kołdry zmarzł tak, że postanowił wiadomość o swym dyskomforcie wysłać do mózgu a ten przerwał sen.  I zapewne ta zimna kichawa chciała abym coś z tym zrobił. A co ja mogę poradzić. Nic.  Przecież ja doskonale wiem, bo wiele razy widziałem na filmie i tyle samo razy odczułem to na własnej skórze. – Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima, to musi być zimno! Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury – jak powiedział pewien palacz. I tak ta prawda  czasu który wydawał się bezpowrotnie miniony nadal jest dogmatem obowiązując jak tylko nastanie odpowiednia pora roku. Z ubolewaniem stwierdzam też, że nie jest  to tylko prawda  ekranu. Dziewięć  stopni na domowym termometrze, gdy za oknem pada śnieg, to jest już zdecydowanie przesada. Zawsze byłem zwolennikiem zimnego chowu, ale to ja chcę o tym zadecydować kiedy ma być chłodniej, a kiedy ma być ciepło.  I pewnie jak większość z nas nie lubię jak ktoś decyduje za mnie. Tak samo mnie denerwuje jak odpowiedzialny za zimno w moim domu jest zły los, jak i zwyczajnie człowiek.Teraz chłód dopadł mnie z rana z powodu awarii sieci ciepłowniczej. O nieszczęściu zimnych kaloryferów oraz braku ciepłej wody w kranie poinformowała mnie wczoraj wieczorem kartka przyklejona na drzwiach wejściowych klatki schodowej. Prezes zarządu firmy ciepłowniczej zawiadamiał mnie w ten tradycyjny dla takich instytucji sposób, że jest awaria sieci i nie mam co liczyć na ciepełko. Sprawa chyba jest poważna, bo kartka nie była mała. Rozmiar papieru  A4 czyli na bogato. Miała logo firmy, odpowiednią liczbę pieczątek, mój blok dostał ją z rozdzielnika, no i był nieczytelny podpis prezesa zarządu czyli jak pisałem powyżej sprawa była i jest poważna. To był ostatni moment kiedy zrobiło mi się ciepło –  z nerwów zapewne.  Potem temperatura już tylko spadała. Dzięki tej specyficznej formie komunikacji firmy ciepłowniczej ze mną, czyli jej klientem, dowiedziałem się, że nie tylko mnie dopadło zimne nieszczęście,  ale marznie spora część mojego miasta. Prezes ciepłowni informował mnie, że prace nad przywróceniem zasilania sieci w ciepłą wodę trwają,  ale przewidywany czas uporania się z awarią to dwie doby. Czyli cały weekend w zimnie. Dziś jak tylko zimno pobudziło mnie do życia postanowiłem sprawdzić jak idzie robotnikom. Zagrzać ich do boju. Zawieść im ciepłe napoje. Wesprzeć ciepłym słowem. Dodać otuchy w ich trudzie i znoju. Chciałem wyszukać odpowiedni numer telefonu do ciepłowni na kartce naklejonej na drzwi do klatki schodowej.Chciałem zadzwonić i  uzyskać wieści gdzie to robotnicy usuwają awarię. Ale niestety mimo mnogości zawartych tam informacji,tej która spowodowała by interakcje nie było.  A tak chciałem osobiście korzystając z okazji,bo w końcu awaria też jest jakąś okazją, by naszym ciepłownikom, ludziom dobrej roboty, bo są nimi przecież, zaprezentować, do czasu usunięcia awarii… no, sam już nie wiem, może artystyczny doping. Ja był się rozgrzał i im by się lepiej pracowało.

dziennik pesymistyczny

No skąd ja wezmę, jak nie mam?!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Opowiadał mi znajomy, który ostatnio stracił pracę, że zarejestrowanie się, jako bezrobotny w moim prowincjonalnym mieście to prawdziwe wyzwanie. Autentyczny bieg z przeszkodami.Aby zostać bezrobotnym z papierem, bo jak wiadomo papier jest w Polsce najważniejszy, trzeba udać się do urzędu wcześnie rano. Ale to dla kolegi żaden problem, bo jako nie posiadający stałego zatrudnienia, ma przez to więcej czasu. Jak w każdym biegu z przeszkodami i na orientację trzeba dysponować numerem startowym. W tym przypadku mój znajomy musiał posiąść papierek z numerkiem uprawniający go do rozmowy z urzędniczką. Zjawił się on mroźnym świtem przed drzwiami urzędu pracy w chwili, gdy zgromadzony tłumek petentów ruszył biegiem korytarzami do automatu wydającego numerowane papierki ustalające kolejność wizyty przed okienkiem. Mój kolega to jednak żaden tak wyczynowy sportowiec, więc zajął przykrą pozycję w piątej dziesiątce. To pewnie taki test na bezrobotnego, który musi się wykazać tężyzną fizyczną i znacznym refleksem. Bo jak potencjalny człek bez pracy zjawi się godzinę po rozpoczęciu pracy przez urzędników, to odejdzie z kwitkiem. To znaczy bez kwitka, bo numerki kończą się bardzo szybko. Kolega miał szczęście.Był pięćdziesiąty trzeci. Dobry wynik zważywszy, że trzydzieści minut później automat z numerkami informował już kandydatów na bezrobotnych o braku kolejkowych numerków. Wydał siedemdziesiąt i szlus. Koniec. – Potem miałem test na cierpliwość – opowiadał kolega. Przez trzy godziny obserwował wyświetlacz,na którym w żółwim tempie zmieniały się cyfry informujące, na kogo teraz kolej przy urzędniczym okienku. Jak już miał nadzieję, że teraz on, okazało się, że jest trzydziestominutowa przerwa w pracy urzędników. 

Postanowił kolega ten czas spożytkować na sprawdzenie czy i jak można skorzystać z aktywnej formy walki z bezrobociem. A że miał w planach założenie działalności gospodarczej to po wielu trudach i biegu na orientację po korytarzach dotarł do w końcu miejsca gdzie… niczego się nie dowiedział. – Ale czego Pan chce konkretnie – wrzasnęła na niego urzędniczka? – A, bo ja… ja chciałbym się dowiedzieć – wymamrotał znajomy. – Informacja na parterze – ryknęła pani.Niestety w informacji też był tłum i do tego kończyła się urzędnicza przerwa. Wrócił,więc mój znajomy do kolejki, aby zarejestrować się jako bezrobotny z uprawnieniami.Obok na krześle ktoś zostawił gazetę. Znajomy sięgnął po nią i jego uwagę przykuł artykuł – Bezrobotni w tym roku naprawdę mają powody do zmartwień.Urząd ma mniej pieniędzy na aktywne formy walki z bezrobociem. W ub. r. przeznaczył na ten cel 70 mln zł, w tym roku będzie to 11 mln zł. I jeszcze nikt z nich nie skorzystał – PUP nie wysłał nikogo na staż, nikt też np. nie otrzymał pieniędzy na stworzenie nowego stanowiska pracy – przeczytał w lokalnej prasie. Dowiedział się też, że urząd nie ma decyzji finansowej z ministerstwa pracy i polityki społecznej w sprawie pieniędzy na dofinansowania.Oraz tego, że dyrektor urzędu nie może opłacać żadnych działań na kredyt. Od początku roku urząd pracy w moim prowincjonalnym mieście nie wydał ani złotówki na aktywne formy walki z bezrobociem. – No tak – pomyślał kolega – ja tu rejestruję się i pragnę aktywnie ze swym bezrobociem powalczyć, a tu proszę. Pewnie dlatego urzędnicy robią takie trudności z rejestracją. Bo potem, taki zarejestrowany bezrobotny, jeszcze wpadnie na pomysł dofinansowania a przecież pieniędzy nie ma. A tak jak nie dostanie numerka kolejkowego to może się zniechęci. – Cham się uprze i mu daj. No skąd ja wezmę, jak nie mam?! – Jak powiedział szatniarz do swego kierownika w pewnym polskim filmie. Skąd wezmą urzędnicy jak nie ma decyzji finansowej z ministerstwa pracy i polityki społecznej,czyli od innego urzędnika.

 

dziennik pesymistyczny

Stan oczekiwania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 34

– Proszę poczekać na korytarzu– burknęła na mnie urzędniczka.  Nawet się nie zdziwiłem. To takie zwyczajne. Grzecznie przeprosiłem za swoją nadmierną zuchwałość i wiarę w to, że nie będę musiał tym razem czekać choćby chwili. Zostałem przywołany do porządku i zmuszony do oczekiwania. – I słusznie– jakby powiedział mój znajomy.  Gdzie ja miałem rozum – przyszedłem do urzędu, i tak bez czekania chciałem coś załatwić?  Przecież to instytucja publiczna, a w takich miejscach oczekiwanie jest czymś najzupełniej normalnym. – Przepraszam –wymamrotałem – i zamknąwszy drzwi urzędniczego gabinetu rozpocząłem oczekiwanie. Sterczałem tak sobie przed zamkniętymi wierzejami pokoju ściskając w ręku papiery i tak się zastanawiałem nad tym, że tak w ujęciu ogólnym całe moje życie upływa mi na wiecznym oczekiwaniu. Dumałem sobie nad tym, że zawsze na coś czekałem i co gorsza nadal czekam. Bo proces oczekiwania jest najważniejszy. Bez niego ani rusz. Tak czy inaczej oczekiwanie jest dla mnie stanem naturalnym. Nie żebym się przez te lata mojego dotychczasowego życia do tego przyzwyczaił. Raczej stan taki przyjmuję, jako zło, które w mej egzystencji jest jak widać koniecznością. Wiem dobrze, że jak swojego nie odstoję, to niczego nie załatwię. Rzeczą bardzo charakterystyczną dla naszej krajowej biurokracji jest to, że bez przymusu pewnego oczekiwania niczego niemożna uzyskać. Nic nie jest od ręki, wszystko musi nabrać swojej mocy rzędowej.  A nie ma nic lepszego nad oczekiwanie. Czym dłużej petent czeka tym jest bardziej wdzięczny, gdy już się doczeka. Trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość i poczekać.  I nieważne czy idę do lekarza czy do urzędu.Ja z góry zakładam, że nawet jak jestem umówiony na konkretną godzinę to i tak będę musiał, choć troszeczkę poczekać. Bo moje życie to przecież stan permanentnego oczekiwania. Popatrzmy na to zagadnienie bardziej ogólnie. Pamiętam, że w dzieciństwie, poza wieloma innymi rzeczami,oczekiwałem na prezenty. W szkole wyczekiwałem wakacji. Oczekiwałem też odpowiedniego wieku, aby móc korzystać z przywilejów dorosłości. To tylko przykłady, bo przecież oczekiwanie to dla człowieka stan chyba normalny. Bo zawsze znajdzie się przyczyna, dla której będziemy skazani na oczekiwanie.  Ja poza tym, że czekałem pod tymi drzwiami urzędu i rozmyślałem o oczekiwaniu – w sensie filozoficznym – to oczekiwałem też na kuriera, który miał mi dostarczyć paczkę z płytą. O tym, że nic nie dzieje się natychmiast przypominają mi też codziennie komputery. Ileż to razy, gdy się spieszyłem zmuszony byłem oglądać na ekranie denerwująco migający kursor informujący mnie, abym raczył jeszcze chwile poczekać. Klepsydra przelewała swój wirtualny piasek,obracała się, i znów i na nowo, a ja czekałem. Najgorsze w tym oczekiwaniu jest to, że zawsze dopada mnie wtedy myśl,że przez to czekanie tracę czas, który mógłbym spożytkować na coś konstruktywnego.  – Przepraszam, czy już można – zapytałem ośmielony tym, że upłynęło już sporo czasu. – Proszę jeszcze trochę poczekać – odparła urzędniczka. – Teraz mamy przerwę – dodała. No tak!Oczywiście. Poczekam. Przecież moje życie to czekanie.

 

dziennik pesymistyczny

Chlebuś nasz powszechny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Sam już nie wiem, co ja mam w tym moim portfelu, bo wielu twierdzi, że mam tam pieniążki a ja chciałbym przechowywać w nim pieniądze.  Wokół mnie słychać rozmowy o pieniążkach a ja chciałbym, by banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski nazywać po prostu pieniędzmi. Bo jeśli już je z takim wielkim nakładem sił zarobiłem, to z szacunku dla nich wolę mieć w portfelu pieniądze. A wokół wciąż słyszę o tych pieniążkach. –  Masz drobne pieniążki – powiedziała koleżanka zaglądając do mnie do biura.   – Mam tylko pieniądze a nie pieniążki – odpowiedziałem.  Co jest w nas? Bo mnie też to się zdarza, choć staram się nad tym zapanować. Co się stało, ze mną i z mym narodem, że tak bardzo uwielbiamy zdrabniać czy zmiękczać nazwy? – Czy ja mogę kilka plasterków szyneczki – słyszę w sklepie? – Poproszę bileciki do kontroli – mówi kontroler w miejskim autobusie. – Zamówić ci taksóweczkę – to już moja znajoma kilka dni temu. I tak w kółko. I znów. I tak każdego dnia, gdy tylko wstanie słoneczko, – że się przyłączę do narodowego pieszczenia się z każdym słowem.  – Czy świeże, aby te bułeczki? – ileż razy słyszałem to pytanie w kolejce. – Ależ oczywiście, pieczywko jest świeżuteńkie – odpowiada sprzedawczyni. Mdli mnie już od tego. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że nauczono nas tego w dzieciństwie. I tak nam ta tendencja do zdrabniania wszystkiego, co się da zdrobnić, czy też się nie da, została nam w dorosłości.  – O jaki uroczy ten dzieciaczek, a ile ma latek – ileż razy to słyszałem ja małolat.  A teraz to jest inaczej? Te wiecznie zdrabniające każdy wyraz mamusie, co szepczą między sobą – A Moniczka to taką piękną kupeczkę dziś zrobiła. Tak, zapewne to w dzieciństwie dopadło nas to nieszczęście zdrabniania wszystkiego. Te wszystkie ubranka, bluzeczki, spodenki, fryzurki, pieluszki, majtaski, włoski, bobaski, cycusie, łóżeczka, pieluszki, lalunie, śpioszki i tak dalej. Ależ mnie dobijają te mamuncie, – że sobie też pozwolę na zdrobnienie. Choć zapewne wielu zdaje sobie z tego sprawę, że do dziecka trzeba się zwracać normalnym głosem i nie używać zdrobnień, to jednak niewielu to czyni. Widocznie jak w młodości Jasio nasiąknie tą „mikro” mową, to Jan też w tym zdrabnianiu naszego potocznego języka nic złego nie zobaczy.  Ale co tam dzieci, dorośli nadal zdrabniają zapamiętale i czynią to z dziwną radością. – Bilecik, ogóreczki, buteleczka, papierosik, czapeczka, marcheweczka, cytrynki, gazetka, piweczko, wódeczka – wystarczy posłuchać w sklepie. A jak usłyszałem dziś słowa o „pieniążkach” z ust pewnego polityka, to mnie jakoś tak bardziej zmroziło. Nie wiem, czy to słusznie, aby moje podatki powierzać komuś, kto uważa, że wydaje publiczne pieniążki a nie pieniądze. Bo może on nie jest jeszcze na tyle dorosły, aby dawać mu do zabawy dorosłe banknoty? Może jemu się nadal wydaje, że gra w Monopol … pieniążkami.  Oczywiście to moje prywatne zdanie na ten temat. Taka całkowicie subiektywna opinia. Pewnie jest w naszym pięknym kraju nad Wisłą wiele gorszych czynów, czy narodowych wad, niż nazywanie wszystkiego zdrobniale. Ale mnie właśnie to denerwuje i nic na to nie poradzę. No chyba, że naleję sobie dla rozluźnienia… kieliszeczek wódeczki. 

 

dziennik pesymistyczny

Ufaj, ale sprawdzaj

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 56

– Dzień dobry, poproszę masło,pięć bułeczek, może jeszcze serek i mleko – zwróciłem się do sprzedawczyni w moim sklepie osiedlowym.  Pani wyłożyła mi na ladę, to, co tam sobie zażyczyłem. Poinformowała mnie o sumie, którą mam zapłacić, a ja tradycyjnie nim spakowałem do torby zakupy dokonałem czynności kontrolnych.  – Przepraszam, ale ten serek jest przeterminowany – powiedziałem. – I to od tygodnia – dodałem.  – O bardzo przepraszam – rzekła pani sprzedawczyni z rozbrajającym uśmiechem, jak zawsze w takich przypadkach.  Skorygowała cenę serka na kasie fiskalnej, po czym odłożyła ten przeterminowany produkt w miejsce, z którego go zabrała.  I znów nastąpiła tradycyjna wymiana zdań. –Nie schowa go pani na zaplecze, przecież to już się nie nadaje do sprzedaży –to moje pytanie. – Tak, oczywiście, za chwilę to wyniosę, teraz jest tu kolejka i nie mogę odejść – to kobieta zza lady. I tak jest zawsze. Każdy produkt sprawdzam dwa razy, nim go schowam do torby, bo nigdy nie wiadomo czy przypadkiem jego data przydatności do spożycia nie upłynęła. Powie ktoś, po co kupujesz w tym sklepie skoro chcą cię oszukać? Faktycznie nie powinienem, ale zgodnie z tym, co powiedział nasz były prezydent: nie chcem, ale muszem… no przynajmniej czasami nie mam innego wyjścia i muszę. Bo to w zasadzie najbliższy sklep spożywczy na moim osiedlu. I jest otwarty całą dobę. Do innych mam dalej i nie zawsze mam siłę, czas i ochotę na dalekie wyprawę po zakupy. Gdy nie muszę, to oczywiście tam nie kupuję,a gdy już muszę to sprawdzam każdy towar, bo nigdy nie wiem czy przypadkiem nie okaże się, że został wyprodukowany lata temu i do sprzedaży się nie nadaje. Ale w zasadzie to, dlaczego ja się tłumaczę? Przecież to ja tu jestem klientem sklepu i mam prawo do świeżego produktu. Ja nikogo nie chcę oszukać. Ja chcę tylko kupić pełnowartościowy produkt. To mnie tu chcą oszukać. A ja mam poczucie,że coś robię źle.

Pewnego razu kupiłem, w tym sklepie sok pomarańczowy, którego data przydatności do spożycia minęła ponad siedem miesięcy wcześniej.Moja wina. Tym razem nie sprawdziłem w sklepie… Boleśnie przekonałem się o moim gapiostwie nalewając sok do szklanki. I całe szczęście, że nie wypiłem wprost z kartonu. Sok nalany do naczynia był mętny i o brązowej barwie.  Następnego dnia zwróciłem uwagę sprzedawczyni, że kupiłem napój nienadający się do spożycia i oczywiście też do sprzedaży. Pani grzecznie przeprosiła. Kilka dni później towarzyszyłem koleżance w zakupach w tym samym sklepie. Znajoma zapragnęła napić się soku, co od razu wzbudziło moją czujność. – Sprawdź datę,może jest przeterminowany – ostrzegłem, znając zwyczaje panujące w tym sklepie i kierując się doświadczeniem. Sok był przeterminowany. Na półce było ich jeszcze osiem w takim stanie … lub może więcej, nie wiem, bo dopiero za dziewiątym razem pani ekspedientka natrafiła na taki, który był świeży.  I tak jest zawsze. Odwieczna walka. Oni coś mi usiłują sprzedać i czasami jest to przeterminowane,a ja staram się wykazać czujnością i sprawdzać daty przydatności do spożycia. Dla mnie najważniejsze jest to, iż zarówno w przepadku przekroczenia daty minimalnej trwałości, jak i terminu przydatności do spożycia środki spożywcze nie mogą znajdować się w obrocie. A w tym sklepie normą jest sprzedaż towarów żywnościowych po upływie ich terminu przydatności do spożycia.  Czy to musi tak być, że ja ciągle kupuję w poczuciu zagrożenia? Widocznie stara zasada z czasów minionych, przypisywana przez niektórych Feliksowi Dzierżyńskiemu: Ufaj, ale sprawdzaj” nadal jest aktualna. Choć może teraz nowocześniej i zgodnie ze sklepową modą powinno to brzmieć: trust, but veryfy. I to proponuję umieścić na witrynach sklepów tuż obok napisów : sale.

dziennik pesymistyczny

Barwy manipulacji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Co pewien czas słyszę kolejne narzekania, że ten nasz rodzimy, za przeproszeniem „ szołbiznes”, jest taki zaściankowy, zapleśniały, zacofany… i tak takie tam podobne epitety. Podobno nasze gwiazdy, to raczej gwiazdeczki li tylko, a takie prawdziwe i wielkiego formatu to tylko innych krajach.  Afery z celebrytami też raczej nie takie jak na zachodzie Europy. Ogólnie rzecz ujmując słyszę wciąż, prawie każdego dnia narzekania, że daleko nam jeszcze do tego, co za granicami naszego pięknego kraju. Oczywiście można od razu zapytać czy, dla przykładu, biznes związany z rozrywką na Węgrzech czy w Holandii jest mniej prowincjonalny? Moim zdaniem wcale nie, ale przecież narzekanie na to, że w naszym polskim świecie filmu, muzyki czy telewizji jest źle to taki nasz narodowy sport, któremu – przyznam się od razu – czasami sam ulegam. Ale po tym, co wyczytałem w gazecie Rzeczpospolita uważam, że nie mamy się, czego wstydzić. Mamy prawdziwe gwiazdy i prawdziwych fanów gotowych na wszystko dla swoich ulubieńców. Teraz to my jesteśmy w czołówce afer związanych, z ·„ szołbiznesem”. Jak donosi gazeta, pewna zorganizowana grupa wsparcia uknuła, i co więcej zrealizowała swój niecny plan wpłynięcia na wynik głosowania w plebiscycie Telekamery “Tele Tygodnia” 2011. Przez kilka tygodni tajemniczy wielbiciele wysyłali głosy na serial “Barwy szczęścia” i na grającą w nim Katarzynę Zielińską. Na akcję poszło podobno ponad dwieście tysięcy złotych!  Ja osobiście nie wyobrażam sobie takiej kasy nawet w banku, a już zupełnie moja wyobraźnia siada przy tym, że miałbym wydać te pieniądze na głosy w konkursie na ulubiony serial telewizyjny. Ale ja jestem biedny szarak a jak widać trafiło na grupę fanów bardziej zamożnych ode mnie i bardziej zdeterminowanych.  Grupa wsparcia serialu “Barwy szczęścia” liczyła podobno kilkanaście osób.  Mieli oni masowo wycinać z gazety kupony konkursowe, wypełniać je i po naklejeniu na karty pocztowe wysyłać, jako głos w konkursie.  Regulamin, bowiem, tylko w tym przypadku pozwalał na nieograniczone oddawanie głosów w plebiscycie. Bo sms-a z konkretnego numeru telefonu można było wysłać tylko raz, a w internecie z jednego komputera jeden raz głosować. Z gazety można się poza tym dowiedzieć, jaki był cennik tego niecnego przedsięwzięcia. Za każdy oddany głos osoby zajmujące się tym procederem dostawały po trzydzieści groszy. Wszystko było dobrze zorganizowane. Organizatorzy, akcji wspierania serialu w konkursie, przekazywali osobom głosującym pieniądze na znaczki i kartki pocztowe oraz dostarczali egzemplarze gazety, w których znajdowały się kupony do wypełnienia i wysłania.  Jak podaje informator dziennika Rzeczpospolitej, za cały proceder miała odpowiadać osoba związana z serialem “Barwy szczęścia”, nadawanym w TVP 2. Firma produkująca temu zaprzecza.  Czyli nadal nie wiadomo czy to nie jakaś społeczna akcja wsparcia serialu. Na szczęście organizatorzy konkursu Telekamery “Tele Tygodnia” 2011 wykazali się czujnością i afera została w porę wykryta. Na kilka dni przed ogłoszeniem wyników plebiscytu poinformowano o unieważnieniu dużej liczby głosów, które mogły wpłynąć na wyniki głosowania. No i co? Gdzie na świecie jeszcze ktoś tak kocha seriale tasiemcowe, że skłonny jest do wydania sporej kasy, aby pomóc mu w konkursie? To jest prawdziwe uwielbienie. Prawdziwa miłość. Prawdziwe poświęcenie.  I mamy to tylko w Polsce.

 

dziennik pesymistyczny

Jeszcze nie teraz… będzie normalnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Na portalu społecznościom, pewienmój kolega umieścił link do pewnej piosenki sprzed lat. Ja tak specjalnie ztymi „pewien” i „pewnie”, bo to właściwie wszystko, co można uznać za pewnik. Wszystkoinne to marzenia i obiecywanie ich spełnienia. Chciałbym dziś opowiedzieć o tym, co miało się zdarzyć, co powinno sięzdarzyć i było nader często zapowiadane, ale się jeszcze nie zdarzyło, choćwiara w ludziach nie gaśnie, że jednak kiedyś to nastąpi. Oczywiście wprzyszłości to nastąpi, bo to, co teraz jest nieszczególnie zadowalające. Wszystko,co dobre nie dzieje się tu i teraz, ale ma nastąpić w właśnie przyszłości. Pamiętacietakie słowa piosenki, której refren brzmi: Jeszcze będzie przepięknie, Jeszczebędzie normalnie… To właśnie link do tego utworu umieścił mój znajomy winternecie. Oczywiście, że pamiętacie. Przecież kilka lat temu przypomnieli namo tej piosence politycy. Miała ona zagrzewać nas do czynu, jakim było głosowaniew wyborach na tych właściwych, czyli na tych, którzy stając przy sterach rządudoprowadzą do tego, że Polska osiągnie stan normalności i będzie wokół nas znówprzepięknie.  Minęło kilka lat a mniepozostaje znów tylko głęboka wiara, że tak się właśnie stanie. Czyli, że jeszczebędzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Słowem kluczem w tym wszystkim jestoczywiście „ jeszcze”. Według słownika języka polskiego wyraz „ jeszcze” topartykuła komunikująca, że dany stan rzeczy trwał lub trwa dłużej, niż mówiącysię tego spodziewał. To idealny utwór dla każdego polityka. Bo przez niegokomunikuje on swoim wyborcom, że stan obecny może i jest niedoskonały, ale za to,jeśli trochę jeszcze poczekają to normalność i szczęście wiekuiste nastąpiniebawem, choć jeszcze nie w tej najbliższej chwili, lecz w przyszłości bliżejnieokreślonej. Choć w zasadzie powinno się śpiewać: jeszcze jest jak jest, alejeszcze będzie normalnie. Ale wróćmy do „jeszcze” z piosenki. – Partykuła uwydatniającaodległość w czasie lub przestrzeni między danym miejscem bądź momentem apoczątkiem lub końcem zdarzenia, o którym jest mowa, – że pozwolę sobie nakolejny cytat ze słownikowych definicji. I znów można odnieść wrażenie, żeczytamy z politycznej deklaracji. Bo przecież ileż to razy przez te ostatniedwadzieścia lat słyszałem, że jeśli tylko będę cierpliwy to w przyszłościjeszcze doczekam czasów szczęśliwych. I nawet teraz słyszę z ust polityków, żejest jeszcze za wcześnie, że normalność nadejdzie a tylko ta odległość w czasiecoraz bardzie się uwydatnia. Ogólnie mówiąc polityczne obietnice mają jednąwspólną cechę – nie wyznaczają dokładnych dat dla ich spełnienia. Wszystko, codziś się obiecuje ziści się w przyszłości. Jeszcze teraz nie doświadczamy normalności w naszym kraju, ale już zakilka lat jeszcze będzie normalnie. Zobaczycie drodzy wyborcy jeszcze będzie normalnie!Wszystko opiera się też na naszej wierze, że ten, który nam obiecuje dotrzymasłowa. I że choć teraz jest odwieczny kryzys to jeszcze będzie przepięknie. Ztym „jeszcze” jest dokładnie tak jak z wiarą w życie pozagrobowe. Jesteśmyskazani na trwanie na tym łez padole, ale możemy oczekiwać raju… oczywiście pośmierci. To genialne. Że jeszcze na to nie wpadli politycy. A może już wpadli? –My to już nie doczekamy, ale nasze dzieci czy wnuki to już na pewno będą żyć wnormalnym kraju – powiedział mi pewien lokalny polityk, gdy go spytałem, kiedyto będzie w końcu przepięknie i normalnie. Czyli zdecydowanie można przenieśćnasze oczekiwania szczęśliwości ponad czas nam doczesny.  A ja coraz bardziej tracę nadzieję, żedoczekam czasów w których jeszcze będzie normalnie i jeszcze będzieprzepięknie.     


dziennik pesymistyczny

Świat w opakowaniu zastępczym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Kilka dni temu pojawiła się w internecie inicjatywa „dnia bez Smoleńska”. Pomyślałem wtedy: brawo! Nareszcie ktoś głośno powiedział to, o czym wielu do tej pory tylko myślało lub mówiło w ścisłym gronie znajomych.  Od razu poparłem pomysł ustanowienia tego choćby jednego dnia bez ciągłego mielenia smoleńskiego tematu i jak widziałem nie byłem w tym osamotniony. Zmartwiłem się, gdy dotarła do mnie wiadomość, że pomysł został przez inicjatorów porzucony. Od czasu do czasu słyszę z ust polityków, że jakiś temat jest tematem zastępczym. Nagłaśnianym i lansowanym przez ich konkurentów po to tylko, aby przykryć ważniejsze sprawy, o których ktoś nie chciałby mówić. Idąc śladem tego rozumowania dochodzę do wniosków, że takich politycznych motywów zastępczych jest u nas sporo. Tak jakby łatwiej było w sejmie czy w studiu telewizyjnym kłócić się o odpowiedzialność ministra obrony narodowej w sprawie katastrofy rządowego samolotu, niż rozmawiać o powodach rosnących cen żywności. Czasem mam wrażenie, że żyję w całkiem innej rzeczywistości niż ci, których oglądam w telewizji i o których czytam w gazetach. Oni tam o odwołaniu ministra dyskutują po kilkanaście godzin, a ja zastanawiam się nad tym, jak przeżyć za to, co mi zostało z pensji do końca miesiąca. Żyjemy w dwóch osobnych światach, w których Ci, co u władzy urządzają dla mnie teatralne dyskusje nad tematem, który może jest i ważny, ale dla mnie maluczkiego nie najważniejszy. Przeczytałem dziś wyniki badań, z których wynika, że Polaków najbardziej niepokoją: bezrobocie, opieka zdrowotna oraz bieda i nierówności społeczne. A ja mam wrażenie, że nie słyszałem w sejmie od dawna ożywionej wielogodzinnej dyskusji na te tematy. Nie słyszałem doniesień o zwołaniu specjalnej komisji celem wyjaśnienia, dlaczego bezrobocie nie spada a rośnie.  Postawa patriotycznego zgorszenia i wiecznego żalu jest bezpieczniejsza, bo niczego nie obiecuje.Można latami dociekać czy to Rosjanie są odpowiedzialni za katastrofę pod Smoleńskiem. W przypadku bezrobocia trzeba by obiecać, że coś się z tym zrobi. A tu można dyskutować i dyskutować bez końca. Można bez końca walić w smoleński bęben, żeby wszystko inne zagłuszyć. 

dziennik pesymistyczny

Niektórzy są równiejsi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 18

– Tłumaczyłem temu strażnikowi miejskiemu, jak komu dobremu, że nie wiedziałem, że tu nie można parkować – opowiadał jeden pan, drugiemu panu o swych przykrych dla niego kontaktach ze stróżami porządku.  Słyszałem opowieść,lecz nie podsłuchiwałem. Po prostu panowie stali w kolejce do kasy przede mną,a ja nie miałem nic innego do roboty. – Tłumaczę mu, że nie dalej jak kilka dni temu w tym samym miejscu stał ich radiowóz i wcale nie uczestniczył w żadnej akcji, więc myślałem, że można tu parkować – kontynuował opowieść mój sąsiad z kolejki. – I wiesz, co mi odpowiedział? Że komu wolno temu wolno, a mnie niewolno… i należy mi się mandat – dodał. Byłem ciekaw, co dalej się stało z tym parkowaniem w niedozwolonym miejscu. Ale niestety, kolejka do kasy się przesuwała i pani w kasie zaczęła obsługiwać tego pana, co opowiadał, więc nie dowiedziałem się jak ta przygoda ze strażnikami się zakończyła. Przypomniałem sobie o tej zasłyszanej opowieści wieczorem, gdy oglądałem wiadomości telewizyjne.  Dowiedziałem się z nich, że pewien sędzia z pomorza został zatrzymany przez policję, bo prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Jakby tego było mało, razem z sędzią,który był nietrzeźwy jechał jego przełożony, który po przyjeździe do sądu nie zabronił sędziemu uczestniczyć w rozprawach, w których wydawał wyroki.  Potem dowiedziałem się z innego materiału dziennikarskiego, że jeśli jest się komendantem powiatowym policji to można grzecznie poprosić swojego kolegę po fachu, żeby nie wlepiał mandatu i punktów karnych, i w ten sposób uniknąć grzywny i dostać tylko pouczenie.  Tak mi się to wszystko zestawiło w jedno. Ten sędzia, co to po pijaku wydawał wyroki za przyzwoleniem przełożonego i ten policjant,który nie dostał mandatu, bo poprosił grzecznie kolegę by mu go anulował, oraz ten pan z kolejki w kasie mi się przypomniał z tym: – komu wolno temu wolno –wypowiedzianym przez strażnika miejskiego. I doszło do mnie po raz kolejny wżyciu, to, co słyszałem za młodu: – co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie. W tamtych czasach, gdy mi to powtarzano to ja rzeczywiście nie byłem dopuszczony do pełni praw bom jeszcze był małoletni. Ale teraz, gdy jestem już dorosły i mam,jako obywatel tego kraju gwarantowane przez konstytucję prawa i obowiązki to coraz częściej dochodzę do smutnych wniosków, że w zasadzie to nic się nie zmieniło. Bo przecież to każdy ma inne prawa. Inne policjant czy sędzia a inne ja czy inny szarak pospolity.  I choć wszyscy są równi to niektórzy są równiejsi. Czy na pewno podlegam takim samym prawom jak urzędnik państwowy? Nie mam wątpliwości, że nie. Czasem znów słyszę ten głos z czasów dzieciństwa: – co wolno wojewodzie to nie tobie…

dziennik pesymistyczny

Niewytłumaczalna nagość

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 61

Życie potrafi jednak zaskakiwać. Jako wielki fan telewizji, która jak już to wielokrotnie w tym miejscu podkreślałem stanowi moje okno na świat, zmuszony jestem do oglądania reklam. Poza tym, co lubię oglądać. Nie da się od reklam uciec, więc trzeba się do nich przyzwyczaić.  Są przecież nierozerwalną częścią telewizyjnego biznesu. Są reklamy lepsze i są te gorsze.Osobną kategorie stanowią te reklamy, które zawierają goliznę. Goła baba w telewizyjnej reklamie to jeszcze u nas przejdzie, ale jak pojawi się na ekranie goły facet … to dopiero wielkie zgorszenie. Jako mężczyzna bezdzietny, nie mam, na co dzień możliwości obserwacji małoletnich przed ekranem. Ale znam bardzo wiele osób, które dzieci posiadają i wiem od nich, że należy pilnować, aby pociechy nie oglądały telewizji w nadmiarze. A gdy już zasiądą przed telewizorem to trzeba przypilnować,aby oglądały raczej takie programy czy kanały, które są dla najmłodszych przeznaczone. Ja to wiem i moi znajomi, którzy są rodzicami, też o tym wiedzą.Ale najgorsze jest wtedy, gdy któraś mama o tym nie wie i dopuści do tego, że jej małoletnia córka zobaczy w telewizji reklamę z gołym panem. To już jest zdecydowanie najgorsza możliwość, że wszystkich. W niczym nie można tego porównać do obrazów wojen czy relacji z klęsk żywiołowych, które mogłoby zobaczyć dziecko. Goły mężczyzna na ekranie jest gorszym złem niż kilkuminutowa relacja z obszarów objętych wojną z trupami w tle. Bo golizna na ekranie to zło największe. Komisja Etyki Reklamy oddaliła skargę na spot telewizyjny Radia ZET– przeczytałem dziś na jednym z portali internetowych. W proteście zarzucono pewnej reklamie tego radia, że pokazany w niej nagi mężczyzna to nieodpowiedni widok dla dzieci. Znam ten spot bardzo dobrze i raczej nie zauważyłem, aby pokazany tam facet machał swymi klejnotami do dzieci zgromadzonych przed ekranem. A tu proszę,jakie życie jest zaskakujące. Ten nagus z reklamy, co to zakrywa dłońmi skrzętnie to, co tam ma między swymi nogami zgorszył pewną trzyletnią dziewczynkę zgodnie z relacją jej mamy. A w zasadzie nie tyle ją, co jej mamusię. Matka owa poczuła się tak wielce zniesmaczona tym przejawem permanentnej pornografii, bonie mogła w żaden sposób wytłumaczyć dziecku obrazu gołego mężczyzny na ekranie. Fakt to straszliwe! Jak dziecku wytłumaczyć, że panowie pod ubraniem są nadzy? Akcja reklamy, o której tu mowa dzieje się w szpitalu, gdzie na łóżku czekając, pewnie na jakiś zabieg, spoczywa golas. To tak zbulwersowało matkę trzyletniej dziewczynki, że musiała się jej skargą zająć aż komisja etyki.Twórcy spotu pokazali, że czasami lekarzowi musimy pokazać się nago. Ot i całe wytłumaczenie,które polecam niezaradnej mamusi trzyletniej dziewczynki. Proste, ale nie dla wszystkich jak się okazuje. Tego nie mogła matka wytłumaczyć dziecku, ale skargę to już napisać umiała. Faktycznie to przecież niewytłumaczalne żeby goły facet leżał na łóżku.  A ja myślałem, że to taka niewinna reklama, żartobliwa, zadziorna… a tu się okazało, że podstępnie byłem epatowany pornografią. Cóż ja dorosły, a ile dzieci zostało uświadomionych o tym, że mężczyzna zdejmując ubranie stanie się goły.  Skandaliczny skandal.  Proponuję tez zakazać bajki o królu, co to był nagi. Przecież to istna pornografia niewytłumaczalna dla trzyletnich dziewczynek.