O Jezu Najświętszy!
– Najświętszy Jezu! Ależ mnie pan przestraszył! – wykrzyczała mu w twarz jak tylko go dostrzegła.
– Nie trzeba – odpowiedział spokojnie ściszonym głosem.
– Co nie trzeba?
– Nie trzeba mnie już tak nazywać. Czytaj więcej

– Najświętszy Jezu! Ależ mnie pan przestraszył! – wykrzyczała mu w twarz jak tylko go dostrzegła.
– Nie trzeba – odpowiedział spokojnie ściszonym głosem.
– Co nie trzeba?
– Nie trzeba mnie już tak nazywać. Czytaj więcej
Trwali tam w oczekiwaniu ponad dwie godziny. Przez ten czas zdążyli całkiem dobrze zjeść i sporo wypić. Dość dokładnie omówili większość spraw bieżących jak i tych zaległych. Jednak przede wszystkim byli już nieźle wstawieni i to było ważne, choć nie najważniejsze tego dnia. W zasadzie nigdzie im się nie spieszyło, to przecież obaj czuli, że już czas najwyższy. Kiedyś trzeba było zacząć polowanie. Zwierzyny łownej było na razie mało, ale jak to wieczorem, coraz więcej zbierało się jej przy tym nad wyraz modnym w tym sezonie wodopoju. Trzeba było tylko zaczekać.
Przez to, co pływało już w ich organizmach w znacznych ilościach obaj stali się bardziej otwarci na świat. A co za tym idzie nabrali większej ochoty, aby zapolować i co ważne coś w końcu upolować. Jak na razie jednak tylko obserwowali zwierzynę, która parami, czasami pojedynczo, ale najczęściej w grupkach po parę sztuk, przechadzała się po ich terenach łowieckich. Trzeba było tylko cierpliwie wyczekać odpowiedniego momentu i zaatakować. Czytaj więcej
Mój przyjaciel zaordynował „po setce na dzień dobry”, gdy tylko zdążyliśmy usiąść przy barze. – W grube szkło nalać czy w cienkie? – zapytała matowym głosem dziewczyna stojąca za barem. Teraz z barmanką odbywali ten sam tradycyjny już przy takich okazjach dialog. – Wszystko jedno, wódka jest wódka – odpowiedział mój towarzysz. – Bo to czasem trafi się taki, co to nie wypije z grubego szkła żeby nie wiem co – powiedziała dziewczyna nalewając wódkę do kieliszków.
– Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – rzekł przyjaciel, co stanowiło zaproszenie do wypicia wódeczki. – Wiesz, tak mi czasem brakuje takich prawdziwych rozmów z facetami, takich spotkań w męskim gronie – powiedział mój towarzysz jednocześnie delikatnie chwycił mnie za łokieć. Mówił jeszcze coś o tym, że teraz uczęszcza na takie luźne spotkania gdzie poruszany jest zawsze jakiś temat z życia faceta. Wspomniał coś o tym, że to bardzo wartościowe, że przychodzą tam mężczyźni niezależnie od wieku czy przekonań. On tak mówił i mówił, a ja słuchałem go jak przez ścianę, bo cała moją uwagę skupiłem na jego dłoni trzymającej mój łokieć w uścisku.
Nie skądże znowu, ani przez chwile nie podejrzewałem przyjaciela, że ten nagle zmienił orientacje. A nawet jakby tak było to nie mnie go sądzić i oceniać. Ale ta jego przemowa o męskim gronie w połączeniu z tym moim łokciem w jego uścisku… to wszystko wzbudziło moje lekkie zaniepokojenie. – Dziś w strefie ducha brakuje mężczyzn, a przede wszystkim przekazu dla mężczyzn – kontynuował wywód przyjaciel. – Faceci przecież mają zupełnie inne od kobiet cele i zdecydowanie różne role do spełnienia w swoim życiu, potrzebują mocnego, męskiego głosu który wskaże im drogę. Spotkania o których mówię organizowane są po to, aby mężczyźni mieli szansę na osobiste spotkanie z Przedwiecznym, tylko w męskim towarzystwie, gdzie nie muszą się niczego wstydzić – dodał.
– Poproszę bardzo, bardzo szybko poproszę cztery setki, kolega postradał rozum, ale może da się go jeszcze uratować – niemal wykrzyczałem zamówienie do barmanki. Gdy co zamówione zostało polane, wypiliśmy po pierwszej setce. – Znowu Cię wzięło na mistycyzm? – zapytałem mając w pamięci kilka poprzednich flirtów mojego przyjaciela ze strefą duchową jego osobowości. – No wiesz jak jest, nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – odparł przyjaciel, po czym wskazał wzrokiem na stojące przed nami kolejne setki. Zrozumiałem. Wypiliśmy.
– No wiesz jak jest, im głównie zależy na osobach, które zaczynają swoją przygodę z wiarą, a ja nie lubię żyć normalnie. Ja musze żyć ekstremalnie. To mnie do nich ciągnie – powiedział mój przyjaciel, po czym wstał, lekko się zatoczył, ale już po chwili wrócił do pionu, by znów usiąść przy barze. – Może rozchodniaczka? – zaproponowałem, na co mój przyjaciel przystał z ochotą, choć zaznaczył, że to będzie jego ostatni na dziś, bo on musi na spotkanie, tam gdzie w męskim gronie rozmawia się o sprawach duchowych.
– Poproszę jeszcze dwie setki i koniec, idziemy – zamówiłem. – Albo, wie pani co? Niech Pani poda jeszcze po dwie od razu – dodałem przemyślawszy szybko sprawę. Kiedy podano wypiliśmy po pierwszej setce. – Oj, musze iść – rzekł mój towarzysz – czekają na mnie. Na te słowa zaproponowałem szybkie wypicie drugiej setki, co natychmiast uczyniliśmy. Po rozchodniaczkach mój przyjaciel wstał ze stołka barowego, po czym znów na nim usiadł, ale tym razem jakoś tak niepewnie. – Płacić – rzuciłem do barmanki. Zapłaciłem. Potem w taksówce, i jak targałem przyjaciela do jego mieszkania na poddaszu rozmyślałem o tym, że tak całkiem normalnie udało mi się dziś uratować jego podatną na wpływy dusze przed ekstremalnymi doznaniami.
Zakazać handlu w niedziele czy może nie zakazywać. Teraz każdy obywatel mojego miasta może po wypełnieniu specjalnej ankiety wyrazić teraz swoją opinie na ten temat. Wystartowały bowiem konsultacje społeczne dotyczące zasad niedzielnego handlowania. Przez najbliższy miesiąc mieszkańcy będą mogli się wypowiedzieć, czy trzeba coś ograniczyć, czy całkowicie zakazać, czy pozostawić bez zmian.
W Polsce mamy takie swoiste zamiłowania do powszechnego zakazywania wszystkim wszystkiego. Nakazy, zakazy, rozporządzenia administracyjne. Pragnąc żyć w tym społeczeństwie przeciętny zjadacz chleba musi się ciągle zastanawiać, czy to, co w danej chwili robi nie jest przypadkiem zakazane. Wydaje się, że przeciętny Polak nie jest w stanie żyć i funkcjonować normalnie, jeśli mu się czegoś władza nie nakaże lub zabroni.
Jestem niepokojąco spokojny, co do wyniku konsultacji dotyczących zasad niedzielnego handlowania. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: Jeśli Bóg „odpoczął i wytchnął” w siódmym dniu (Wj 31,17), [to] człowiek również powinien „zaprzestać pracy” i pozwolić innym – zwłaszcza ubogim – „odetchnąć” (Wj 23,12). Szabat nakazuje przerwać codzienne prace i pozwala odpocząć. Jest dniem sprzeciwienia się niewolnictwu pracy i ubóstwieniu pieniądza” (KKK 2172). Przecież moje miasto jest bardzo przywiązane do wartości chrześcijański – jak mnie tu wielokrotnie zapewniano. Nie możliwe, więc jest, aby wierzący opowiedzieli się wbrew tym wartościom. Bo jakie to były wartości gdyby wynik konsultacji był inny? Trochę mi będzie szkoda tych niedzielnych zakupów, ale cóż demokracja. Siła większości. Trzeba jej ulec. Tak, to sarkazm. Ale na poważnie to chciałbym, choć raz zobaczyć katolików masowo stosujących się do zasad swej własnej wiary. Przy tych konsultacjach jest na to szansa.
Jeśli ktoś uważa się za katolika, za członka wspólnoty wyznaniowej, jaką jest Kościół Rzymskokatolicki to musi stosować się to zasad własnej wiary. A one są jednoznaczne i nie podlegają interpretacji. – Kto określa, czy wybór jest dobry czy zły? Kto określa rodzaj świętowania? – pytała mnie kiedyś pewna pani. Otóż zasady i wybory, i czy jest to dobre czy złe określone są dla katolika w katechizmie. Jest to synteza nauczania kościoła. Jedyna wskazówka postępowania dla katolika. I tam jest określony rodzaj świętowania. Wiara Rzymskokatolicka to nie forum dyskusyjne. To twarda, jednoznaczna religia ze ściśle określanymi regułami postępowania. Nie można być katolikiem negując lub interpretując przykazania kościoła. Dlatego Trzecie przykazanie Boże: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest jednoznaczne i niezmienne.
Ja „nie pouczam i nie oceniam” ja tylko pokazuje, że jeśli się siebie określa mianem katolika to trzeba przestrzegać zasad tej wspólnoty w stu procentach a nie tylko te, które uważa się za dobre dla siebie. Nikt niema prawa nazywać się katolikiem naginając lub wręcz obchodząc prawdy zawarte w Katechizmie. Ja nie mam monopol na prawdę, ale zasady KK są w tym względzie monopolistyczne i niezmienne.
A może powinno być tak, że Ci wszyscy, którzy z potrzeby i z ducha wiary, która ponoć wyznają nie chcą i nie powinni iść do sklepów w niedziele niech po prostu tam nie idą. Wszędzie słyszę, że większość naszego społeczeństwa to katolicy, więc może przyszedł czas na zaprezentowanie swoich przekonać i na unikanie niedzielnych wizyt w centrach handlowych. Jeśli tylko ten margines niewierzących i innowierców będzie wizytował sklepy w niedziele, to przecież każdy rozsądny przedsiębiorca zamknie interes, bo po prostu z braku klienteli nie będzie mu się to opłacało. Niech zwycięży wiara i ekonomia! Nie potrzeba żadnych zakazów handlu. Tak, więc bracia katolicy, jest Was ponoć dziewięćdziesiąt osiem procent społeczeństwa, nie inaczej jest pewnie w moim mieście. Pokażcie, na co was stać! Jeśli nie będzie Was w centach handlowych w niedziele przez dwa, trzy miesiące to pewnie i bez specjalnego zakazu handlu i tak będą zamknięte. I bez specjalnego zakazu administracyjnego będzie się „dzień święty święcił”.
Otacza mnie bylejakość. Byle jak, byle coś, byle mieć, byle zarobić, nakupić, nażreć się, napłodzić i narodzić bachorów, kupić jeszcze większy samochód, jeszcze większy dom, bogacić się, posiadać więcej niż inni. Nie myśleć za wiele, bo i po co. Nie interesować się. Nie dociekać. Nie modlić się, Biblii nie czytać, ale do kościoła, co niedziela iść, bo trzeba przecież pokazać się. Niech ludzie wiedzą, że to Polak i Katolik jak należy w dzień Boży i większe święta w kościele jest i komunie przyjmuje. On wierzy, on pacierze klepie, on krzyż w domu i w robocie na ścianie wiesza, on na samochodzie rybkę ma naklejoną, bo o Polak i Katolik. Obrazek Maryi, Papieża portret, krzyżyk złoty w szufladzie i gromnica od chrztu. Becik i kamyczek z Jasnej Góry. Jest też Biblia i kropidło, bo jak ksiądz po kolędzie chodzić będzie to jakże tak, bez Biblii? Nie uchodzi. Ale czytać tego nie czytał, bo i po co? Ksiądz w kościele czyta i wystarczy. On księdzem nie jest, to po co ma czytać? On nie lubi ateistów, bo one w Boga nie wierzą. On, Polak i Katolik wierzy, i nigdy się nad swą wiarą nie zastanawia. Dziadziunio wierzyli, ociec wierzył i on wierzy i dzieciaki wierzyć uczy. Tradycja. On katolik, ale przecież postępowy. Przecie rozwód dla ludzi, seks przedmałżeński dla ludzi. On katolik, ale swoje wie, bo on Polak i Katolik i jak ksiądz bzdury gada, to on wie swoje i nikt go nie przekona. To przecie jego własna wiara.
Tu jest ich miliony w Bozie wierzących. Tu większość przytłaczająca, ich prawa, tradycje i obyczaje. Ale już tylko czterdzieści siedem procent z nich wierzy w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. A w cuda dokonywane przez Jana Pawła II wierzy trzydzieści pięć procent. Bo Polak i Katolik jest racjonalny. On swoje wie i w swoje tylko wierzy. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS dla „Gazety Wyborczej” w Boga wierzy osiemdziesiąt jeden procent Polaków. Za to w trzecią osobę Trójcy Świętej, czyli Ducha Świętego czterdzieści procent Polaków. Polak i Katolik równie sceptycznie podchodzi do zagadnienia nieśmiertelności duszy (39 proc.), sprawiedliwego sądu po śmierci (39 proc.), a także niepokalanym poczęciu Maryi (38 proc.). W niebo wierzy 38 procent, ale w anioły już 35 procent. Podobnie jest z piekłem, w które wierzy 31 procent, ale w samego diabła już tylko 28 procent z Polaków Katolików. W czyściec zaś wierzy, co trzeci.
Dla Polaka i Katolika dogmaty deklarowanej wiary to kwestia jego widzimisię. On wierzy w to, co tam chce, a reszta go nie interesuje. Można w tych badań wywnioskować, że polski katolicyzm nie jest jeden dla wszystkich. To nie religia z wyznawcami, to raczej kółko dyskusyjne. Ile Polaków Katolików tyle wersji wiary. Nie żeby wynikało to z głębokich przemyśleń, bo raczej takie dostosowanie wiary to indywidualnych potrzeb. W najważniejsze dogmaty wiary chrześcijańskiej wierzy stosunkowo niedużo Polaków. Bo i po co? Jeśli życie wiodą byle jakie to i wiara ich byle jaka. I niech Bozia im wybaczy.