Polityczny product plaecement
Każdy właściciel jakiegokolwiek interesu marzy zapewne o skutecznej reklamie. Ale nie każdego stać na emisję reklamówki, w której politycy z pierwszych stron gazet, odmieniają przezwszystkie przypadki nazwy prywatnej firmy lub oceniają prywatną sieć handlową. To, co z angielska nazywa się productplaecement jest jedną z najszybciej rozwijających się form promocji. Przyczynąjest zapewne zniechęcenie społeczeństwa tradycyjną reklamą. Dlatego też productplaecement trafi do świata polityki. Ileż to razy widziałem w telewizji jakzamazywany był znak handlowy lub logo znanej firmy odzieżowej na ubraniachwystępujących w programach gości. Ile to razy prowadzący zaznaczał, że niemożna używać nazwy jakiejś marki, bo to będzie reklama. Wszystko jest jasne, bojak dana firma nie zapłaciła to nie będzie mieć reklamy. Po to dział marketinguw pocie czoła tworzy cenniki spotów telewizyjnych, żeby za reklamę trzeba byłosporo zapłacić. A tu niespodzianka. Przychodzi taki polityk do sklepu, robi wnim zakupy a towarzyszący mu tłumek dziennikarzy przekazuje to w świat. To cidopiero reklama. Do wizyty premiera w osiedlowym sklepiku, byłby on zapewne nadaltylko sklepikiem osiedlowym. A jak zrobił w nim zakupy przywódca partii prawychi sprawiedliwych od razu stał się symbolem. Myślę, że to naprawdę niewykorzystany kanał reklamy, ci politycy.Przecież prezes mógł dokładniej zaprezentować kurczaka, którego nabył. Mógłdokładniej wskazać, kto jest producentem mąki lub cukru. Choć w tych ostatnichprzypadkach i tak było dobrze zareklamowane, bo opakowania było dość dobrzewidoczne w telewizji. Anonimowo na ich tle wypadł wspomniany kurczak orazjabłko, nie wspomnę już o ziemniakach. A można by zebrać pieniądze za reklamęod producentów i w ten sposób wspomóc kampanię wyborczą? Mam nadzieję, żeprzynajmniej właściciel sieci dyskontów spożywczych, tej z owadem w nazwie,poczuje się w obowiązku i przekaże pewną okrągłą sumkę na konto komitetuwyborczego obydwu kandydatów, bo przecież obaj przyczynili się swym spotem dopromocji sklepów. Jakie wielkie pieniądze trzeba by wyłożyć, aby zaangażowaćszefa największej partii opozycyjnej do reklamówki promującej zakupy. Nie wspomnę już o tym, że prawie niemożliwebyłoby zaangażowanie do występu w reklamie urzędującego premiera. Każdy, ktoprowadzi warzywniak czy na przykład piekarnię śni zapewne każdej nocy, aby towłaśnie jego sklepik osiedlowy odwiedził prezes otoczony wianuszkiemdziennikarzy. I właśnie tam a nie gdzie indziej zrobił zakupy. Pewnie niejeden właściciel dużej sieci handlowej przeklina dzień, wktórym prezes, sklep z owadem w nazwie, nazwał tym dla najbiedniejszych.Przecież każdy by chciał żeby to właśnie jego firmę pokazali w telewizji iniejeden by chciał żeby wokół jego marketów toczył się spór o to czy jest ondla ubogich czy tez może dla tych z zasobniejszym portfelem. Prezes woli osiedlowy sklepik, bo – jakoznajmił dziennikarzom – w Biedronce kupują tylko najbiedniejsi. Z koleiobecnie nam urzędujący premier zarzekał się, że zarówno on sam, jak i jegorodzina chętnie ze sklepów sieci z owadem w nazwie korzystają. Taka kampaniapromocyjna kosztowałaby majątek, a tu proszę za darmo i to w najlepszym czasieantenowym. W reklamówkach dyskontu spożywczego wystąpił obecny premier orazprzywódca największej partii opozycyjnej. No dobrze, to małe nadużycie, że wystąpili. Ale nazwa sklepu pada w ichwypowiedziach wielokrotnie. Dlatego też wydaje mi się uzasadnione, że to jednakjakaś tam reklama dla tej sieci handlowej była. Ten, kto jeszcze nie był wsklepach z owadem w nazwie, teraz pewnie tylko dla sprawdzenia, który zpolityków z pierwszych stron gazet ma rację i odwiedzi market. Trzeba by jakoś wykorzystać ten potencjał. Może teraz prezes skrytykuje jeden z napójgazowanych o ciemnej barwie a premier go pochwali? Można na tym nieźlezarobić.
