Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Nasze jesienne rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Codziennie budzę się coraz bardziej zdumiony tym, że muszę przeżyć jeszcze jeden dzień na tym zasranym świecie – rzekł mój przyjaciel opadając ciężko w czeluści wygodnego fotela w jednym z naszych ulubionych lokali z wyszynkiem.

Na tyle znałem przyjaciela żeby wiedzieć, że jego pesymizm jest jakby wdrukowany w jego geny. On po prostu nie widział dobrych stron egzystencji. Wszystko go denerwowało. Cały świat traktował w ten sposób jakby był on stworzony tylko po to żeby jego, mego przyjaciela, osobiście urazić.  Dlatego to powitanie nie wzbudziło we mnie większego zainteresowania. Zwyczajnie uznałem to za swoiste „dzień dobry”. – Co tam u Ciebie po za tym? – spytałem.

– Ja, proszę ja Ciebie, to tak żyje bez przekonania.  Tak właściwie z przymusu, bo jak wiesz nie jestem zbyt odważny, więc nie skończę z tym. No to sobie tak żyje. Z dnia na dzień. Jak ktoś nie ma przyszłości to stara się doceniać dzień dzisiejszy i żyć nim – powiedział i zaczął się melancholijnie rozglądać po sali jakby kogoś szukał, czy na coś czekał.

Z racji tego że przeważnie nie spotykaliśmy się tylko po to żeby szczerze porozmawiać, ale też coś wypić postanowiłem zamówić u przecudnej urody kelnerki. Dawałem znaki, że chce złożyć zamówienie i już po kilku minutach tego mojego machania łapkami panienka zwróciła ma mnie ocząt swych błękity. Zamówiłem conieco i odprowadziliśmy kelnerkę wzrokiem. – Ładna – zapytałem i stwierdziłem fakt jednocześnie.

– Ładna. Nawet piękna.  No i co z tego. Wszystko przemija – usłyszałem od przyjaciela to co mogłem się od niego spodziewać usłyszeć. Kelnerka mimo swojej eterycznego wygładu dość sprawie i szybko przydźwigała kubełek z lodem, w nim większe conieco, szklanki, kieliszki i ustawiła to przed nami na stoliku. – Jakieś nowości? – zapytałem nalewając „po pięćdziesiątce”.

– Jestem potwornie zmęczony. Nie żebym tam od razu się przepracowywał. W tym sensie to nic nie robię, albo robię niewiele. Zmęczony jestem tym, że cały czas ktoś coś ode mnie chce. Banki, instytucje, urzędy… czuje się osaczony. Jak zwierzę podczas pogoni. Słyszę za plecami ciągłe ujadanie. Tylko daj, daj, zapłać, opłać, wyjaśnij, odpowiedz…. no kurwa, nie zostawią człowieka w spokoju, choćby na chwile. Ciągle czegoś chcą – wyrecytował jednym tchem przyjaciel i dał znak abym nalał, co uczyniłem. Wypiliśmy.

– Nie masz wrażenia, że wszystko co jest wokół nas zmusza człowieka do zarabiania. Po prostu, aby przeżyć, musisz podporządkować się przymusowi uczestniczenia w łańcuchu pokarmowym kapitalizmu. Musisz zarabiać. Pracować. Każde odstępstwo jest karane. Bo jak się sprzeciwisz, to będą cię tak długo nękać, że albo spadniesz po za margines tego co się nazywa społeczeństwem albo się podporządkujesz regułą panującym w społeczeństwie – mówił.

– No ja wiem, że wszystko kosztuje i trzeba na to mieć pieniądze. Trzeba pieniądze zarabiać. No i to czyniłem przez dziesięciolecia. Ale wiesz, ja mam dość. Zwyczajnie przestało mi się chcieć. Nie z próżniactwa, ale z wyczerpania i zniechęcenia. Wiesz, musisz być kimś. Coś mieć. Posiadać. Być. Bywać. A jak tego nie chcesz, lub zwyczajnie już nie możesz tego chcieć, uważają cię za leniwego nieroba i pasożyta – powiedział i zapadł się głęboko w fotel. Oboje lubiliśmy jesień. Te nasze rozmowy. To picie. Dlatego piliśmy i rozmawialiśmy. Po kilku godzinach zapłaciłem rachunek zastanawiając się ile jeszcze razy zarobię wystarczająco dużo żeby móc pić i rozmawiać.