Monthly Archives

23 Articles

dziennik pesymistyczny

Jeśli ulica Stańczyka to może i Plac Kaduceusza?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Stańczyk na doczekać się w moim prowincjonalnym mieście swojej własnej ulicy. Osobiście uważam, że to bardzo dobrze wybór. Bo w stylu rządzenia moim miastem jest wiele podobieństw do osoby Stańczyka. To znaczy wśród włodarzy mojego miasta jest wielu takich  Stańczyków. Jest w nich wielka zaduma nad losem mojego grodu  przynajmniej na etapie planów czy założeń i jest wiele czystej błazenady i głupoty na etapie realizacji. Nic, więc w tym dziwnego, że ulica biegnąca do magistratu będzie nosić imię renesansowego błazna.

 

Na mojej prowincji jest około 900 ulic. I co roku powstaje przynajmniej pięć kolejnych. Zawsze, ale to zawsze władza ma problem z nazwami i patronami. Od lat trwającą ewolucja w nazwach ulic nie jest oczywiście wymysłem ostatnich lat. Ale w ostatnim dwudziestoleciu przybrała zdecydowanie na sile. Nazwy największych i najstarszych ulic zmieniano wielokrotnie na przestrzeni wieków. Na przykład obecna ulica Żeromskiego była kiedyś Traktem Lubelskim. Plac Konstytucji Trzeciego Maja w czasie zaborów nazywał się Soborowym, a za niemieckiej okupacji był placem Adolfa Hitlera. Obecna ulica Kilińskiego nosiła dawniej nazwę Lubelskie Górki. Władze miasta właśnie dla przedłużenia tej ulicy szukają patrona, więc najprostszym rozwiązaniem wydawałby się powrót do starej przedwojennej nazwy całej ulicy. Co zresztą sugerują regionaliści. Jednak magistrat widać nie znosi prostych rozwiązań.

 

Wiele nazw ulic narzucanych z powodów politycznych w powszechnym odbiorze nigdy się w mieście nie przyjęła. Za PRL-u ulica Piłsudskiego rzadko była nazywana zgodnie z tabliczkami, czyli Marcelego Nowotki. Przyjezdni pytający o ulice Marchlewskiego niejednokrotnie widzieli zakłopotanie na twarzy zagadnietych. Co innego gdyby zapytali o ulice Focha. Teraz zdarzają się przypadki odwrotne. Od kilkunastu lat w na mojej prowincji jest ulica uczonego o światowej sławie, którego znaczna część życia upłynęła właśnie w tym mieście. Jednak mało kto wie, gdzie jest ulica ks. profesora Włodzimierza Sedlaka. Od lat dwudziestych lat do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jedna z głównych ulic nosiła nazwę 1 maja teraz zamieniła się na 25 czerwca. Ale naprawę niewielu mieszczan i przyjezdnych pamięta, który to był czerwiec prościej jest używać starej nazwy.

 

Ciekawe ilu mieszkańców mojego miasta w ogóle kojarzy, kim był Stańczyk. Wydaje mi się, że on też podzieli los innych patronów ulic, o których mieszkańcy nic nie wiedzą. A może warto przy nadawaniu nowej nazwy przeprowadzić kampanie informacyjną wśród mieszkańców? Niech ludzie dowiedzą się, kto zacz był człowiek, którego imię nosi ulica, przy której upływa im życie. Więc wyręczając trochę włodarzy mojego miasta pragnę tę postać przypomnieć nam wszystkim. Stańczyk, jako postać historyczna pojawia się na dworze renesansowej Polski za panowania trzech władców: Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta I Starego i Zygmunta Augusta. Najczęściej łączony jest z drugim z wymienionych i określany, jako błazen starego króla. O samej osobie Stańczyka wiadomo bardzo mało. Wiele niejasności związanych jest już z jego nazwiskiem. Niektórzy historycy uważają, że Stańczyk to Staś Gąska. Lecz w owym czasie gąską nazywano każdego błazna. Znany historyk Julian Krzyżanowski w swojej książce zatytułowanej „Błazen starego króla” nadał Stańczykowi imię i nazwisko Stanisława Wyssogoty. Historycy uznają, że urodził się około 1480 roku prawdopodobnie w Sułkowie, a zmarł około 1560 roku w Krakowie. Pochodził z rodziny szlacheckiej. Stanisław Wyssogota – Stańczykowi – przypisuje się nieprzeciętne cechy charakteru. Przyjęto powszechnie, że jego mądrość i dalekowzroczność polityczną łączył on ze humorem i osobistym dźwiękiem trefnisia. Stańczyk był świetnie zorientowany w zawiłościach spraw publicznych ówczesnej polski.  Stańczyk bawił, śmieszył, ale też krytykował. Wytykał możnym głupotę, dworskie intrygi, przekładanie własnego interesu nad dobro publiczne. Był też wielkim polskim patriotą. Znane są liczne anegdoty stańczykowskie, a kilka z nich doczekało się nawet książkowego wydania.

Postać Stańczyka była inspiracją dla artystów. Jan Matejko, czołowy malarz polski, umieścił go na kilku swoich obrazach, miedzy innymi: Stańczyk, Zawieszeniu dzwonu Zygmunta, Hołd pruski. Stańczyk na obrazach mistrza trzyma w ręku laskę błazeńską, zwaną kaduceuszem. Nazwa kaduceusz pochodzi ze starożytności trzyma ja w ręku bóg Hermes. Kaduceusz to kij oplecionym parą węży, zwieńczony parą skrzydeł. Użycie kaduceusza burzyło wszelkie spory i kłótnie, stąd określa się go, jako symbol pokoju i porządku. I niech ten symbol oraz sama postać Stańczyka natchnie władze mojego miasta oraz wszelkich ludzi u władzy. A może nowo powstały prac przed magistratem nazwać właśnie Placem Kaduceusza?

 

dziennik pesymistyczny

Kto nie skacze i ten kto nie pije…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wieczorem zasiadłem z moją narzeczoną jak zawsze do leniwej kolacji przed telewizorem. Oglądam sobie fakty i wiadomości spokojnie, bez emocji, aż tu nagle na ekranie pojawiają się młodzi chłopcy – narodowcy śmigający w górę i w dół radośnie wykrzykując hasło o tym, że: kto nie skacze jest pedałem.

 

 Natychmiast się zerwałem, bo przecież nie jestem homo i bardzo daleko mi do tego, a przez to nie skakanie jak nic mogłem się stać pedałem. A w najlepszym wypadku na pedała mogłem wyjść. A ja tak do mężczyzn to raczej obrzydliwy jestem, więc co robić skakałem jak kangurek. I tak sobie kicałem przez kilka minut a że jestem już nie najmłodszy i brzuszek jest już największym moim mięśniem, to nie dałem rady. Gdy padałem ze zmęczenia starałem się za wszelką cenę lec tak, żeby moja tylna część ciała była raczej przy podłodzie. Bo może jak bym ją wystawił do słoneczka to może bym prowokował? Gdy tak leżałem dysząc, olśniło mnie, że jak nie skaczę, to już pewnie jak nic jestem tym zwyrodnialcem i resztkami sił starałem się doczołgać do kanapy.

 

I tak rozpocząłem proces przymilania się do mojej konkubiny. Tak żeby samemu przed sobą móc zamanifestować swą seksualność. Żeby już na sto procent przerwać to okrutne myślenie o tym, że nie dałem rady skakać, więc jak nic pedałowanie jest dla mnie nieuniknione. Jestem już nie najmłodszy i kondycja już nie taka, więc mimo wysiłków nie mogłem sobie poskakać, ale może jeszcze tak spełnię ten akt między mężczyzną i kobietą. Ale też w odpowiedniej pozycji, bo od razu zobaczyłem uśmiechniętego chłopca – narodowca o wymuskanej fryzurze, który na koszulce miał zakaz, z pozycją na pieska. Więc to też nie najlepsze, więc na misjonarza jak Pan Nasz przykazał to uczynię – pomyślałem. Ale natychmiast sobie przypomniałem, że przecież ja tak dla przyjemności a nie dla prokreacji, więc znów nie bardzo. A może znów skakanie?

 

Więc hop, hop jak zajączek, choć oczy już na wierzchu i tchu brak. I nagle mój wzrok padł znów na telewizor i co widzie – paradę polityków, spotkania, narady wystąpienia rządowych i opozycyjnych od tych prawych i sprawiedliwych aż do platformiastych i co … i nikt nie skacze! A więc stało się! Ich też dopadło, nie skaczą! Pewnie też są homo!  I tak skaczę i skaczę i skaczę…, Bo ta myśl natrętną, że jak nie skacze to pewnie jestem pedał…

 

No dobra! Nie, no dość… stop! Nie skaczę, napiję się wódeczki, bo ten, kto pije i pali ten nie ma robali. I słusznie!

dziennik pesymistyczny

Babcia mnie upominała, nie przeklinaj…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Od maleńkości słyszę ciągle o tym, że nie powinno się używać brzydkich wyrazów, bo takim słownictwem posługują się tylko ci, co są na dole drabiny społecznej i że jak nie chce być taki jak ci na samym dnie to nie wolno mi przeklinać.

 

Już od przedszkola słyszę ciągle: nie wolno tak mówić, skąd u ciebie znajomość takich wyrażeń, jak można tak się zwracać do kolegi takimi słowami, nie ładnie… fuj… jak tak można. I tak przez szkołę pierwszą i następne, ciągle zakazy bluzgania i używania brzydkich wyrazów. Potem studia i to samo, ale ja oczywiście na przekor czasami sobie folguje z językiem i siarczyście zaklnę. Tak dla podkreślenia emocji i dla zaznaczenia powagi wypowiedzi. Ale zawsze gdzieś tam w tyle mojej głowy rozbłyska światełko i słyszę głos babci: kochanie jak możesz tak brzydko się wyrażać! To skandal!

 

Zawsze słyszałem i jest to we mnie wdrukowane, że jak będę przeklinał to stanę się jak ci spod budki z piwem, co to nic nigdy nie robią i niczego nie osiągnęli. A jak powstrzymam się od „łaciny” to jak nic wyjdę na ludzi. I nie powiem, starałem się. Od podstawówki aż po studia nie przeklinać za wiele, bo przecież miałem się odróżniać od tych co z pod budki i miałem coś osiągnąć.

 

I tak trałem w przekonaniu, że dobrze postępuje a posady rządowej i związanego z nią prestiżu nie osiągam, no, bo czasami przeklinam siarczyście. I w tym upatrywałem to, że mi do wielkich tego świata daleko. A tu nagle, co widzie w telewizji, które jest mym oknem na świat tytanicznych, zamożnych i mądrych. Słyszę jak pani minister na zebraniu rządu proponuje innemu ministrowi szybkie oddalenie a używa do tego słowo spier… No właśnie tego, co mi zgodnie z babcina przestroga używać nie wolno. A pani z rządu może i owszem. Oj zaburzyło to moje postrzeganie świata.

 

I tylko żal pozostaje, że tak się przez lata pohamowywałem w tym przeklinaniu, bo jak bym sobie nie żałował to jak nic poszedłbym w ministry. A tak cóż w rządzie nie jestem, bo mi babcia przeklinać nie pozwalała. Ale może to i lepiej, bo teraz to może właśnie ta budka z piwem, co to pod nią miałem stać jak bym bluzgał jest tam gdzie rząd obraduje?

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Rachunki za prąd a podróże w czasie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Miewam czasem takie okresy w życiu, w których na wpółświadomie zapominam o płaceniu rachunków. Po prostu nie lubię ich płacić, co tu ukrywać i dlatego odwlekam płatności ile się da. Taki już jestem i nie mam najmniejszego zamiaru się zmieniać. Ale czasami tak bardzo zapominam o zaległych rachunkach, że otrzymuje wezwania do zapłaty. I tak też było tym razem. Wczoraj odebrałem wezwanie do zapłaty wystawiony przez zakład energetyczny działający na terenie mojego miasta.

 

I nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że energetycy zażądali ode mnie abym ostatecznie rozliczył się z nimi do jedenastego maja. No tak, ale ja dwunastego maja zastałem po powrocie do domu awizo z poczty a odebrałem list polecony trzynastego. Zawsze chciałem jak bohaterowie komiksów, które czytałem w dzieciństwie przenosić się w czasie. Ale mimo pracy nad sobą, wielkich chęci i wielu starań nadal nie potrafię rozwinąć w sobie tej umiejętność. Nadal nie zdołam cofać się w czasie choćby o dwa dni. I dlatego też w żaden sposób nie mógłby przenieść się do jedenastego maja i zapłacić, gdy o tym ostatecznym terminie dowiedziałem się dwa dni potem.

 

Zadziwiła mnie ta wielka wiara urzędniczek z zakładu energetyki w to, że jeśli wyślą do mnie list polecony w tym samym dniu, w którym wyznaczą ostateczną, nieprzekraczalną datę płatności to poczta ten list do mnie tego samego dnia dostarczy a ja zdążę go przeczytać i jeszcze zapłacić zaległość w wyznaczonym terminie. Ja wiem, że jest wielki skok cywilizacyjny w naszej ojczyźnie a nawet na mojej prowincji, ale taka wiara w szybkość reakcji poczty polskie wydaje mi się grubą przesadą. Widocznie dla niektórych nie ma w tym nic dziwnego, że data stempla pocztowego z koperty pokrywa się z data ostatecznego terminu płatności. O mały włos nie dostałem zawału jak przeczytałem w piśmie, które otrzymałem z dwudniowym opóźnieniem od daty ostatecznej płatności, że nie dotrzymanie terminu spowoduje to, że w każdej chwili mogą nawiedzić mój dom panowie, którzy odetną prąd i będzie ciemno. Naprawdę natychmiast chce się być superbohaterem z umiejętnością cofania się w czasie

 

Oczywiście, aby uniknąć takich kłopotów powinienem płacić wszystkie rachunki w terminie, ale przecież pozbawiłbym się bodźców do rozwijania w sobie różnych mocy jak choćby umiejętność podróży w czasie.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Przechodzień dyskryminowany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od pewnego czasu przemierzam moje prowincjonalne miasto piechotą i czuje się osobą dyskryminowaną przez kierowców. Rowerzyści mają swoje stowarzyszenia, które dbają o ich bezpieczeństwo i ich prawa. A co ze mną, co z innymi pieszymi, kto nas obroni przez tyranami w samochodach.

 

Zdawałoby się, że do obrony praw pieszego jest powołanych kilka instytucji, które dbają by nie łamane było prawo, które też w zamiarze jego twórców miało chronić przechodniów. Może i tak jest w założeniach, ale naprawdę jest bardzo trudno wyegzekwować od strażników miejskich interwencje w sprawie źle zaparkowanych samochodów nie mówiąc już o tym, że nie ma, co liczyć w tej sprawie na policjantów. A takie samochody utrudniają przechodnią życie. Fakt czasami zjawia się patrol jak jest się bardzo upartym i wydzwania się do nich po kilka razy. Ale najczęściej funkcjonariusze zjawiają się za późno lub ograniczają się do założenia blokady na wskazany przez nas pojazd kompletnie ignorując inne samochody zaparkowane w sposób łamiący przepisy.

 

Wystarczy przysiąść na ławce na centralnej ulicy mojego miasta żeby zobaczyć dziwne zjawisko obojętności strażników miejskich na samochody parkujące w niedozwolonych miejscach lub takie, które jadą sobie spokojne chodnikiem. Trzeba uczciwie przyznać, że w momentach, w których prasa zajmuje się od czasu do czasu tym tematem aktywność funkcjonariuszy zdecydowanie wzrasta. Ale jest to zryw czasowy i już po kilku dniach wszystko wraca do złej normy.

 

Kilka dni temu obserwowałem jak patrol policyjny spokojnie jechał sobie parkową alejką. To w moim mieście norma. Jeszcze nie widziałem jak radiowóz zatrzymuje się obok źle zaparkowanego samochodu. A jadący nim policjanci tak sam z siebie, tak z poczucia obowiązku wypisali mandat łamiącemu prawo. Jest taka ulica na mojej prowincji, przy której jest targowisko miejskie. Jest też tam oczywiście parking, może nie na tysiąc samochodów, ale jednak jest. Tyle tylko, że nie jest tuż przy straganach. A to dla większości kierowców jest straszliwy problem. Stawiają oni samochody dosłownie miedzy sprzedającymi, kupującymi a przechodniami. A niech się odważy, który pieszy, co powiedzieć. Od razu dowie się, wszystkiego o złym prowadzeniu się swoich przodków. Ciekawe, że czym większy i droższy samochód tym bliżej kierujący parkuje i tym bardziej łamie przepisy i tym bardziej agresywny. Jakąś zależność? Nie wiem.

 

Jest w my mieście tuż czy targu most nad rzeczką. Może nie jest to wielgachny most, ale jest. A przepisy wyraźnie stanowią, że na moście nie można parkować. Jednak nikomu z kierowców to nie przeszkadza. Samochody stoją sobie tam spokojnie. I trwa ta sytuacja sobie w najlepsze tak z kilka lat i co, i nic. Czasem pojawi się tam strażnik miejski, czasem policjant, ale częściej na zakupy niż z interwencją. Kilka tygodni temu wydziałem tam nawet radiowóz policyjny spokojnie stojący na trawniku.

 

Jeszcze jedno, nie wiem czy kierowcy wiedza, że jest przepis, który mówi: widząc pieszych na chodniku, oczekujących na przejście przez jezdnię, należy zatrzymać pojazd i pozwolić im bezpiecznie przejść na drugą stronę drogi. Jednak większość kierowców te przepisy ignoruje a pieszy ma do wybory albo czekać nawet kilka minut na dziurę w strumieniu pojazdów lub narażając się na niebezpieczeństwo próbować wymusić pierwszeństwo na samochodach. Ale to drugie to raczej dla odważnych. A wystarczy się na chwile zatrzymać i pozwolić pieszym przejść.

 

Nie mam złudzeń, że coś się zmieni, ale może do kierowców dotrze, że łamią przepisy. Stanowią zagrożenie i dla siebie i dla pieszych. Ja nie paraduje środkiem jezdni i nie rozkładam się z leżakiem na środku skrzyżowania. Więc oczekuje od kierujących takiego samego poszanowania moich praw. I teraz chciałbym te oczywiste prawa przytoczyć, bo może prawo jazdy niektórzy kierowcy robili dawno i łamią przepisy, bo po prostu już nic z przepisów nie pamiętają.

 

Szanowni kierowcy w Polsce nie wolno parkować na trawnikach i na ścieżkach rowerowych! Nie wolno parkować na przystankach oraz obok nich! (zakaz obowiązuje w odległości 15 m od słupka lub tablicy oznaczającej przystanek, a na przystanku z zatoką – na całej jej długości).

 

Kierowco, jeśli już musisz parkować na chodniku to pamiętaj: możesz zaparkować całym samochodem, ale tylko przy krawędzi jezdni (!) i jeśli szerokość chodnika pozostawionego dla pieszych jest taka, że nie utrudni im ruchu i nie jest mniejsza niż 1,5 m. Rzeczywistość jest jednak taka że trudno znaleźć w moim mieście samochód zaparkowany w taki sposób.

 

Jest jeszcze kilka przepisów. Ale dobrze, niech przynajmniej te będą przestrzegane. Bardzo proszę, bo jeśli nie to będę zmuszony przejść do działań ofensywnych. Zakupie leżaczek i zacznę się opalać na skrzyżowaniach. Choć zapewne wtedy interwencja funkcjonariuszy była by szybka i skuteczna. Bo oni też przecież to kierowcy i żaden pieszy szkodnik nie ma prawa głosu. Smutne, ale prawdziwe.

dziennik pesymistyczny

O homo zagrożeniach płynących z bycia organistą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

Największy odsetek gejów jest wśród organistów, muzyków grających na organach – przekonywał Paul Camerom na wykładzie współorganizowanym przez urząd miejski mojego prowincjonalnego miasta. Ten kultowy działacz antygejowski mówił to do garstki słuchaczy a tłumaczka musiała wręcz namawiać zebranych do nagrodzenia amerykanina brawami przed i po wykładzie.

 

Może to niesprawiedliwe, że zaczynam od tej właśnie wypowiedzi dr Cameroma, bo nawet tłumaczka starała się przekonać słuchaczy, że te słowa to tylko żart. Ja jednak odniosłem wrażenie, że Cameron mówił zupełnie poważnie. – Czy jest jakąś grupa zawodowa, w której jest najwyższy procent gejów? – zapytał wiceprezydent mojego miasta (!).

– Najwięcej gejów jest wśród organistów, moja znajoma należąca do amerykańskiego stowarzyszenia ludzi grających na organach zapewniała mnie, że nie spotkała jeszcze organisty, który nie byłby gejem – mogliśmy usłyszeć w odpowiedzi od dr Camerona.

 

Spotkanie z amerykaninem zorganizował Wydział Edukacji i Sportu Urzędu Miejskiego, Duszpasterstwo Rodzin oraz Dwumiesięcznik „Polonia Christiana”. I tak oto, w części za pieniądze podatników, około 50 osób w większości nauczycieli oraz dziennikarzy zebranych w sali miejskiego ośrodka kultury mogło się dowiedzieć od Amerykanina, że: homoseksualiści jako ludzie nie są zdolni do prokreacji oraz gorzej wychowują dzieci i wręcz je krzywdzą. Mogli też usłyszeć, że geje przenoszą choroby weneryczne i przez to społeczeństwo musi ponosić koszty ich leczenia. I wiele więcej takich poglądów. A ja się czasem zastanawiałem czy mając poglądy takie, jakie mam nie jestem przypadkiem homofobem. Teraz już wiem – jestem chyba dość liberalny. Ale na tle poglądów Camerona łatwo być liberałem.

 

Paul Cameron powołując się głównie na badania z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku wysnuł wniosek, że sprawcami jednej trzeciej przypadków molestowania seksualnego są geje. A największym zagrożeniem dla ludzkości są gejowscy nauczyciele. Przytoczył wiele przykładów molestowania uczniów przez nauczycieli gejów. Opierając się także na badaniach prowadzonych przez naukowców homoseksualnych. Ciekawe tylko, dlaczego te badania robione przez gejów nie były odrzucane przez Camerona od razu. Jeśli są taki zagrożeniem dla społeczeństwa to jak można powoływać się na badanie prowadzone przez naukowców, których Amerykanin skazuje na banicje społeczną.

 

Cały wykład był fantastycznym wręcz przykładem manipulacji faktami i wynikami badań. Miałem wrażenie, że jakby pan doktor z ameryki był bardziej opalony, niższy i częściej chichotał to jak nic mógłby uchodzić za pewnego polskiego polityka, który z sejmowej mównicy oskarżał wszystkich swych adwersarzy politycznych o straszliwe zbrodnie. W takiej samej mierze Cameron udowadniał swoje tezy na przykładach, których nikt ze słuchaczy w żaden sposób nie mógłby zweryfikować na miejscu.

 

Paul Cameron w swych poglądach na homoseksualizm jest skrajny. Uważam, że każdy ma prawo głosić swoje przekonania jak i gdzie chce. Jednak może nie koniecznie powinny się w to głoszenie angażować władze mojego miasta. Wolałbym żeby władze były bardziej sterylne w swych poglądach politycznych. Bo to, że jedna opcja polityczna wygrała wybory wcale nie znaczy, że wszyscy w mieście te poglądy podzielają.

 

Amerykanin w swym wykładzie odnosił się do starożytnej idei, w której jednostka jest podporządkowana społeczeństwu, każdy powinien więcej produkować niż konsumować oraz wszyscy powinni się na potęgę rozmarzać.

Ciekawe, bo jeśli jak mówił pan doktor nie bardzo możemy rozpoznać geja wśród nas, jeśli sam się nie ujawni to według „starożytnych” wyznaczników wielu jest gejów wśród nas. Bo jeśli bardziej wierzysz w to, że jesteś podmiotem w społeczeństwie, że społeczeństwo czy państwo służyć ma twemu dobru a nie na odwrót to zgodnie z logiką Camerona jesteś zagrożony homoseksualizmem. Jeśli jesteś np. politykiem i tak naprawdę nic nie tworzysz a tylko konsumujesz w zastraszającej ilości to jak nic blisko ci do gejostwa. W tym kontekście zrozumiale jest, więc pytanie wiceprezydenta moje miasta przytoczone na wstępie, jak nic sprawdzał czy przypadkiem polityk nie jest zawodem zagrożonym homo zarazą. I na koniec, jeśli ktoś nie chce mieć dzieci z wyboru a żyje w związku z kobietą to czy ta para to ukryty gej i lesbijka? Zrobiłem dokładnie to, co na całym wykładzie robił doktorek z ameryki, czyli manipulowałem. I jest to przykład, że można na tych samych słowach, faktach i badaniach oprzeć dwie skrajnie i przeciwstawne teorie.

 

Każdy ma prawo do własnych poglądów. I każdy ma prawo do ich swobodnego głoszenia. Ja jednak z niepokojem myśle, jak bardzo jest zagrożony homoseksualizmem pewien mój znajomy, który choć ima się wszelkich i różnorakich zajęć jest też o zgrozo… organistą w kościele.



 

dziennik pesymistyczny

Parkan pomnikiem nonsensu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W zasadzie jestem przyzwyczajony do dziwacznych poczynań władzy mojego miasta. Ale to, czego dokonano w czasie przebudowy jednego z centralnych placów mojego prowincjonalnego grodu zasługuje na szczególną uwagę. Postawiono tam mianowicie bizantyjski w formie fragment ogrodzenia. Nie ogrodzenie, tylko jego wycinek! Taki pomnik ku chwale dawnego ogrodzenia.

 

Ponad pół roku temu władza postanowiła na silę uszczęśliwić mieszkańców i przebudować prac przed jednym z najbardziej znanych historycznych budowli miasta. Na nic się zdały liczne protesty obywateli, listy, skargi i wiece. Władza zawsze wie lepiej, a odkąd jest ona „prawa i sprawiedliwa” o swej oświeceniowej misji jest już zupełnie przekonana. W linii dawnego ogrodzenia Prezydium Rady Miejskiej zaprojektowano 3,5-metrowy fragment parkanu. Zaprojektowano i wykonano. I tak sobie stoi to coś już sześć miesięcy i wszyscy zadają sobie pytanie, co autor miał na myśli. Co ma symbolizować ten murek ze stalowymi szczeblami zamknięty w ramy kolumn zakończonych łukami jak z pałaców bizantyjskich władców? Przeprowadziłem ankietę wśród moich znajomych bliższych i dalszych, nikt nie wiedział, co to takiego. Więc rozpocząłem poszukiwania sensu tej budowli na własną rękę i dotarłem do planów przebudowy i oto jest! Już wiem, co budowniczowie mieli na myśli! Otóż ten ponad trzy metrowy fragmencie ogrodzenia miałby stać się w zamyśle twórców tłem i nośnikiem dla tablic informacyjnych dotyczących historii budynku urzędu, przed którym „ogrodzenie” stoi. Miał się stać, ale dlaczego nie jest! Pewnie jak zawsze były pieniądze na parkan, ale już na tablice zabrakło.

 

Zaiste ciekawe, że trzeba znaleźć naprawdę dużo czasu i cierpliwości na poszukiwania sensu tego architektonicznego kuriozum. Może i stanowi to ciekawe rozwiązanie, ale tylko wtedy byłoby zrozumiałe dla większości przechodniów jakby naprawdę te tablice zostały wykonane i powieszone. A tak pozostaje ta budowla tylko i wyłącznie pomnikiem nonsensownych i kosztownych działań.

 

Kiedyś słyszałem jak pewien doświadczony dziennikarz poprawiając tekst swojego młodszego kolegi powiedział: nie ważne jest to, że ty wiesz, co napisałeś, ważne jest to, że czytelnik ma wiedzieć, co chciałeś napisać. To zdanie należałoby zadedykować twórcą tego parkanu ogradzającego, no własnie co odgradzajacego? Bo nie ważne, że władza doskonale wie, co chciała tym dziełem wyrazić, ważne jest to żeby każdy obywatel, za którego pieniądze to dzieło powstało powinień zrozumieć sens istnienia tego dzieła od razu. Bez długotrwałych studium i poszukiwań.

 

 

dziennik pesymistyczny

Rocznica pozbawiona pamięci

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

8 maja 1989 roku ukazał się pierwszy numer Gazety Wyborczej. Pamiętam jak stałem w kolejce przy kiosku ruchu, jak potem usiadłem z nowo nabytą gazetą w parku i od razu przeczytałem wszystko, co było na tych ośmiu stronach. Pamiętam, że zapłaciłem za gazetę całe 50 złotych! I jak już wiedziałem, że to jest moja gazeta. Wiedziałem już wtedy, że najlepszą pracą dla mnie będzie praca dla tej gazety.

Minęło kilka lat i moje marzenie stało się faktem. Pracowałem w wyborczej i do tego pracowałem w nowo powstałym oddziale gazety w moim prowincjonalnym mieście. To były najlepsze, najciekawsze i najmilsze dni mojego dotychczasowego życia zawodowego. Najlepsze, bo pracowałem z ludźmi, których podziwiałem, najciekawsze, bo uczyłem się każdego dnia jak być częścią wspólnoty, która ma jasny cel, najmilsze, bo świetnie się w tej pracy bawiłem. Każdy dzień był inny, każdy przynosił wyzwania, każdy uczył. Pamiętam jak wielkim przeżyciem było dla mnie przysłuchiwanie się rozmowom dziennikarzy. Miałem uczucie współuczestniczenia w czymś, co miało sens. To były takie czasy etosu jakże inne, niż to, co stało się z gazetą w latach następnych. Przyszedł czas, że moja wyborcza zmieniła się i stała się koncernem medialnym. Kiedyś miała misję, teraz zarabiała pieniądze. Nikt tego przede mną nie ukrywał, ale ja chciałem zachować w pamięci tą dawną gazetą, wiec odszedłem, zrezygnowałem. Czy żałuję? Nie. Raczej tęsknie za tym, czym Gazeta Wyborcza była dla mnie.

Na mojej prowincji oddział regionalny gazety powstał, jako pierwszy. Teraz w dwadzieścia lat po pierwszym numerze Wyborczej kupiłem gazetę już bez tych emocji, co kiedyś, lecz z ciekawości, chciałem zobaczyć jak będzie wyglądać okolicznościowa wkładka. Już okładka „Gazety o Gazecie”, bo taki tytuł nosi uroczysty dodatek rozwiał moje sentymentalne wspomnienia. Okładka to zbiorowa fotografia obecnych pracowników gazety. Są na niej ludzie inni od tych, których pamiętam, ale cóż, czasu się nie zatrzyma, wszystko się zmienia. Nie muszę przecież wszystkich znać i pamiętać. Jednak charakterystyczne jest to, że ci starzy pracownicy stoją jakby z tyłu i jakby z boku. No i oczywiście są tam dwie osoby, które trwają jak mur chiński, są niezmienne. Ludzie z redakcji odchodzą i do niej przychodzą, ale te dwie osoby istnieją tam nieprzerwanie. Ale jest między nimi podstawowa różnica. Jedna z tych osób tam szefuje, a druga jest permanentnie w stanie, przez tuż przed odejściem z pracy. Ale to są swoiste przykłady umiejętności przetrwania. Różne, przeciwstawne postawy, ale jak widać skuteczne.

Jednak najbardziej charakterystycznym znakiem zmiany jest zawartość dodatku specjalnego. Jest to szesnaście stron, a 12 z nich zajmują reklamy. Więc jak nic, ilustruje to dobitnie mój pogląd, że ważniejsze w wyborczej są pieniądze nie ludzie i ich sprawy. Oczywiście są tam też wspomnienia obecnych pracowników. A ja się pytam, dlaczego nie ma tam wspomnień ludzi dawniej związanych z gazetą? To tak jakby tylko ci, co obecnie pobierają wynagrodzenie od matki agory byli godni wspomnień. A przecież gazeta to nie tylko ci, którzy aktualnie są zaprzyjaźnienie z redaktorem naczelnym prowincjonalnego oddziału. Chciałbym przeczytać w tym wyjątkowym dodatku wspomnienie tych wszystkich, którzy obecną potęgę wyborczej tworzyli przez lata. Tych wszystkich, którzy odeszli lub zostali zwolnieni. Ale przez lata tam byli i działali. To nieładne. Choć każdy, kto zna „naczelnika”, dyrektora oddziału rozumie, dlaczego nie można przeczytać nic o byłych pracownikach.

Smutne jest to, że nie ma teraz nikogo w gazecie na prowincji, kto wzniósłby się nad urazy własne oraz kierownictwa i przynajmniej wspomniał o tych wszystkich, którzy kiedyś przez lata byli i pracowali dla wyborczej. Dla mnie cała ta uroczystość była smutna, bo naprawdę nie chodzi tu o mnie, ja się nie liczę, jestem za maluczki, ale jest wielu, którym po latach należy się szacunek. Bo te dwadzieścia lat potęgi gazety to w wielu przypadkach było ich udziałem, a to, że już nie pracują nie przekreśla ich wkładu w tworzenie tej potęgi. Smutno mi. Po prostu szkoda pisać. Szkoda gadać.

dziennik pesymistyczny

O wyższości świąt nad innymi świętami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś na nowym centralnym placu mojego prowincjonalnego miasteczka odbywały się uroczystości związane z rocznica zakończenia drugiej wojny światowej. Przez wiele lat w Polsce to 9 maja był Dniem Zwycięstwa potem okazało się, że przez lata żyliśmy w niewiedzy i to zgodnie z zachodnio europejską tradycją to 9 maja 1945 roku należało uznać dniem zakończenia II wojny.

 

Są dwie daty 8 i 9 maja a tak naprawdę to dzień wcześniej, 7 maja Niemcy skapitulowały w Reims we Francja, w obecności przedstawicieli USA, Francji, Wielkiej Brytanii i ZSRR.
Rosjanie jak to oni, zażądali jednak od Niemieckiego dowództwa osobnego podpisania kapitulacji. Odbyło się to w Berlinie 9 maja 1945 roku o godzinie drugiej w nocy według czasu moskiewskiego. Dlatego też w ZSRR oraz w krajach dawnego bloku wschodniego tę datę uznano za Dzień Zwycięstwa. Również w Polsce przez ponad 40 lat oficjalnie Dzień Zwycięstwa obchodzono 9 maja.

 

Minęło wiele lat i teraz w wolnej Polsce mogę podziwiać rocznicowe uroczystości 8 maja. I tak stojąc w ten piękny wiosenny poranek spoglądałem na poczty sztandarowe, kombatantów, żołnierzy w galowych mundurach, policjantów oraz tłumek młodzieży szkolnej. Zadzwonił telefon, więc po krótkiej wymianie grzeczności miałem okazje zrelacjonować koledze, co widzie i tak dla żartu zapytałem go, co to za uroczystość. Opowiedział, że to przecież rocznica zakończenia II wojny!  A ja na to – że przecież to dopiero jutro. W odpowiedzi usłyszałem, że jutro to obchodzą rocznice tylko komuniści. Oczywiście cała ta rozmowa miała charakter żartu. Bo tak samo ja jak i mój kolega zdajemy sobie sprawę z niuansów historii, które opisałem na wstępie. Ale mnie zastanowiło to, że przecież ja już ten problem kiedyś słyszałem. Coś takiego już było, choć dotyczyło innych mniej ważnych spraw, a może ważnych, nie wiem?

 

Onegdaj pewien profesor Jan Stanisław Stanisławski rozważał wyższość świąt wielkiej nocy nad świętami bożego narodzenia i nie doszedł do konkretnych wniosków. Pamiętam też jak w filmie, Co mi zrobisz jak mnie złapiesz Stanisława Barej można usłyszeć taki dialog: – Widzisz synku, w noc świętojańską kwitnie kwiat paproci,(..). Gadają ludzkim głosem krowy, konie i świnie… – To chyba tylko w wigilię. – W wigilię, to te wierzące. No dokładnie, są święta dla ateistów i wierzących. Tak Dzień Zwycięstwa ma być dla aliantów wschodnich i zachodnich? Dla tych co ginęli w walce z Niemcami z orzełkiem w koronie na czapce i dla tych, co ich orzełek korony nie miał? Chyba nie powinno tak być, bo to jest po prostu śmieszne.

 

Jak ulał pasuje ta scena filmowa do dwoistości dzisiejszo – jutrzejszej rocznicy? Nie bardzo mogę zrozumieć, czym różni się obchodzenie tego święta 8 a nie 9 i na odwrót. Bo chyba ważniejsze jest to, że w ogóle doszło do zwycięstwa. A data? Dzień, kiedy będziemy świętować jest chyba problemem wtórnym. Ważniejsza jest pamięć o milionach ofiar niż dzień, w którym celebrujemy tę pamiętamy. A właśnie, jest przecież jeszcze jedna data zakończenia drugiej wojny światowej, dzień 2 września 1945 roku – koniec działań wojennych na dalekim wschodzie. Ale może nie komplikujmy.

dziennik pesymistyczny

Uroczystości 4 czerwca – czego oczy nie widza tego sercu nie żal

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Rząd naszego uroczego i w pełni demokratycznego kraju chce przenieść uroczystości upamiętniające dwudziestą rocznice wyborów z 4 czerwca z Gdańska do Krakowa. Czyli rocznicowe uroczystości obalenia komunizmu oraz odzyskania niepodległości, które to wydarzenia z przez dwudziestu lat nie mogłyby się odbyć bez robotników zostają przeniesione w inne miejsce z powodu robotników.

 

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że to robotnicy z tej samej stoczni, którzy w latach osiemdziesiątych demokratyczną Polskę wywalczyli teraz stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie. Bo jak interpretować ciągła nagonkę rządu i sympatyzujących z rządem dziennikarzy na wolne związki zawodowe. Od kilku dni obserwuje festiwal wypowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej, którzy oskarżają związkowych działaczy o wszystko zło tego świata. O to, że nie pracują jak robotnicy, których bronią, że więcej zarabiają. O to, że tak działają w tych związkach od dziesięciu lat nieprzerwanie zamiast, no nie wiem, może zmieniać zawód, co rok. Jest to tym bardziej żenujące, że ci sami politycy zawdzięczają swoją pozycje właśnie tym robotnikom, którzy ponad dwadzieścia lat temu wynieśli ich do władzy. Mówienia, że związkowy działacz nie ma prawa reprezentować robotników, bo więcej od nich zarabia jest hipokryzją, bo przecież trybuni ludowi, jakimi chcą się widzieć politycy to też zawodowcy, też bardzo dobrze zarabiają i do tego z ludem maja już nie wiele wspólnego. Bardziej demokratyczny przedstawicielem mas jest związkowiec wybrany w bezpośrednich wyborach przez swoich kolegów ze stoczni niż anonimowy polityk, który wygrywa wybory zgodnie z zawiła i do nie końca zrozumiałą ordynacją. Gdzie o wygranej polityka decyduje na przykład miejsce na liście wygrywającej w wyborach partii.

 

W pewnej telewizji informacyjnej od rana można obserwować jak zabawny i radosny dziennikarz urządził sobie zabawę pytając widzów o to gdzie można przenieść uroczystości 4 czerwca. Widzowie piszą listy, pada wiele propozycji, które łączy jedno: są ironicznym wyrazem niechęci do poczynań rządu. Jednak pan redaktor za każdym razem stara się nadać właściwy to tym wypowiedzą poprzez komentarz w stylu: to wina stoczniowców, bo tyle razy im się mówi, że to nie wypada tak protestować a oni nie potrafią słuchać. Chce wierzyć, że rząd nie ma wpływu na media i ich nie steruje. Oby tak było. Ale jedno jest pewne, wspólnota interesów rządzących, polityków, urzędników i części dziennikarzy, którzy z racji zajmowanych pozycji społecznych nie chcą lub nie umieją zrozumieć problemów zwalnianych z pracy stoczniowców. Bo nigdy syty nie zrozumie głodnego. Tak też nigdy bogaty nie zrozumie biednego.

 

Premier zapowiedział, że planowane w Gdańsku uroczystości 4 czerwca nie odbędą się, bo mogą być zakłócone przez wystąpienia związkowców. To jest mniej więcej tak jak w zabawie dziecięcej gdzie mały chłopiec zasłania oczy i już wie, że jak czegoś nie widzi to z pewnością tego nie ma. Czego oczy nie widza tego sercu nie żal. Ale problem pozostaje, pozostaje problem stoczni i robotników, którzy bronią miejsc pracy. Nie da się tego nie zauważać i mówić, że przecież wszyscy gdzieś tam w Polsce i na świecie trącą prace i nic się nie dzieje. Dzieje się, bo dziś oni trącą prace a jutro to możemy być my. I jeśli rząd nie robi dziś nic w sprawie zwalnianych stoczniowców to dokładnie tak samo kiedyś nie zrobi nic, gdy to nas spotka zagrożenie bezrobociem.

 

Warto zastanowić się nad tym, że po dwudziestu latach walki robotnicy są w zasadzie w tym samym miejscu. A może właściwie już ich tam nie długo nie będzie, bo nie będzie już stoczni i pozostanie wrażenie, że stoczniowcy wywalczyli sobie tylko to przez te dwadzieścia lat, że nie mają już miejsca pracy. A jak chcą protestować nazywa ich się zadymiarzami i chuliganami. Kto wygrał na zmianach po 89? Wielu, ale jedno jest pewne, nie ci, co ponosili wtedy największe ofiary i nie ci, co w tych czasach w czasie strajków byli najliczniejsi.