Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Naginanie rzeczywistości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zdecydowanie za dużo czasuminęło od czasów realnego socjalizmu w polskim wydaniu, czyli od systemu realnegostania w kolejkach przez większość naszego społeczeństwa. Teraz nie stoimy, boi po co stać, jak i tak większości nie stać na to, co jest w sklepach ogólniedostępne. Zmieniło się też nasze myślenie o kolejkach.  No może nie u wszystkich, ale u niektórych, tych,co teraz nami władają to już na pewno. Kiedyś, jeśli ktoś wpychał się bezczekania to uważany był za… no, był niegodny szacunku społecznego. – Pan tu niestał – można mu było powiedzieć, ale to i tak nie zawsze działało, bo wodpowiedzi można było usłyszeć: – Panie wsiądzie pan w 125, dojedzie na placZamkowy. Tam jest kolumna Zygmunta. Pójdzie pan i mu powie: Pan tu nie stał. Takbyło dawniej, ale dawniej to były czasy błędów i wypaczeń. Teraz jestzdecydowanie lepiej, przynajmniej w służbie zdrowa. Teraz nie musimy takfizycznie stać w kolejce do lekarza dniami i nocami. Teraz możemy się zapisaćna wizytę u specjalisty i już za sześć miesięcy mamy szanse się do niegodostać. No oczywiście przy założeniu, że nas wcześniej jasny szlag nie trafi znerwów, że tyle czekamy lub nie wykończy do tego czasu nas choroba. Jeśli sięnad tym głębiej zastanowić to nasze zejście z tego świata jest nawet dobre dlasystemu zdrowotnego, bo gdy już przeniesiemy się na łono Abrahama czy do krainywielkich łowów – jak kto woli – to zwolnimy miejsce w kolejce i sytuacjazdecydowanie się poprawi. Ale zmiany są widoczne, nie ma co narzekać. Co prawdanadal większość Polaków spędza sporo życia w kolejce do lekarza, to przecieżidzie ku lepszemu. Jaśniepaństwo nam panujące robi przecież, co kilka miesięcy kolejnewspaniałe reformy. I tak te zmiany bez zmian trwają już ponad dwadzieścia lat. -Każdy, kto kupi dodatkowe ubezpieczenia, zwolni miejsce w kolejce dla tych, którychnie stać na ubezpieczenie – usłyszałem wczoraj w telewizji. I taki było ogólnyton większości medialnych doniesień o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych.I to mnie zmusiło do zastanowienia się nad zdrowiem tych, którzy to proponują. Jeślidobrze rozumiem zasadę kolejki, to ktoś, kto stał za mną w kolejce wejdzie dogabinetu lekarskiego pierwszy to ja i tak będę stał w tym samym miejscu dalej,bom biedny. Kocham taką logikę. Załóżmy teoretycznie, że jestem osobnikiem,który ma pieniądze i chce się dostać do specjalisty. W kolejce jest sto osób,ale oni nie są ubezpieczeni dodatkowo, więc ja macham swą złotą kartąubezpieczeniową i wchodzę do gabinetu lekarskiego bez kolejki. Czyli jeślibyłem sto pierwszy to teraz za mną jest sto osób i ten w kolejce, który byłpierwszy jest teraz drugi i tak dalej. Chyba, że ci z super kartą ubezpieczeniowąbędą chodzić do całkiem innych lekarzy niż ja. A ja nadal będę stał w kolejcedla tych, którzy są w zasadzie obywatelami tego państwa, ale z racji zamożnościnie zaliczają się do godnych opieki zdrowotnej na godziwych warunkach.  Ale wtedy tłumaczenie mi, że nie jestemdyskryminowany w dostępie do lekarza – gdy mnie na niego nie stać – jest jak iteraz zdecydowanym nagnaniem rzeczywistości. Czyli teraz ten, kto ma dodatkoweubezpieczenie zdrowotne, bo go na nie stać może mi powiedzieć: pan tu nie stał.A ja? Ja mogę wsiąść w 125, dojechać na plac Zamkowy. I tej kolumnie sięwyżalić, bom biedny.

 

dziennik pesymistyczny

Wydział spraw zaginionych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W związku z wydarzeniami, które miały miejsce kilka dni temu w mym mieście, wnioskuję z tego miejsca, opowołanie w każdym urzędzie specjalnego wydziału lub komisji do spraw zaginionych. Napisałbym pismo w tej sprawie, ale w świetle wydarzeń, o których napiszę poniżej nie mam pewności, kiedy i czy kiedykolwiek dostałbym odpowiedź.Pewien działacz społeczny z mojego prowincjonalnego miasta postanowił zdekomunizować plac, który ze względu na swoje położenie przez te wszystkie lata trwał przy nazwie, która okazała się nieprzystająca do naszych czasów. Tak przynajmniej odczuwał ten pan i postanowił coś z tym zrobić. Aktywiście nie spodobała się osoba patrona i w skierowanym do urzędu piśmie zasugerował zmiany. I miał do tego prawo. To jest historia, jakich wiele w naszym kraju,ale ja w zasadzie nie o tym chciałem pisać. Ten działacz wysłał – jak donosi lokalna prasa – swoje pismo dotyczące proponowanej zmiany patrona placu dokomisji kultury, dwudziestego piątego listopada dwa tysiące dziewiątego roku. A tu nagle i niespodziewanie kilka tygodni temu, choć te słowa są tu zdecydowanienie na miejscu, szanowna komisja zajęła się jego sprawą sprzed roku. Członkowie komisji kultury i promocji mojego miasta postanowili dyskutować o tej sprawie dopiero czternastego lutego dwa tysiące jedenastego roku. Czyli minęło trochę czasu. Z tego, co wiem, każdy urząd powinien załatwiać sprawę, z którą się do niego zgłasza obywatel bez zbędnej zwłoki, a już najpóźniej w ciągu miesiąca. Aw przypadku tego pisma trochę się to wszystko przeciągnęło. Ja też swojego czasu poczułem w sobie ochotę, aby zmienić patrona pewnej ulicy. Napisałem do odpowiedniej instytucji w mieście i czekałem. I po wielu interwencjach, policznych telefonach dostałem odpowiedź prawie po dwóch latach. Przez cały ten czas słyszałem tylko urzędnicze wyjaśnienia, że moja sprawa wędruje od wydziału do wydziału i każdy z tych wydziałów ma miesiąc na rozpoznanie sprawy, dlatego to wszystko tyle trwa. O każdym opóźnieniu powinienem zostać niezwłocznie informowany, ale chyba nie wtedy, gdy sam się o to prosiłem. Bo tak z własnej inicjatywy to żaden urzędnik się do mnie nie odezwał. Gdy się w końcu doczekałem listu z urzędu to zawierał od jedno zdanie, w którym zmieściła się odpowiedź oraz jej uzasadnienie. Ponad dwa lata oczekiwania i jednozdaniowa odpowiedź. Ale ja i tak miałem szczęście, bo moja sprawa nie zaginęła. A może właśnie nie miałem szczęścia, bo gdyby to moje pismo gdzieś utonęło na dnie urzędniczej szuflady to może bym się doczekał lepszych czasów, czy innej władzy i odpowiedź byłaby pozytywna? Ale wróćmy do tego działacza społecznego pragnącego zmiany patrona placu. Miał człowiek wiele szczęścia, bo już po ponad roku ktoś odszukał jego pismo. – Odnalazłem to pismo w teczce „Sprawy różne” – wyznał nowy przewodniczący komisji kultury i promocji w wywiadzie dla lokalnej gazety. Ludzie, którzy czekacie na odpowiedzi z urzędów, mówię wam, nie traćcie nadziei! Bądźcie ludźmi nadziei! Może nastanie kiedyś nowy przewodniczący, nowy naczelnik, czy zwyczajnie nowy urzędnik i podczas robienia porządków po swym poprzedniku znajdzie wasz wniosek czy pismo sprzed lat w zakurzonej teczce znapisem „ Sprawy Różne” i doczekacie się w końcu odpowiedzi. 

dziennik pesymistyczny

Człowiek z dwugroszówką na czole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

 – Za naszych czasów tobyły piosenki, teraz to ani w tym melodii ani tym bardziej sensu w tekście –mawiał mój ojciec. I jak to często bywa podczas dyskusji, w których stronami sądwa pokolenia, ja – na temat muzyki rockowej czy każdej innej dziedziny -miałem przeważnie odmienne zdanie od mego szanownego rodzica. Często tak tylkodla zasady, bo ojciec często przywoływał, jako argument tekst piosenki takzawiły i wydumany, że nie mogłem go za nic obronić, choć starałem się z całychsił. W imię zasady oczywiście.  Pamiętamjak spieraliśmy się kiedyś o utwór zespołu Elektryczne Gitary. –  Wsiadł do autobusu człowiek z liściem nagłowie; Nikt go nie poratuje, nikt mu nic nie powie, tylko się każdy gapi –brzmiały pierwsze słowa piosenki. Kiedyś – choć się do tego nigdy nieprzyznałem przed ojcem – słowa te brzmiały jakoś tak… no krótko mówiąc, utwórnie przemawiał do mnie. Wydawało mi się, że to taka piosenka o niczym. Taki lekki, wpadający w ucho utwór. Nie znajdowałem wtedy wjego tekście nic, co zmuszało do głębszych przemyśleń. Ale do czasu. Kilka dnitemu kupowałem w kiosku gazetę. Resztę drobnych pieniędzy, które dostałem odsprzedawcy, wsypałem do kieszeni kurtki. Miałem tam też schowaną czapkę, którą założyłem, gdy zmarzła mi głowa.  Gdy byłem w sklepie i znów było ciepło,pozbyłem się nakrycia głowy i na powrót schowałem je do kieszeni. – Co tak sięwszyscy na mnie gapią – zastanawiałem się? Niewątpliwie każda prawie osoba przyglądałami się badawczo.  Ludzie mijali mniewpatrując się w moją twarz z dziwnym zainteresowaniem i uśmieszkiem naustach.  Dopiero po dłuższej chwili mojadziewczyna mówiąca coś do mnie, spojrzała w moją stronę i … zdjęła mi z czoła przyklejonetam dwa grosze.  Widocznie drobnypieniążek na początku trafił do czapki, z którą dzielił miejsce w mojej kieszeni,aby następnie razem z nakryciem głowy trafić na moje czoło orzełkiem dowierzchu. I gdy już czapki nie miałem na głowie, to niestety moneta pozostała.I tak oto przez ponad dziesięć minut paradowałem po sklepie w przyklejoną domojej łysiny dwugroszówką. – Tylko się każdy gapi i nic; Siedzi w autobusieczłowiek z liściem na głowie; O liściu w swych rzadkich włosach nieprędko siędowie – przypomniały mi się słowa piosenki sprzed lat.  Ja z tym złotym pieniążkiem na czole wędrujęprzez centrum handlowe i „Nikt go nie poratuje, nikt mu nic nie powie; Tylkosię każdy gapi, tylko się każdy gapi i nic”, – że jeszcze raz zacytuję tekstpiosenki idealnie pasujący do mojej sytuacji. I dopiero moja dziewczyna, – gdyjuż przestała się śmiać – poinformowała mnie, że jestem człowiekiem zdwugroszówką na czole.  Tak oto po latachzrozumiałem, co poeta miał na myśli i musiałem do tego dojść niestety w tendość nietypowy sposób. Ale za to przeżyłem to, czego doświadczył podmiotliryczny piosenki.

dziennik pesymistyczny

Prawie policjant

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Wiesz, że jakby to twojegadanie usłyszał strażnik miejski to mógłbyś dostać mandat – poinformował mójznajomy naszego wspólnego kolegę po tym, jak ten ostatni wygłosił płomiennąmowę o pewnym parlamentarzyście z naszego miasta. W swą oskarżycielską oracjęwplótł kilka słów uważanych powszechnie za obraźliwe, co po zmianie przepisówmogło się skończyć interwencją mundurowych. Od dziś przecież nasi miejscystróże prawa zostali przez posłów wyposażeni w nowe uprawnienia. Teraz, zaznieważanie Polski, narodu polskiego, premiera, prezydenta czy parlamentu, profanowaniehymnu i flagi Polski straż miejska będzie mogła wymierzyć mandat. Czyliniepochlebne i dosadne, a do tego publiczne wypowiedzi mojego kolegi o pośle,jak nic kwalifikują się do kary grzywny. To nie jedyne nowe uprawnienia, jakimiparlamentarzyści obdarowali strażników. Teraz można się spodziewać kary na przykładza podawanie fałszywych danych osobowych. Do wczoraj jak osobnik podejrzany nie chciał się wylegitymować lub cośkręcił i nie chciał powiedzieć jak się nazywa, miejscy stróże prawa i porządku musieliwzywać na pomoc policję. Dzisiaj człowiek, który nie okaże dokumentów możedostać mandat już bezpośrednio od strażnika. Moim zdaniem takie rozszerzanie wnieskończoność uprawnień strażników jest niebezpieczne. Bo jak to już kiedyśpisałem, strażnik miejski jest przecież pracownikiem samorządu, czylimagistrackim urzędnikiem, a nie funkcjonariuszem policji. Mundur jednak daje muwielką władzę. A od wczoraj jeszcze większą. Strażnik jednak nie podlega ostrymrygorom naboru i szkolenia, jakie przechodzą kandydaci na policjantów. Zasadnymjest więc pytanie, czy strażnik miejski jest dobrze przygotowany do pełnieniafunkcji policyjnych. I czy te uprawnienia, które ma na mocy odpowiednich ustaw,z braku odpowiedniego szkolenia, wiedzy, czy nawet odpowiednich predyspozycjipsychicznych, nie będą nadużywane. Jest kilka przykładów które mogą niepokoićjak choćby przypadek pewnego obywatela z Łodzi, który sfotografował źlezaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie czynem wzbudził wielkigniew strażników miejskich, którzy w stosunku do delikwenta użyli środkówprzymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek. Użyli, bomogli. Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policjigdzie spędził kilka godzin.  Zrobili to,bo pewnie uważali, że poprawnie korzystają ze swoich uprawnień. Taki urzędnikmiejski w mundurze to już prawie policjant. A jak wiadomo prawie robi dużąróżnicę.

dziennik pesymistyczny

Zamęczyć windykacją

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– Bo nie chce mi się już z nimi rozmawiać – odpowiedział mój znajomy gdy zapytałem dlaczego nie odbiera swojego telefonu.  I tak przy akompaniamencie melodyjki z jego aparatu opowiedział mi o tym jak go prześladują firmy windykacyjne. Gdy pracował, namówiony przez wszechobecne reklamy banków,postanowił zaciągnąć kredyt na zakup mieszkania.  A że zarabiał dobrze, jak na warunki panujące w naszym mieście, to na tym jednym kredycie nie poprzestał. Ale też nieprzesadził. Wszystko było w normie. Spłacał to, co się należało bankowi przez kilka lat. Niestety nic nie trwa wiecznie. Teraz mój znajomy zasilił szeregi bezrobotnych. A jak chyba każdy – kto choć raz miał tę nieprzyjemność bycia bezrobotnym – wie, że zzasiłku nie da się utrzymać domu i jeszcze spłacać raty. Ale on nie poddał się i jakoś starał się spłacać. Ale oczywiście nie mógł utrzymać regularnych płatności, więc szybko trafił na listę firmy windykacyjnej. I zaczęły się telefony o różnych porach dnia. – Dzwonią nawet kilkanaście razy w ciągu dnia –zwierzał się kolega. – Pytają czy wiem, że mogą mi zabrać mieszkanie. Czy wiem, że podpisałem umowę, czy nie boję się o los dzieci, czy mam samochód… tłumaczę, że robię wszystko, co mogę żeby spłacić, co jestem winien, ale to nic nie pomaga i tak za kilka dni znów dzwonią – dodał. Opowiadał, że jest tym wszystkim bardzo zestresowany. Zawsze jak dzwoni telefon czy ktoś puka do jego drzwi toaż podskakuje przerażony.  – Bo jeszczestraszą mnie, że przyjdą do domu i będę się musiał wstydzić przed sąsiadami –żalił się znajomy. Faktycznie wyglądał fatalnie. Odpalał drżącymi rękoma papierosa od papierosa a przecież wcześniej nie palił. – Nie wiem jak długo wytrzymam taką presję – powiedział na zakończenie.  Po powrocie do domu przeczytałem w gazecie, że stalking będzie przestępstwem.  Posłowie zdecydowali o nowelizacji kodeksu karnego. Teraz za uporczywe, złośliwe nękanie mogące wywołać poczucie zagrożenia grozić będzie do trzech lat więzienia. W przypadku, gdy osoba nękana targnie się na swe życie, kara może wzrosnąć dodziesięciu lat. Nękanie, określane, jako stalking, to na przykład wykonywanie licznych telefonów do ofiary, wysyłanie jej sms-ów, nachodzenie w domu. Kara będzie grozić również osobom wykorzystującym wizerunek pokrzywdzonego lub inne jego dane osobowe w celu wyrządzenia mu szkody. – Bardzo ciekawe czy takie uporczywe nękanie mojego znajomego telefonamii  sms-ami to już stalking czy jeszczenie? – zastanawiałem się. Przecież nie wolno wysyłać dłużnikom pism, czy nagabywać ich telefonicznie w sposób, który może u nich wywołać uczucie lęku. Niedopuszczalne jest częste nękanie telefonami i wizytami w jego miejscu zamieszkania. Nie można też powiększać sumy zadłużenia o wszystkie kosztyczynności windykacyjnych.  A w przypadku mojego znajomego wszystko to miało miejsce. – Zgłoś to gdzie trzeba – tłumaczyłem.  – Nie wiem, czy mam jeszczesiłę walczyć – odpowiedział. To smutne, że w wolnej Polsce wszystko zależy odpieniądza, bo jak ich nie ma to przestajemy być podmiotem a stajemy się tylko przedmiotem finansowej gry o zysk.  I choć prawo nas teoretycznie chroni to nie każdy ma siłę walczyć. Bo bezrobocie i te poniżające praktyki firm windykacyjnych potrafią zniechęcić do walki i dożycia. Można człowieka zamęczyć telefonami? Tak można. 

dziennik pesymistyczny

Bez kozery powiem pińćset dni wyborczych!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

No i proszę, nie jestem wiecznym malkontentem – jak twierdzi wielu moich znajomych. Nie zawsze idę pod prąd. Nie zawsze mówię „nie”, gdy wszyscy są na tak. Tym razem, choć z zasady nie głosuję,to zakładając całkowicie teoretycznie, że tym razem zmienię zdanie i w wyborach wezmę udział, to zgadzam się z większością moich rodaków, która pragnie wyborów tylko jednego dnia. Przyłączam się do głosu większości, bo jak przynajmniej wynika z sondaży zdecydowana większość Polaków opowiada się za jednodniowym głosowaniem w wyborach. Chcę jednak zabrać głos w dyskusji na ten temat, bo jak wiadomo wola większości nie zawsze idzie w parze z tym, co zadecydują rządzący.Możliwość dwudniowego głosowania przewiduje nowy kodeks wyborczy. A o tym jak długo będzie trwało głosowanie, zadecyduje ostatecznie osoba zarządzająca wybory – czyli prezydent. Zważywszy, że nie obsadził go osobiście na urzędzie Bóg z niebiesiech, tylko wygrał on wybory w politycznej walce to mogę snuć przepuszczenie, że właśnie opcję polityczną, z której się wywodzi bardziej popiera. Jeśli więc – jak twierdzą niektórzy badacze życia politycznego -dwudniowe wybory bardziej sprzyjają platformie to możliwe, że będziemy głosować dwa dni.  Mnie najbardziej rozśmiesza jednak argument o tym, że jeśli rozciągniemy w czasie możliwość głosowania tozwiększymy przez to frekwencję. To brzmi jak założenie, że Polacy nie chodzą na wybory, bo są strasznie zajęci i nie mogą w niedzielę znaleźć czasu na odwiedziny w punkcie wyborczym. Bo to przecież rano do kościoła, potem spacer,niedzielny obiad, potem drzemka… no i zostaje tylko kilka godzin na głosowanie.Można się nie wyrobić. A jak będą dwa dni to można to lepiej zaplanować.  Takie założenie jest błędne, bo jak stwierdził pewien prawy i sprawiedliwy starszy pan – jak ktoś chce głosować to jeden dzień mu z pewnością wystarczy. Pewnie, że tak, bo ludzie nie biorą udziału w wyborach nie z powodu braku czasu, lecz z poczucia, że to zabawa dla bogatych i ich udział w tym zamieszaniu nie ma znaczenia. Nie stawiają się przed urnami,bo dzięki takiej a nie innej konstrukcji ordynacji wyborczej nie interesuje ich zastanawianie się nad wyborem mniejszego zła. – Wiesz, te wybory przypominają sytuację, gdy ktoś cię zapyta czy bardziej wolałbyś mieć kiłę czy rzeżączkę –odpowiedział mój kolega, gdy go zapytałem, dlaczego nie głosuje.  Mam wrażenie, że dla takich jak on, czyli dla sporej grupy społeczeństwa, nawet jakby głosowanie trwało tydzień to nic by się nie zmieniło. Jeden dzień to przynajmniej taniej, bo według szacunków państwowej komisji wyborczej, jednodniowe głosowanie kosztowałoby podatników około 90 mln zł, dwudniowe – 130-140 mln zł. Przed naszym wejściem do unii europejskiej zorganizowano w Polsce dwudniowe referendum i tam frekwencja była znacznie wyższa niż w głosowaniach, które trwały jeden dzień.  Czyli przyjmując takie rozumowanie to przy możliwości głosowania przez tydzień frekwencja pewnie byłaby jeszcze większa.  A może miesiąc, dwa, trzy, pół roku… O, to bez kozery powiem pińćset dni wyborczych! Dziesięć tysięcy! Pięćdziesiąt! Milion!

dziennik pesymistyczny

Obiecanki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Miło by było tak udać się na roczny urlop – rozmarzyła się moja koleżanka. A wszystko, dlatego, że przerwę na drugie śniadanie, zamiast na posiłek, postanowiła poświęcić na czytanie gazet. Popadła w taki nastrój, bo znów uległa urokowi przedwyborczych obietnic polityków. Nie ukrywam, że mnie też spodobał się pomysł platformy obywatelskiej ustanowienia możliwości rocznego urlopu dla każdego pracownika, który odczuwa wypalenie pracą. Taka przerwa w pracy przysługiwałyby niestety tylko raz w trakcie całej naszej kariery zawodowej. A co tam, zawsze to lepiej niż nic. Każdy mógłby się poczuć jak nauczyciel, któremu przysługuje taki płatny urlop trzy razy – po każdych siedmiu latach pracy. Proponowane przez PO rozwiązanie ma przypominać coraz popularniejszy zagranicą sabbatical,czyli półroczny albo roczny płatny urlop pracowników z wieloletnim doświadczeniem. – Nie byłoby źle wyrwać się z tego kieratu pracy na cały rok iw tym czasie zrobić coś zupełnie innego – zabrał głos w dyskusji mój kolega,który również rozmarzył się nad tym rewelacyjnym pomysłem polityków.  Oczywiście, że takie pomysły jak ten z rocznym urlopem kuszą ludzi. I całkiem zrozumiałe, że zaczyna się o nich mówić tuż przez wyborami.  Dobrze jest przecież jak partia kojarzy się potencjalnym wyborcom właśnie z możliwością odpoczynku i to przez rok.  A nic przecież nie kosztuje obiecać. Jak się znów wyrokiem wyborców dostanie na cztery lata władzę,to się zobaczy jak będzie. Na razie warto kusić roczną wizja lenistwa. –Zobaczycie, że jak będzie po wyborach to okaże się, że choć pomysł jest dobry,to niestety napotka na tyle trudności, że nie da się go zrealizować – starałem się ściągnąć na ziemię przyjaciół.  –Przecież obiecali. Jak jest propozycja, to pewnie nie tylko obiecują, ale będą to wprowadzać – starała się nas przekonać koleżanka. – Młodość, naiwność –odparłem. A na poparcie mojej tezy przytoczyłem przykład pozwu w sprawie niedotrzymanych politycznych zobowiązań, który złożył w sądzie pewien mieszkaniec Szczecina. Poczuł się on oszukany przez platformę obywatelską i pozwał tę partię do sądu. – I słusznie! – Jak mawia pewien mój znajomy, klasyk myśli politycznej. Pewnie, że dobrze zrobił, bo chyba najwyższy czas przypomnieć komu trzeba, że politycy też muszą ponosić odpowiedzialność za swoje obietnice.  – Zawsze możesz złożyć pozew o niedotrzymanie obietnicy z tymi urlopami – poradziłem koleżance. – No chyba, że wprowadzą –odparła. Coś mi się jednak wydaje, że za cztery lata znów będziemy mogli sobie pomarzyć o płatnym rocznym urlopie, bo znów będzie przed wyborami a przy tej okazji obiecanki znów powrócą.  

 

dziennik pesymistyczny

Nie palcie kuźwa komiksów!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wczoraj media przez cały dzień atakowały mnie informacją o tym, że polska ambasada w Berlinie wraz z Ministerstwem Spraw Zagranicznych wydały wspólnie zawierający wulgaryzmy komiks zatytułowany „Chopin New Romantic”, który miał promować Polskę oraz muzykę Chopina wśród Niemców. Ale nie będzie, bo został ukarany uwięzieniem w magazynie za używanie brzydkich wyrazów. Ileż to było politycznego oburzenia na o, że autor powarzył się w swoim dziele użyć słów, które są powszechnie w Polsce używane, choć rzeczywiście można uznać je za wulgarne. Ostatnio wyczytałem w gazecie, że naukowcy badający naszą językową rzeczywistość są zdania, że można spokojnie stworzyć słownik polszczyzny rzeczywistej, składający się zaledwie z czterech wyrazów. Za to takich bardziej dosadnych, i występujących w trzystu pięćdziesięciu konfiguracjach. Fakt, sam znam osoby, które za pomocą jednego słowa na k… mogą opowiedzieć długą i zajmującą historię.  Bo taka jest Polska mowa powszechna czy to się nam podoba czy nie.  Pewnie, że może to nie najlepsza promocja roku Chopinowskiego, ale to przykład tego, że u nas czytelnictwo książek, w tym komiksów, jest na bardzo niskim poziomie. Niewielu u nas czyta. Czego przykładem jest właśnie to wydarzenie. Jeśli urzędnikom odpowiedzialnym za wydanie trzydziestu tysięcy euro na druk tej książki nie chciało się jej wcześniej przeczytać, to chyba nie można mieć pretensji do autora komiksu,tylko do tych, którzy nie czytali a pieniądze wydali.  Mnie bardzo rozśmieszyli politycy, którzy biadolili na temat zawartych w tym wydawnictwie wulgaryzmów. Tak jakby nigdy ich nie słyszeli.  – Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i kur… będę jak brzytwa – to fragment rozmowy byłego premiera Józefa Oleksego z Aleksandrem Gudzowatym. Czyli jednak nie tylko w komiksach jest takie słownictwo. – Jaki kolor ubrała jeszcze, kuźwa! –  To już wypowiedź posła Węgrzyna na temat stroju Marzeny Wróbel, posłanki PiS. Takie inwektywy w wypowiedziach publicznych też, jak widać się zdarzają, więc skąd takie święte oburzenie na to, że autor komiksu używał wulgaryzmów w swoim dziele.  Tam wypowiadały się w dosadny sposób postacie fikcyjne a przykłady przyszły z życia realnego. Choćby tego politycznego.  Przed jednym z posiedzeń rządu pani minister pracy Jolanta Fedak rzuciła do ministra rolnictwa i partyjnego kolegi Marka Sawickiego swojskie „spierdalaj”.  Czyli zdarza się wszystkim. Nawet kobietom u władzy. Bo taka jest nasza współczesna mowa.  Nie najlepszy jest pomysł, aby ten komiks trafił do szkół, ale może warto, zamiast go zmielić czy spalić po prostu wprowadzać go do obiegu. Niech to, czy to jest dobre czy złe wydawnictwo zweryfikuje rynek. Bo zapowiedzi o tym, że książka zostanie na przykład spalona źle mi się kojarzą, gdy w jednym zdaniu występuje niszczenie książek i Berlin.

 

dziennik pesymistyczny

Pawlik Morozow wiecznie żywy!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 43

Przeczytałem dziś rano w jednej z lokalnych gazet artykuł o tym, że mieszkańcy mojego miasta namiętnie ślą donosy do urzędów skarbowych. Jak informuje dziennikarz, w ubiegłym roku wpłynęło do instytucji fiskalnych około trzysta pięćdziesiąt takich denuncjacji na sąsiadów. Jak widać, uprzejmości nigdy za, wiele, bo takich listów wysłanych do urzędu zaczynających się od słów: Uprzejmie donoszę … zebrało się już w urzędzie z pół setki, licząc od początku tego roku. Zanosi się, że moje miasto ma szansę osiągnąć znaczne sukcesy w dziedzinie donosicielstwa na sąsiada.  Z tekstu w gazecie dowiedziałem się, na kogo to, ci dobrze poinformowani ludzie, donoszą urzędnikom skarbówki. Tak więc, uprzejmie donosimy do urzędu – według informacji urzędników – o zatrudnianiu pracowników”na czarno”, o tym, że ktoś nie zarejestrował działalności gospodarczej, którą prowadzi, nie odprowadza podatków, chociaż na przykład wynajmuje nieruchomość, nielegalnie sprowadza samochody z zagranicy, uzyskuje dochody z pracy za granicą, ale ich nie ujawnia. Zdarzają się jak wyczytałem w gazecie donosy na emerytów lub osoby, które pobierają zasiłki, a pracują. Czyli klasyka. I tak podczas tej zajmującej lektury nagle sobie przypomniałem słowa pewnej modlitwy, którą usłyszałem kiedyś w polskim filmie.  – Gdy wieczorne zgasną zorze, zanim głowę do snu złożę, modlitwę moją zanoszę, Bogu Ojcu i Synowi. Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, tylko mu dosrajcie, proszę! –  Tak to chyba brzmiało. I to zdecydowanie powinno być motto tego gazetowego tekstu o donosach.  Donosimy też ochoczo na nieuczciwych sprzedawców, na byłych małżonków, na kogo tylko się da. Bo przecież nie ma to jak donosik. Przecież w nas Polakach jest coś takiego, co nie pozwala nam przyjąć z godnością tego, że ktoś ma lepiej niż my. I znów się posłużę cytatem z filmu marka Koterskiego: Kto ja jestem? Polak mały! Mały, zawistny i podły!Jaki znak mój? Krwawe gały! Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!Zniszczcie tego skurwysyna! Mojego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!Zdecydowanie oprócz świętych obrazów w naszych domach powinien pojawić się portret Pawki Morozowa.  – Ale autorami donosów są też osoby, które chcą dokuczyć bądź przysporzyć zmartwień choćby sąsiadowi. Z tego też powodu kontrole lub czynności sprawdzające prowadzone przez pracowników nie zawsze przynoszą finansowe efekty – ubolewa w gazecie pracownica skarbówki. Fakt, to skandaliczny skandal! Jak tak można?! Donosić tak dla żartów jedynie. Tak, aby dokuczyć czy przysporzyć zmartwień sąsiadowi.- Obywatele, trochę odpowiedzialności, – że tak, z tego miejsca, zaapeluję do wszystkich sympatyków donosicielstwa – jak już donosicie na sąsiada czy kogoś innego, to na litość Boga sprawdzajcie czy to są dowody na jego niecną działalność, bo potem taki urzędnik się narobi ze sprawdzaniem donosu a nie ma z tego żadnych finansowych efektów.

 

dziennik pesymistyczny

Uśmiech nie może być nigdy szkodliwy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Byłem świadkiem jak pewien mój znajomy opowiedział kolegom z pracy dowcip o charakterze religijnym. Specjalnie żartu nie cytuję, bo po tym, co zobaczyłem wczoraj w telewizji nie chciałbym się narazić na zarzut obrażania uczuć religijnych. Pewnie ten dowcip, który usłyszałem od kolegi, nikogo by nie dotknął, bo jest on tak stary jak ja lub nawet starszy. I jak dotąd nie słyszałem o tym, żeby ktoś za jego opowiadanie poszedł siedzieć. Ale jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Żyję w kraju tylu absurdów, że spokojnie mogę założyć przynajmniej teoretycznie, że istnieje szansa zakuwania w kajdany za publikowanie niestosownych dowcipów. W mojej rodzinie krąży od lat kombatancka opowieść o tym, jak to pewien mój „wujek” trafił do komunistycznego aresztu za odpowiedzenie w pracy żartu, który ugodził w fundamentu władzy ludowej. Więc podtrzymałbym rodzinne tradycje. Ale wróćmy do tego,co mnie tak przeraziło w telewizji. Jedna ze stacji telewizyjnych pokazała film, na którym nastolatek ubrany w strój papieża stoi w samochodzie imitującym papieskie papa-mobile i charakterystycznymi gestami pozdrawia mieszkańców miasta. Inni chłopcy, widoczni na filmie, ubrani jak ochroniarze biegną przy aucie. Taki żarcik. Mnie nie rozśmieszył, ale pewnie znajdą się tacy, dla których było to zabawne. Nie licząc oczywiście tych chłopców, którzy nakręcili ten internetowy spot. Ale tak to już bywa z dowcipami, że jednych śmieszą innych nie. Zaraz po pokazaniu w telewizji żartu nastolatków o papieżu,pojawili się kolejno na ekranie: policjantka, pani z kuratorium oraz ktoś z dyrekcji szkoły. I zaczęło się straszenie społeczeństwa przez organa władzy. I można przyjąć, że przy okazji właśnie wtedy powstała, lub raczej powróciła w wielkim stylu, kategoria żartu, który po za tym, że jest śmieszny lub nie, może być karany więzieniem. Bo jak to tak można sobie zażartować z papieża. Pani policjantka przytoczyła artykuł 196 Kodeksu karnego:, „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2″. I to właśnie mnie tak przeraziło, bo przecież nic złego, w moim przekonaniu, się nie stało. Ot zwyczajny sztubacki dowcip. A tu kuratorium, policja, grzywna i te dwa lata więzienia. Czy wracają czasy,w których tak jak tego mojego „wujka” zamkną mnie do ciupy za opowiadanie dowcipów? Z tą tylko różnicą, że teraz nie wolno żartować z papieża oczywiście.

– Były tam wypowiedzi charakterystyczne dla ludzi małej wiary i małego rozumu – to prawie dokładny cytat z wypowiedzi innego dziennikarza tym razem państwowej telewizji. Tej realizującej misję. To był też całkiem inny program. Ale czy ja nie mogłem się poczuć obrażony? Pewnie pod słowem „misja” kierownictwo państwowej telewizji rozumie ewangelizacje, ale chyba oskarżanie kogoś o to, że jest bezrozumny,jeśli się nie zgadza z linią programową to już gruba przesada. Może warto się zastanowić nad tym, że nie tylko uczucia religijne mogą być obrażane, ale też i te inne niż religijne.  Ja wiem, że jest w ludziach przygotowujących ten program głęboka wiara, w to, że jest ich misją ewangelizować te dwa procent naszego społeczeństwa, które do wiary katolickiej się oficjalnie nie przyznaje. Ale może nie warto o ludziach „małej wiary” mówić dodatkowo, że są bezrozumni. Bo uwzględniając mnogość systemów przekonań, i zakładając, że połowę głoszonych przez ludzi wartości można uznać za religie, ciężko jest stwierdzić czy te słowa o bezrozumnych nie są tak bardzo obraźliwe jak ten żart z papieżem. A może przyjąć założenie, że uśmiech nie może być nigdy szkodliwy. I pamiętać, że każdy ma prawo do innego zdania oraz do innego poczucia humoru.