Choć raz w życiu zagrać Hamleta!
Nie wiem czy każdy tak mam, ale ja to mam. Ostatnio spotkałem się w gronie znajomych, z którymi widuje się bardzo okazjonalnie. I przy takich zjazdach „starych kumpli” zawsze pada standardowe pytanie: a co robisz? I zawsze mam takie wrażenie, że mimo tego, że moje życie i praca, którą wykonuje jest ciekawa i pozostawiająca mi dużo swobody to inni maja lepiej.
No może opinia, że inni mają lepiej to już przesada. Mają po prostu ciekawiej. Jeden jest marynarzem na kontenerowcach, drugi pilotem, trzeci żołnierze w legii. Ten ma firmę i jest prezesem ze wszelkimi przypisanymi temu atrybutami i ma tyle pieniędzy by łowić ryby w Norwegii a drugi dyrektoruje w banku na wyspachi tez po prostu ma. Co jest ze mną, że takie spotkania zawsze mnie dołują? Przecież nie zazdroszczę im, jestem bardzo daleki od takich uczuć. Ja tylko tak bardzo chciał przez chwile być w ich skórze. Robić to, co oni. Żyć jak oni. Poprowadzić statek, pilotować samolot a nawet być jak inny mój przyjaciel kucharzem w znanej na wyspach restauracji cztero – gwiazdkowej. Nie ma znaczenia to, że to oni czasem mówią, że zazdroszczą mi wolności. I że to ja w ich mniemaniu mam lepiej. To nie jest ważne. Ja po prostu chciałbym czasem zagrać ich role. Ciężko jest sobie samemu wytłumaczyć, że jest to głupota, że każdy ma inną drogę do przejścia w życiu. Ja wiem swoje, i jak aktor pragnie roli Hamleta choć raz w życiu, tak ja chce ich ról. Zagrać w ich życie. Chce być, choć przecież chwile w ich społecznych rolach.
Ale czy chciałbym żyć ich życiem na stale? O nie, za nic. Ja kocham żyć tak jak żyje, ze wszelkimi plusami i minusami takiej egzystencji. Moje życie też jest bardzo ekscytujące i ciekawe. Mam wzloty i upadki, ale zawsze dążyłem do takiego połączenia zarabiania i wolności jakie mam teraz. A jednak mi czegoś brak, brak mi świata a jednocześnie ten świat mnie przeraża.
Kilkunastu moich znajomych ze szkoły żyje i pracuje obecnie na emigracji. Czasami jak ich odwiedzam to podobają mi się ich role w tamtym uporządkowanym społeczeństwie. Gdzie wiesz że jak wstaniesz rano to świat za twoim oknem nie bardzo się zmieni przez noc. Podoba mi się świat uporządkowanych, świat równych chodników i miłych, przyjaznych kelnerów. Ale jak jestem tam dłużej niż tydzień to zaraz tęsknie do swojej prowincji, do mojego małego świata. Mojego małego mieszkanka gdzie jest moja ukochana kobieta, do naszych wieczornych kolacyjek, to moich książek i rozmów przy stole. Moich barów, sklepów z alkoholem, mojego targu z zielenina, takiego prowincjonalnego świata. To tego całego Mojego bałaganu.
I jak nic sprawdza się tu przysłowie, że: wszedzie dobrze gdzie nas nie ma. I jak już tak minie mi ta fascunacja czyimś życiem wiem, że to ja mam lepiej, bo mam to, czego oni nie mają. Mam poczucie, że nie gonie za niczym. Że zwolniłem i bardziej obserwuje świat, który płynie jak spieniony potok obok mnie niz w nim uczestniczę . Że nic, albo przynajmniej niewiele mnie ogranicza. Że mogę żyć, przynajmniej na razie, tak jak chce. Jestem wolny na ile tą wolności można w takim świecie mieć. Ale marzenia nadal mnie dopadają…. statek kosmiczny to i tak chciałbym pilotować lub być choć przez chwile szefem kuchni w drogiej restauracji.
