Spokój o świtaniu
Jest takie kilka sekund zaraz po przebudzeniu, w których czuje się naprawdę szczęśliwy. Odrobina radości o poranku. Te przelotne chwile między snem a rzeczywistością. Kilkusekundowe trwanie w radości zanim mózg całkowicie otrząśnie się ze snu i zacznie rejestrować rzeczywistość. Te mgnienia to taka mała przestrzeń, w której opuściły mnie już senne majaki a nie dopadły jeszcze troski dnia codziennego.
Dosłownie kilka sekund błogości, poczucia bezpieczeństwa. Bez strachu, bez paniki, bez tęsknoty. Potem już zazwyczaj zdaje sobie sprawę gdzie jestem i kim jestem i jest po wszystkim. Budzę się do życia. Ale jakie to życie?
Ostatnio złapałem się na tym, że poranne przebudzenia to jeden z powodów, dla których lubię wieczorem zasypiać. Wiem, że gdy się przebudzę ze snu doświadczę tej jednej chwili, w której nic się nie dzieje i nic nie boli. Taki krótki moment na cały długi dzień. Taki spokój o poranku.
Potem zaczyna się już tylko realne życie. Świat jest wystarczająco chaotyczny by przetrawiać w nim choćby minutę. I znów czekam wieczoru, gdy będę mógł pogrążyć się w sennym świecie dożąć do tej jednej chwili o świcie.
A potem jest już tylko życie. A życie jest cierpieniem. I tylko czekam na sen, który jest ucieczką. Czekam na mój poranek. Na tą jedna chwile wytchnienia. Na zapomnienie o świecie. Zamknięty w cyklu gdzie dobre życie trwa tylko parę sekund.
