Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Polityczny product plaecement

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy właściciel jakiegokolwiek interesu marzy zapewne o skutecznej reklamie. Ale nie każdego stać na emisję reklamówki, w której politycy z pierwszych stron gazet, odmieniają przezwszystkie przypadki nazwy prywatnej firmy lub oceniają prywatną sieć handlową. To, co z angielska nazywa się productplaecement jest jedną z najszybciej rozwijających się form promocji. Przyczynąjest zapewne zniechęcenie społeczeństwa tradycyjną reklamą. Dlatego też productplaecement trafi do świata polityki. Ileż to razy widziałem w telewizji jakzamazywany był znak handlowy lub logo znanej firmy odzieżowej na ubraniachwystępujących w programach gości. Ile to razy prowadzący zaznaczał, że niemożna używać nazwy jakiejś marki, bo to będzie reklama. Wszystko jest jasne, bojak dana firma nie zapłaciła to nie będzie mieć reklamy. Po to dział marketinguw pocie czoła tworzy cenniki spotów telewizyjnych, żeby za reklamę trzeba byłosporo zapłacić. A tu niespodzianka. Przychodzi taki polityk do sklepu, robi wnim zakupy a towarzyszący mu tłumek dziennikarzy przekazuje to w świat. To cidopiero reklama. Do wizyty premiera w osiedlowym sklepiku, byłby on zapewne nadaltylko sklepikiem osiedlowym. A jak zrobił w nim zakupy przywódca partii prawychi sprawiedliwych od razu stał się symbolem. Myślę, że to naprawdę niewykorzystany kanał reklamy, ci politycy.Przecież prezes mógł dokładniej zaprezentować kurczaka, którego nabył. Mógłdokładniej wskazać, kto jest producentem mąki lub cukru. Choć w tych ostatnichprzypadkach i tak było dobrze zareklamowane, bo opakowania było dość dobrzewidoczne w telewizji. Anonimowo na ich tle wypadł wspomniany kurczak orazjabłko, nie wspomnę już o ziemniakach. A można by zebrać pieniądze za reklamęod producentów i w ten sposób wspomóc kampanię wyborczą? Mam nadzieję, żeprzynajmniej właściciel sieci dyskontów spożywczych, tej z owadem w nazwie,poczuje się w obowiązku i przekaże pewną okrągłą sumkę na konto komitetuwyborczego obydwu kandydatów, bo przecież obaj przyczynili się swym spotem dopromocji sklepów. Jakie wielkie pieniądze trzeba by wyłożyć, aby zaangażowaćszefa największej partii opozycyjnej do reklamówki promującej zakupy.  Nie wspomnę już o tym, że prawie niemożliwebyłoby zaangażowanie do występu w reklamie urzędującego premiera. Każdy, ktoprowadzi warzywniak czy na przykład piekarnię śni zapewne każdej nocy, aby towłaśnie jego sklepik osiedlowy odwiedził prezes otoczony wianuszkiemdziennikarzy. I właśnie tam a nie gdzie indziej zrobił zakupy. Pewnie niejeden właściciel dużej sieci handlowej przeklina dzień, wktórym prezes, sklep z owadem w nazwie, nazwał tym dla najbiedniejszych.Przecież każdy by chciał żeby to właśnie jego firmę pokazali w telewizji iniejeden by chciał żeby wokół jego marketów toczył się spór o to czy jest ondla ubogich czy tez może dla tych z zasobniejszym portfelem.  Prezes woli osiedlowy sklepik, bo – jakoznajmił dziennikarzom – w Biedronce kupują tylko najbiedniejsi. Z koleiobecnie nam urzędujący premier zarzekał się, że zarówno on sam, jak i jegorodzina chętnie ze sklepów sieci z owadem w nazwie korzystają. Taka kampaniapromocyjna kosztowałaby majątek, a tu proszę za darmo i to w najlepszym czasieantenowym. W reklamówkach dyskontu spożywczego wystąpił obecny premier orazprzywódca największej partii opozycyjnej. No dobrze, to małe nadużycie, że wystąpili. Ale nazwa sklepu pada w ichwypowiedziach wielokrotnie. Dlatego też wydaje mi się uzasadnione, że to jednakjakaś tam reklama dla tej sieci handlowej była. Ten, kto jeszcze nie był wsklepach z owadem w nazwie, teraz pewnie tylko dla sprawdzenia, który zpolityków z pierwszych stron gazet ma rację i odwiedzi market.  Trzeba by jakoś wykorzystać ten potencjał.  Może teraz prezes skrytykuje jeden z napójgazowanych o ciemnej barwie a premier go pochwali? Można na tym nieźlezarobić. 

  

 

 

dziennik pesymistyczny

Chciwość jest dobra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spekulacja, czyli skupowanietowarów i odsprzedawanie ich z nadmiernym zyskiem, gdy brakuje ich na rynkujest postrzegane, jako proceder nieuczciwy. Tak jest w teorii. Tak było wPolsce w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy działał u nas urząd do walkiz lichwą i spekulacją.  Definicjęspekulacji można znaleźć w słowniku i dla tych, którzy zajmują się tymprocederem jest ona niepochlebna. Ale w życiu jest inaczej.  Spekulacja w małej skali jest zła.  Jest szemranym interesem godnym potępienia.  Ale gdy to samo zrobi ktoś większy, bogatszy,działający w międzynarodowej skali to jest jakby mniej nieuczciwy. Bo wiadomo,co innego spekulować tak lokalnie – wtedy jest to nieuczciwość – a co innegotak międzynarodowo to już jest biznes. I to ten najlepszy, bo wielki biznes. Taki,co to każdy chce prowadzić w myśl naszej nowej narodowej ideologii: bogać sięza wszelką cenę nawet kosztem innych. – Chciwość jest dobra – twierdzi bohaterfilmu Wall Street 2 Gordon Gekko.  Niktnie powinien być chyba zdziwiony, że z tygodnia na tydzień paliwowa drożyznacoraz mocniej bije nas po kieszeni.  Średniacena litra najpopularniejszej benzyny przekroczyła psychologiczną granicępięciu złotych. Przecież to zwykła spekulacja, a ona jest wpisana w mechanizmyrynkowe. I choć zła i nieuczciwa – tak w potocznym rozumieniu – to w nowymmodelu naszego społeczeństwa jest dopuszczalna. Przecież odkąd naszym kolejnym bogiemstał się pieniądz, to standardy uczciwości się nieco zmieniły. Teraz już chyba niktz rządu nie wpadłby na pomysł, żeby utworzyć urząd do walki ze spekulacją. – Wysokipoziom cen ropy wynika z presji spekulacyjnej i z tych samych powodów niedługonastąpi spadek cen ropy – powiedział w poniedziałek w Brukseli wicepremierWaldemar Pawlak. Zgodnie z zasadą bóg dał, bóg wziął. To w wyniku działańwyższych sił płacimy coraz więcej za paliwo. Nic się nie da zrobić. Pawlakprzypomniał, że w dwa tysiące ósmym roku ceny ropy ostro spadły po osiągnięciurekordowego pułapu stu czterdziestu dolarów za baryłkę. Zdaniem wicepremieranaszego rządu, był to wynik spekulacji. W jego wypowiedziach nie ma winnych,nie mam nic o przeciwdziałaniu. Jest tylko stwierdzenie faktu zaistniałejspekulacji. – Co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz – należałoby powtórzyć zaklasykiem. I choć nawet wicepremier polskiego rządu wie, że „dzisiaj też nie mażadnych obiektywnych czynników, które by uzasadniały utrzymywanie tak wysokiegopoziomu cen” to, co może zrobić? Nic, bo rządy w spółkach sprawują politycy iszefowie wielkich korporacji. A spekulacja jest jak deszcz, upał czy śnieżyca –dopustem bożym.  A że ktoś na tymzarabia? Cóż, widocznie tak ma być i już. Nic nie można poradzić. – To jestpompowanie ceny przez instytucje, które handlują derywatami – mówił Pawlak pospotkaniu ministrów ds. energii krajów Unii Europejskiej. Mam wrażeniegraniczące z pewnością, że ceny paliw, które poszybowały w górę są wynikiemzmowy cenowej i spekulacyjnej gry. Wiem o tym, ja i chyba zdaje sobie z tegofaktu sprawę wicepremier mojego rządu. I nic z tej wiedzy nie wynika, bo wdzisiejszych czasach spekulacja jest dobra. Mogę też sobie pospekulować – czyliwnioskować na podstawie domysłów i niepewnych wiadomości – że to jeszcze niekoniec złych wiadomości w sprawie podwyżek. Bo jak mówił Gordon Gekko – Chciwośćjest dobra.  Spekulacja – choć nieuczciwa- to przecież niekaralna i jak widać w świecie biznesu i polityki jaknajbardziej dopuszczalna.

 

dziennik pesymistyczny

Sklepy dla ubogich

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien starszy pan, ten co to jest we własnym przekonaniu najbardziej wśród Polaków prawy i sprawiedliwy wybrał się do sklepu na zakupy, o czym szeroko informowały media wnaszym kraju. Zapytałem mojego kolegę który w wyniku światłych rządów naszych polityków przebywa obecnie zza granicą, gdzie musiał emigrować za chlebem, czy i u nich ta informacja też odbiła się szerokim echem w prasie i telewizji.  Zasmuciłem się wielce, jak dowiedziałem się że jednak nie. A szkoda, bo to wydarzenie na skale międzynarodową. Przecież nie co dnia ktoś jak pan prezes  taki robi zakupy w sklepie. Tak, przyznaje od razu, zdecydowanie pisze te słowa zzazdrości o rozgłos jaki spotyka prezesa partii prawych i sprawiedliwych.  Gdy tylko przyjdzie mu ochota jechać gdzieś pociągiem to od razu są przy nim dziennikarze. Jak wybierze się do sklepu by zrobić w nim zakupy to od razu jest o tym głośno w prasie i telewizji. Dlatego chyba nie ma w tym nic dziwnego, że mu zazdroszczę. Jak ja idę do spożywczego to nikt o tym nie rozpisuje się w gazetach. Nie ma ze mną ekip telewizyjnych. A to przecież jest nie lada wyczyn tak za pensje którą zarabiam utrzymać się przez miesiąc.To się zdecydowanie nadaje do prasy, nie tylko prezes i prezes! Przecież ja też kupując pewne towary a innych nie kupując dokonuje nie lada wyborów  w tym politycznych.  Gdzie tu sprawiedliwość! Pan starszy udał się na zakupy i od razu zrobiło się o tym głośno. A jak ja co dnia kombinuje jak za przypadająca na dany dzień kwotę pieniędzy nabyć odpowiednio kaloryczną porcje żywności aby mieć siły do pracy następnego dnia, to nikogo poza mną to nie interesuje. Pan prezes wybrał się na zakup. Towarzyszyła mu świta działaczy partyjnych. Po ich zrobieniu skrytykował obecnego premiera rządu. Prezes prawych i sprawiedliwych przeszedł się po sklepie z koszykiem. Następnie podszedł do kasy gdzie zapewne zapłacił gotówką, bo jak wiadomo powszechnienie ma konta w banku czyli pewnie karty płatniczej też nie ma. W koszyku miał miedzy innymi  chleb, cukier, jabłko, mąkę, siatkę ziemniakówi kurczaka.  – Donald Tusk przeszło trzy lata temu pytał mnie o te rzeczy. Tu są te rzeczy, poza gazem, bo trudno go kupić – powiedział do dziennikarz. Rachunek prezesa wyniósł ponad pięćdziesiąt pięć  złoty. – Bogaty pan – stwierdziła moja koleżanka, gdy jest opowiedziałem o niesamowitym wyczynie prezesa. – Ale jak wiadomo, politycy dobrze zarabiają – dodała.  Odpowiadając na sugestię, że sklep, w którym zrobił zakupy był drogi, prezes prawy i sprawiedliwy oznajmił,  że „oczywiście moglibyśmy pójść do Biedronki”. – Ale Biedronka to jest sklep dla tych najbiedniejszych – dodał. Kiedyś można się było dowiedzieć z reklamy że „ pół polski kupuje w biedronce”.  Nasze społeczeństwo na ten spot odpowiedziała żartem, że tylko połowa, bo drugiej na to nawet nie stać. I tak prezes wskazałnam na istnienie trzech warstw społecznych. Ci co kupują tam gdzie prezes. Potem ci co zaopatrują się w sklepach dla najbiedniejszych. I na końcu tacy, co nic już nie mogą kupić, bo nawet na Biedronkę ich nie stać. Nie wiem czy opokazanie takich podziałów społecznych  prawym i sprawiedliwym politykom  chodziło.Jeśli tak to gratuluje.  Mam wrażenie, że nie ważne kto jest, lub będzie premierem, bo ten system z założenia produkuje przede wszyskim biedę.

 

dziennik pesymistyczny

Walczą o pokój aż leje się krew

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Moja ojczyzna walczy o pokój, mój rząd walczy o pokój, nasza armia walczy o pokój, więc ja też walczę o pokój- słowa piosenki Dezertera przypomniały mi się jak słuchałem doniesień o nowej wojnie w obronie światowego pokoju, jaka zaczęła się w Libii. Pamiętam jak wiele lat temu pewien polityk przekonywał mnie oraz moich znajomych, że jednym z największych przykładów obłudy PRL-u było wieczne podkreślanie, że władza ludowa walczy o pokój. Że tu z jednej strony były za komuny niebieskie flagi na każdej latarni, białe gołąbki w witrynach sklepów a z drugiej, bezwzględna walka z opozycją i ogólnie angażowanie się bloku sowieckiego w wojny na całym świecie. Przekonywał nas ten pan, że ten zły system rządów, który odszedł w Polsce do historii, ustami swoich przywódców mówił społeczeństwu, co innego, a robił zupełnie coś przeciwnego. Tłumaczył też nam, że teraz w naszej ojczyźnie, która dołączyła do wolnego świata będzie zupełnie inaczej. Wielu z moich znajomych ten pan polityk przekonał. Ja też bardzo chciałem żeby było inaczej niż kiedyś. I faktycznie wiele się zmieniło. Można dyskutować czy zawsze te zmiany, które nastąpiły po zmianie systemu są zmianami na lepsze czy na gorsze. To całkiem inna historia. Ale jednego jestem zupełnie pewien. Jeśli chodzi o walkę rządów o pokój nic się nie zmieniło. Światowe mocarstwa znów rozpoczęły wojnę, aby zapewnić pokój ludzkości. Zaczęła się kolejna wojna w obronie ludności cywilnej,na której zapewne najwięcej zginie cywili właśnie. Przecież nie można było stać spokojne i przyglądać się biernie jak reżim pułkownika Kadafiego morduje własnych obywateli. Tak,zapewne nie można, ale też nie wiem, co takiego wyjątkowego stało się w Libii.Jakoś nie było interwencji w Tunezji czy Egipcie. No, ale tam nie chodziło o ropę. Teraz, gdy wewnętrzny konflikt zagraża interesom, wojna jest uzasadniona.Nie dało się przekonać do siebie Kadafiego całowaniem go po rękach jak to czynił prezydent Włoch, więc teraz można go zmienić na bardziej pokornego przywódcę przy pomocy bomb. Walczymy o pokój w Afganistanie. Walki trwały w Iraku. Teraz walczymy o pokój w Libii. Obama walczy o pokój, Sarkozy walczy o pokój, Berlusconi walczy o pokój…wszyscy walczą o pokój… aż się leje krew, – że tak sparafrazuję słowa piosenki Dezertera.

dziennik pesymistyczny

Dokument uprawnia do życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Dowód proszę – pewnie każdy,kto chciał cokolwiek załatwić w jakiejkolwiek instytucji usłyszał taką prośbę.Nieważne jest przecież to, że staję dla przykładu przed urzędnikiem w swojejfizycznie istniejącej ziemskiej powłoce, ważniejsze jest to, że na własneistnienie mogę przedstawić stosowny dowód w postaci małego kawałka plastiku. Takispecjalny akt rządowy zatwierdzający lub może bardziej potwierdzający mojeistnienie. Czasem zastanawiam się czy ci, którzy stają u nieba bram też słysząod świętego Piotra: – dowód proszę. Ja wiem, że jest mnóstwo oszustów i jakośtrzeba weryfikować naszą tożsamość, ale co ja mam poradzić, jakoś nie mogę sięprzyzwyczaić do myśli, że to ten plastik z moim zdjęciem jest ważniejszy odmojego słowa zapewniającego, że ja to jednak ja a nie kto inny. Tylko ten dowódz plastiku określa mój byt w państwie i społeczeństwie. Choć nie należy zapominać,że jeszcze ważne są cyferki, które są nami. To znaczy reprezentują nas wsystemie.  Już nieważne tak bardzo jestmoje nazwisko czy imię. Równie ważne lub ważniejsze są cyferki. Zakodowane daneo mnie. – Pana PESEL i NiP poproszę – usłyszałem ostatnio w urzędzie. Czylidowód oraz cyferki. Dobrze, że nie muszę mieć przy sobie dowodu szczepienia. Aledobrze wiemy, że są miejsca, gdzie nie tylko dowód osobisty, ale jeszczedodatkowy materiał dowodowy jest konieczny, aby udowodnić, że istniejesz wsystemie i dla sytemu. – Poproszę jeszcze eremua – powiedziała pani wrejestracji, gdy w swojej naiwności próbowałem się dostać do lekarza.Niewątpliwie to właśnie dokument określa człowieka. A jakby tak jakiś urzędnikskasował moją tożsamość i system uznał mnie za nieistniejącego?Niemożliwe?  Pewna pani przez osiemmiesięcy walczyła o przywrócenie jej do życia jak dowiedziałem się z mediów. Niechodziło o to, że miała być wskrzeszona niczym Łazarz. To urzędnik się pomyliłi w dokumentacji oraz w systemie pani ta uznana została za martwą, choć żyłafizycznie jak najbardziej.  I choć błądurzędnika udało się naprawić, to teraz okazało się, że kobieta nadal nie możekorzystać ze służby zdrowia. Mimo tego, że jest się żywym to trzeba to jeszczeudowodnić odpowiednim zapisem w dokumentach. Kiedyś wystarczyło stwierdzić:myślę, więc jestem, teraz trzeba na to przedstawić odpowiednie dokumenty iliczyć na to, że urzędnik przez przypadek nie uczyni nas martwym dla systemu.  


dziennik pesymistyczny

Można pisać co się chce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie  – brzmi stare porzekadło.Poczynania naszej urzędniczej braci wielokrotnie potwierdziły trafność tej ludowej mądrości.  Kilka dni temu w moim prowincjonalnym mieście odbyło się arcyważne spotkanie, na którym wielcy – mojego  leżącego na uboczu  świata – ustalili, że za niespełna trzy tygodnie, powinien zakończyć się ostatni etap przebudowy ulic wokół nowopowstającego w  moim mieście centrum handlowego. I co w tym dziwnego? Ano to, że tuż po spotkaniu pewien dyrektor miejskiego zarządu dróg i komunikacji wyznał dziennikarzom z rozbrajającą szczerością, że: – Ten termin jest właściwie nierealny. Czyli spotkali się i uradzili, że zrobią coś w trzy tygodnie choć z góry – przynajmniej niektórzy z nich- zakładali, że w wyznaczonym przez nich samych terminie tego zrobić się nie da.  Zabawne na swój sposób. Spotkać się, debatować nad problemem, w końcu  uradzić, że coś będzie zrobione szybko a jak nie będzie to się zobaczy co dalej. Należy dodać, że to już drugi termin oddania do użytku nowych ulic, bo pierwotnie zakładano, że przebudowa skończy się do końca listopada ubiegłego roku. Teraz podpisano aneks do umowy w którym znów zapisano nierealny termin zakończenia prac. – Czyli, że zasadniczo Pan się musi na tym rozeznać całkowicie żeby wiedzieć ile i gdzie… – mówi Stanisław Paluch bohater komedii Miś. – Dotychczas tak było, ale teraz mamy komputer. Może Pan pisać co tylko Pan chce, to i tak nie ma żadnego znaczenia – odpowiada mu pan Inkasent, inna filmowa postać. Cytat ten może posłużyć za ilustrację mentalności urzędników. Wiem, że się nie uda, ale można pisać co się tylko chce,bo to nie ma najmniejszego znaczenia. Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. I zawsze można napisać nowy aneks. Podobno – jak donosi lokalna prasa – oprócz nierealnej daty oddania do użytku dróg,  w dokumencie zostały zapisane minimalne warunki pogodowe. Czyli jeśli nierealny zgodnie z przewidywaniem urzędnika termin nie zostanie dotrzymany,  to jest też od razu określony winny tego stanu rzeczy. I jest on najlepszym z możliwych winowajców, bo w końcu kogo można winić za pogodę. Ci wierzący to pewnie Boga winić będą, ale chyba też nie do końca, bo z tego co wiem, to trzeba z pokorą przyjmować Jego wyroki. Także te pogodowe. Czyli znów wszyscy chcieli dobrze, nawet podpisali w tej sprawie stosowne porozumienie, ale wyszło jak zawsze i nietrudno znaleźć  winnych takich w cielesnej postaci. W jednej z lokalnych gazet przeczytałem, że planowane jest kolejne spotkanie w sprawie ulic.  Całkowicie uzasadnione jest moje przeczucie,   że znów ustalony zostanie równie atrakcyjny choć nierealny termin zakończenia prac. Bo dlaczego by nie? Nic mnie tak nie upewnia w tym, że państwo z jego urzędnikami działa w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości,  jak logika postępowania tych urzędników właśnie. Premier Donald Tusk zapowiedział kontrolę nowelizacji ustawy medialnej. Jak mówił, – „rzetelnie sprawdzone zostanie, który z jej przepisów jest radosną twórczością urzędników”.  Może czas zacząć sprawdzać urzędniczą twórczość bardziej szeroko. Także na szczeblu prowincjonalnym.  Bo jeśli oni sami nie wierzą w to co ustalają ,to jak ja mam w to uwierzyć.

 

dziennik pesymistyczny

Miedzy kuchnią a kibelkiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 29

– Czy ma pani w oferciejakiś lokal w którym ubikacja nie sąsiadowałaby  z pomieszczeniem socjalnym? – z tym pytaniem zwróciłemsię do pośredniczki od nieruchomości , trochę wybiegając przed szereg. Chybanie powinienem zabierać głosu,  bo przecieżja byłem tam tylko osobą towarzyszącą. To moja koleżanka poszukująca lokalu dlaswojej nowej firmy poprosiła mnie o doradztwo i pomoc. A ja tak od razuzdyskwalifikowałem lokale, które posiadały takie dziwaczne połączeniesanitariatów z pomieszczeniem socjalnym. Chciała koleżanka żebym doradził, todoradzałem. Choć jak zauważyłem dla niej to nie był najważniejszy problem którywpłynąłby na jej decyzje. Mnie jednak sąsiadowanie toalety z kuchniąprzeszkadza i przeszkadzać będzie. To już było trzecie biuro do potencjalnegowynajęcia, które nam zaprezentowano  iwszędzie było tak samo. Kibelek zawsze w pobliżu kuchni. Tak jakby te dwapomieszczenia o zgoła różnych przeznaczeniach nie mogły w nowo projektowanychpomieszczeniach biurowych istnieć bez siebie.  Zawsze tworzą nierozerwalną parę. Odwiedziłemkilka dni temu zaprzyjaźnioną redakcję i tam było tak samo.  – Przepraszam gdzie jest toaleta – zapytałemznajomą dziennikarkę gdyż potrzeby natury okazały się silniejsze od rozumu. Mogłemsię przecież spodziewać. Redakcja mieściła się w nowo wyremontowanej kamienicy,więc  można się było spodziewaćnajgorszego. I wcale nie chodzi mi o jakość,  czy czystość toalety. Najgorszego z możliwychpłożenia się spodziewałem.  Ale czasamizew natury jest zbyt silny. Nie chciałem ale musiałem. Kierowany wskazówkami koleżankiudałem się na początku do kuchni aby w wydzielonym, na szczęście, pomieszczaniuskorzystać z przybytku.  Ale cały czasmiałem w pamięci, że za cieniutką ścianką siedzą przy śniadaniu pracownicy redakcji.Ja tu za przeproszeniem siku robię a oni tam kanapki wsuwają. Jakoś mi to niepasowało. To, że słyszeliśmy się nawzajem ani dla mnie, ani dla nich nie byłokomfortowe.  Jeszcze do niedawnapracowałem w firmie w której nawiedzony przez pracę w korporacjach managerwprowadził zwyczaj jedzenia drugiego śniadania w pomieszczeniu socjalnym. Isłusznie – jakby powiedziałby mój znajomy.  Oczywiście, że jedzenie przy biurkach to jakośtak nie bardzo.  Ale zmuszanie kilkunastupracowników do jedzenia w pomieszczeniu wielkości windy, przez które przechodzisię do ubikacji jest czymś niezdrowym. Zastanawiam się co kieruje projektantamiktórzy planują pomieszczenia biurowe w ten sposób. Ciekawe czy oni też chętniepopijaliby herbatkę pod drzwiami kibelka. Kto w końcu zrozumie, że tokłopotliwe sąsiedztwo?


dziennik pesymistyczny

Mieć czy być?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 58

Stałem dziś przez witryna księgarni przyglądając się książce. Stałem tak z nosem przy szybie kilka minut, wpatrzony w okładkę umieszczoną na wystawie. Sterczałem przed sklepem nie dlatego, że tak oczarowała mnie mnogość tytułów w witrynie, ale dlatego że zaczęły mnie dręczyć pytania natury egzystencjalnej. Zastanawiałem się, po prostu, czy mnie stać na książkę . Czy jestem na tyle bogatym obywatelem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, bym mógł tak zwyczajnie bez głębszego namysłu, pod wpływem impulsu, wejść do księgarni i kupić książkę gdy mi na to przyjdzie ochota? Nie powiem, w portfelu miałem odpowiednia ilość pieniędzy,ale mój dylemat polegał na wyborze, co dla mnie jest ważniejsze: chęć przeczytania tego co mnie interesuje, czy raczej potrzeba zapłacenia rachunku za to, co niezbędne mi jest do życia. Stałem tam, jak to dziecko stojące przed wystawa cukierni, które pragnie ciastka, ale nie może go dostać, bo przed nim jest szyba. Przede mną też była szklana tafla, czy i choć chciałem książkę mieć to powstrzymywały konieczności codziennych wyborów. Ja wiem, że mimo moich pragnień, pewnych rzeczy mieć nie mogę. Każdy kto pracował lub będzie pracować w firmie, która po redukcjach zatrudnia mniej pracowników a którzy jednak są zmuszeni pracować za dwóch za tę samą stawkę, dobrze wiedzą o czym mówię. Każdy wie jak bolesny jest brak pieniędzy. Nie chodzi tu o chęć posiadania luksusowego samochodu, ale o brak pieniędzy na coś, co wydaje się niedrogie. A jednak i tak cie nie stać. Każdy, kto na wynagrodzenie czeka tygodniami,bo z przyczyn obiektywnych nie dostaje go w terminie, będzie wiedzieć jak bolesne są dylematy dnia codziennego. Nieprzyjemne są chwile gdy zastanawiamy się, czy lepiej zapłacić rachunek za prąd, czy za wodę, bo na uregulowanie obydwu płatności nie ma pieniędzy. Ja przecież wiem, bo byłem już w takiej sytuacji, co czuje ten kto musi przeżyć miesiąc za kilkaset złotych zasiłku dla bezrobotnych. Gdy tak stałem przed witryna księgarni, myślałem o tym, co kiedyś napisał Erich Fromm. Zastanawiałem się, co mnie teraz silniej pociąga. Czy chce„mieć”, czy może raczej chce „być”. Dobrze, że ten filozof napisał swoje dzieło kilkanaście lat temu , bo teraz z braku funduszy dostęp do jego przemyśleń mógłbym mieć utrudniony. Chciałbym „być” to pewne. Nie wdając się w szczegóły, to zdecydowanie moje podejście do życia. Ale czy w naszym nowym – i jak mi wmawia,co dnia, państwowa propaganda – radosnym systemie mogę być naprawdę wolny i spokojnie zajmować się swoim bytem? Chyba jednak nie. Czy dziś to „być” nie jest za bardzo spętane przez „mieć”? Od zbyt wielu i za często słyszę, że jak nie wyznaje kultu posiadania, to jestem nikim. I co ciekawsze, coraz częściej jest mi to brutalnie udowadniane. Teraz zarabiam mniej. No może nie makabrycznie mało. Raczej utrzymuje się w niskich sferach średnich. Ale jak tylko na chwile utracę kontakt z regularnym przypływem gotówki od razu zaczynam się czuć jak ktoś, kto jest gorszy. Gorszy bo biedny. Kupie tą książkę, postanowiłem, ale później… Teraz opłacę rachunek za prąd, bo po ciemku ciężko czytać. Czyli znów wygrało „mieć”, choć dobrze, że przynajmniej nadal staram się „być”.


dziennik pesymistyczny

Kapelusz emerytalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 27

Widziałem jak w telewizjilekarz państwowej służby zdrowia dziękował orkiestrze świątecznej pomocy za wsparcie,bo – jak wyznał dziennikarzowi – bez tej pomocy ich szpitala nie byłoby stać natak drogi i nowoczesny sprzęt ratujący życie. – Może kupi pan cegiełkę przeznaczoną na leczenie ciężko chorego dziecka– zaczepiła mnie wczoraj pani na ulicy. Ogłoszenia, w których ktoś prosiczytelników o wsparcie w walce z chorobą są w prawie każdej gazecie.  – Może kupi pan krzyżówkę, z której dochódprzeznaczony jest na pomoc chorym dzieciom – zagadnęła mnie dziś rano pani naulicy. I takie pytania zadawane mi są prawie każdego dnia. Tydzień temuodwiedziła mnie w domu pani zbierająca datki na hospicjum. Za każdym razemwyciągam portfel i staram się pomóc jak mogę. Nie zawsze mogę wspierać takieakcje dużymi kwotami, bo mnie na to po prostu nie stać, ale zawsze staram sięwygrzebać przynajmniej złotówkę czy dwie. Zgodnie z artykułem sześćdziesiątym ósmympolskiej Konstytucji każdy z nas ma prawo do ochrony zdrowia. Obywatelom,niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równydostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Todlaczego płacąc bardzo wysokie podatki mam nieodparte wrażenie, że jeślispołeczeństwo w zbiórkach nie będzie wspierać służby zdrowia, to nasze szpitaleco najwyżej będzie stać na leczenie dobrym słowem. Gdzie są pieniądze z naszychpodatków? Gdzie jest to, co mam konstytucjonalnie zagwarantowane? Ostatnio mojaznajoma miała kłopoty z oczami. Po tym jak powiedziano jej, że na wizytę ulekarza będzie czekała ponad miesiąc postanowiła za poradę lekarza okulistyzapłacić sama. Nie miała jednak pieniędzy, bo koniec miesiąca, więc wsparła jąfinansowo rodzina.  Może wprowadzićpowszechną zasadę zbieractwa. W znaczeniu pozytywnym.  Żadne tam żebranie, ot jednym z nas, tymzaradnym i tym u władzy powodzi się lepiej, to niech wspomogą tych, którym jestnie tak dobrze jak im. Nauczyciele przeprowadzaliby zbiórki wśród rodziców iuczniów na własne pensje oraz na działalność szkoły. Pacjenci przed wizytąlekarza sprzedawaliby na ulicach cegiełki na własne leczenie.  Przed odjazdem pociągu konduktor zebrałby, cołaska na paliwo lub prąd do lokomotywy. A emerytury? No cóż może już terazzacznę wieczorami wystawać na rogu ulicy z kapeluszem w ręku zbierając naprzyzwoitą emeryturę? Bo wiem, że państwo mi jej nie zapewni. I tak rośnie namrzeczpospolita żebracza. Na tych co rządzą nie ma co liczyć.

 

dziennik pesymistyczny

Nielegalni, bo nie grają w piłkę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedyś wpadł mi w ręce poradnikdla emigrantów. Jakiś polski ważny urząd radził w broszurce jak mam sięzachować i co począć jak już zdecyduję się na opuszczenie naszego pięknegokraju, gdzie „gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdziepanieńskim rumieńcem dzięcielina pała”. Wiem, przesadziłem… bo ta ojczyzna,co ją tak pięknie nasz poeta, opisał to teraz zagranicą naszego państwa jest.  Ale wracając do broszurki to było tam wieleciekawych i pouczających rad dla Polaka – emigranta – co to za chlebem wyruszaw świat. Jak dziś przeglądałem spis kontaktów w moim telefonie to okazało się,że prawie połowa moich znajomych to już od lat ma zagraniczny numer telefonuoraz adres. Przyzwyczaiwszy się to tego – że Jarek to w Paryżu a Marzenka w Londynie- jakoś nie bardzo możemy zrozumieć to, że jakiś innostraniec pragniezamieszkać właśnie nad Wisłą. Emigrujemy, bo nam wolno. I chyba czas zrozumieć tych innych. Przyjąć dowiadomości, że istnieją na świecie ludzie, dla których Polska jawi sięprawdziwym rajem. I czas najwyższy coś zrobić z tym żeby nikt, kto pragnieswoją przyszłość związać z Polską nie czuł się u nas nielegalnie.  Oglądając telewizję czy czytając prasę możnadojść do wniosku, że nasze ważne urzędy powinny wydać jak najszybciej instrukcjęinformującą obcokrajowców zamierzających się zatrzymać u nas dłużej. Niechbędzie określone czarno na białym, kogo sobie życzmy w Polsce, a kto niepowinien się do nas wybierać.  Bo jakwidać sama chęć szczera zostania Polakiem już nie wystarcza. Pewna rodzinapochodząca z Mongolii, mieszkała w Polsce od jedenastu lat. Nielegalnie. Odkilku lat ludzie ci starali się o uzyskanie tymczasowego pobytu. Decyzje w tejsprawie podejmuje wojewoda, zawsze jednak odmawiał. Rodzina odwoływała dourzędu do spraw cudzoziemców, ale niekorzystne decyzje zawsze były podtrzymywane.W styczniu – jak donosiły media – rodzina trafia do ośrodka dla uchodźców.Trafił tam też jedenastolatek urodzony w Polsce i student AGH, który właśniemiał bronić pracę inżynierską.  Potygodniach stresów związanych z groźbą deportacji oraz po odwołaniu się doostatecznej instancji, jaką jest telewizja(!), urzędnicy uznali łaskawie zerodzina może w Polsce zostać. Ormiańskie małżeństwo przyjechało do naszegokraju z dwójką małych dzieci. Zamieszkali pod Koninem. Przez dziesięć lat żyliw Polsce nielegalnie, ale kiedy w dwa tysiące czwartym roku państwo ogłosiłoamnestię dla przebywających w naszym kraju obcokrajowców, Ormianie ujawnili sięi dostali tymczasową kartę pobytu. Teraz grozi im deportacja, bo nie spełniająjednego warunku – za mało zarabiają. Nie okazali się cennym nabytkiem dlanaszego społeczeństwa. Może czas w końcu przyznać w wydanej drukiem instrukcjiprzetłumaczonej na sto języków, że my nie potrzebujemy ciężko pracującychludzi. Polska potrzebuje sportowców! Jak cudzoziemiec i piłkarz poczuje się Polakiemto wystarczy kilka tygodni, a już na srebrnej tacy otrzymuje polskieobywatelstwo.  Za to, jeśli ktoś urodziłsię w Polsce w rodzinie emigrantów, mieszka tu stale, włada poprawnie językiempolskim, nawet, jeśli tu studiuje i czuje się Polakiem to może to niewieleznaczyć dla urzędnika. Czasem mi się wydaje, że w Polsce bardzo łatwo zostaćnielegalnym emigrantem, jeśli nie wykazuje się talentów sportowych. Bo w Polscenajbardziej potrzeba nam jak widać emigrantów sportowców.