Z tyłu głowy pulsował znajomy ból – nie ten fizyczny, raczej taki jakby ktoś wymazywał mnie gumką, powoli i starannie, od środka. Nie było nikogo, kto by przyszedł. Nikt nie miał przyjść. I nikt nie powinien.
Zostawiłem niedopite szkło, żeby było na coś czekać. Tak, jak się zostawia okno lekko uchylone – na wypadek, gdyby jednak wróciła. Ale przecież nie wraca się do ludzi takich jak ja.
Z radia sączył się głos jak spod kołdry. Jakby świat mówił szeptem, żebym nie przeszkadzał.Przełknąłem ślinę i znów pomyślałem, że jestem kimś, kto byłby może szczęśliwy, gdyby umiał.
Ale nie umiem. Nie potrafię. Próbowałem – boże, jak ja próbowałem – ale każda radość rozkładała się we mnie szybciej niż trupi jad. W środku czuję, jakbym był pustą walizką po zmarłym – nikomu niepotrzebną, z zapachem czegoś, czego już nie ma.
I tylko wieczór znowu przyszedł, jak stary znajomy, który nic nie mówi, ale wie wszystko. Usiadł obok. Wlał mi jeszcze jeden. I patrzył.A ja piłem, bo co innego mogłem robić?