Jestem rybą w mętnej wodzie
Ile to się to człowiek może dowiedzieć z przemówienia polityka o sobie samym. Ileż to prawd objawionych można usłyszysz z ust państwowego przywódcy o własnym narodzie, o jego prawdziwej historii, a także o własnym życiu. Niby człowiek wie najlepiej gdzie żył i jak żył, ale okazuje się, że są to tylko mrzonki, bo zawsze znajdą się tacy co zawsze wiedzą lepiej jak było naprawdę. Egzystowałem sobie w błogiej nieświadomości od dziesięcioleci, aż tu nagle i zupełnie niespodziewanie zostałem uwolniony z mroków własnego nieuświadomienia. Przyszedł ten właściwy i wymodlony prezydent, przemówił i ujrzałem prawdę, a z oczu mych opadły łuski niewiedzy. I ujrzałem światłość prawdziwej dobrej zmiany. Teraz już wiem, żyłem przez długie lata bez prawdziwej niepodległości i w braku tej prawdziwej suwerenności nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy. Za to teraz będzie znacznie lepiej, bo on, nasz przywódca, oraz jemu podobni postarają się o to żebym nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
Urodziłem się w Polsce. Zostałem ochrzczony w katolickim kościele. Uczęszczałem do polskiej szkoły, gdzie na ścianie wisiało polskie godło państwowe a przed budynkiem powiewała polska flaga. Uczęszczałem też całkiem legalnie na lekcje religii. Co niedziela rodzice prowadzili mnie całkiem otwarcie do kościoła. W szkole podstawowej nauczyłem się polskiego hymnu i wielu innych patriotycznych pieśni. Gdy tylko uzyskałem minimum samoświadomości, wiedziałem już o tym, że jestem Polak mały, a mój znak to orzeł biały. Przez chwile nawet nie wątpiłem, że mieszkam w polskiej ziemi, miedzy swymi, ale o jednym nie wiedziałem, że przyszło mi żyć kilkanaście lat w „braku prawdziwej niepodległości i suwerenności”. Fakt, nie wszystko wtedy było dobre. Więcej było złego niż dobrego. Ale twierdzenie, że Polsce na prawie pięćdziesiąt lat, bez jej woli i świadomości jej obywateli, zrobiono przerwę we własnym istnieniu jest – mówiąc najłagodniej – nieporozumieniem.
– Urodziłem się w państwie bezprawia, urodziłem się w państwie, gdzie wygodnie i dobrze mogło żyć się tylko takim, którzy lubią łowić ryby w mętnej wodzie; ja marzyłem o państwie silnego prawa, którego obywatel może być pewny, bo nie zależy od niczyjego kaprysu czy widzimisię – powiedział prezydent przywołując słowa marszałka Piłsudskiego. Nie wiem, jak prezydent, ale ja od zawsze miałem wrażenie, że żyje w państwie bezprawia „gdzie wygodnie i dobrze mogło żyć się tylko takim, którzy lubią łowić ryby w mętnej wodzie”. Zmieniał się system prawny, polityczny i gospodarczy. Zmieniały się rządy. Ale państwo trwało i się nie zmieniało. Zawsze był przywódca. Zawsze był rząd i jego prawa. Zawsze byli nadzorcy w mundurach i ci działający skrycie bez mundurów. Zawsze byli obywatele i ich obowiązki. Zawsze byli politycy. Zawsze byli urzędnicy. Zawsze była elity władzy. To że się od czasu do czasu zmieni ten czy inny na stanowisku czy we władzach, to nie znaczy, że wszystko się zmienia. Nadal jest ta sama mętna woda gdzie żyje się dobrze „tylko takim, którzy lubią łowić ryby w mętnej wodzie”. Słowa marszałka są wiecznie żywe i to jest smutne. A ja nadal czyje się jak ryba w mętnej wodzie, którą ktoś próbuje złowić. Usilnie dręczy świadomość, że „polityka historyczna” odłowi mnie i uświadomi, że słowa Piłsudskiego odnoszą się do czasów minionych, a nie do czasów dobrej zmiany. A będzie tak, bo taki jest kogoś kaprys czy widzimisię.
