Monthly Archives

23 Articles

dziennik pesymistyczny

Choć raz w życiu zagrać Hamleta!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem czy każdy tak mam, ale ja to mam. Ostatnio spotkałem się w gronie znajomych, z którymi widuje się bardzo okazjonalnie. I przy takich zjazdach „starych kumpli” zawsze pada standardowe pytanie: a co robisz? I zawsze mam takie wrażenie, że mimo tego, że moje życie i praca, którą wykonuje jest ciekawa i pozostawiająca mi dużo swobody to inni maja lepiej.

 

No może opinia, że inni mają lepiej to już przesada. Mają po prostu ciekawiej. Jeden jest marynarzem na kontenerowcach, drugi pilotem, trzeci żołnierze w legii. Ten ma firmę i jest prezesem ze wszelkimi przypisanymi temu atrybutami i ma tyle pieniędzy by łowić ryby w Norwegii a drugi dyrektoruje w banku na wyspachi tez po prostu ma. Co jest ze mną, że takie spotkania zawsze mnie dołują? Przecież nie zazdroszczę im, jestem bardzo daleki od takich uczuć. Ja tylko tak bardzo chciał przez chwile być w ich skórze. Robić to, co oni. Żyć jak oni. Poprowadzić statek, pilotować samolot a nawet być jak inny mój przyjaciel kucharzem w znanej na wyspach restauracji cztero – gwiazdkowej. Nie ma znaczenia to, że to oni czasem mówią, że zazdroszczą mi wolności. I że to ja w ich mniemaniu mam lepiej. To nie jest ważne. Ja po prostu chciałbym czasem zagrać ich role. Ciężko jest sobie samemu wytłumaczyć, że jest to głupota, że każdy ma inną drogę do przejścia w życiu. Ja wiem swoje, i jak aktor pragnie roli Hamleta choć raz w życiu, tak ja chce ich ról. Zagrać w ich życie. Chce być, choć przecież chwile w ich społecznych rolach.

 

Ale czy chciałbym żyć ich życiem na stale? O nie, za nic. Ja kocham żyć tak jak żyje, ze wszelkimi plusami i minusami takiej egzystencji. Moje życie też jest bardzo ekscytujące i ciekawe. Mam wzloty i upadki, ale zawsze dążyłem do takiego połączenia zarabiania i wolności jakie mam teraz. A jednak mi czegoś brak, brak mi świata a jednocześnie ten świat mnie przeraża.

 

Kilkunastu moich znajomych ze szkoły żyje i pracuje obecnie na emigracji. Czasami jak ich odwiedzam to podobają mi się ich role w tamtym uporządkowanym społeczeństwie. Gdzie wiesz że jak wstaniesz rano to świat za twoim oknem nie bardzo się zmieni przez noc. Podoba mi się świat uporządkowanych, świat równych chodników i miłych, przyjaznych kelnerów. Ale jak jestem tam dłużej niż tydzień to zaraz tęsknie do swojej prowincji, do mojego małego świata. Mojego małego mieszkanka gdzie jest moja ukochana kobieta, do naszych wieczornych kolacyjek, to moich książek i rozmów przy stole. Moich barów, sklepów z alkoholem, mojego targu z zielenina, takiego prowincjonalnego świata. To tego całego Mojego bałaganu.

 

I jak nic sprawdza się tu przysłowie, że: wszedzie dobrze gdzie nas nie ma. I jak już tak minie mi ta fascunacja czyimś życiem wiem, że to ja mam lepiej, bo mam to, czego oni nie mają. Mam poczucie, że nie gonie za niczym. Że zwolniłem i bardziej obserwuje świat, który płynie jak spieniony potok obok mnie niz w nim  uczestniczę . Że nic, albo przynajmniej niewiele mnie ogranicza. Że mogę żyć, przynajmniej na razie, tak jak chce. Jestem wolny na ile tą wolności można w takim świecie mieć. Ale marzenia nadal mnie dopadają…. statek kosmiczny to i tak chciałbym pilotować lub być choć przez chwile szefem kuchni w drogiej restauracji.

dziennik pesymistyczny

Drwal miejski

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pojawili się w okolicach mojego prowincjonalnego miasta sześć – siedem lat temu. A może byli od zawsze, tylko ja nie zarejestrowałem ich obecności. Szokowali odblaskowymi strojami, kaskami, fikuśnymi maszynami a przede wszystkim wielkimi piłami łańcuchowymi. Przewodził im zawsze człowiek z teczką na pod pachą. Z czasem drwale miejscy, bo o nich tu mowa zaczęli tworzyć zjawisko, którego nie sposób zlekceważyć.

 

Mieszkańcy mojej prowincji oraz okolicznych miast i miasteczek byli zszokowani ich zachowaniem. Ale że zawsze towarzyszył im wspomniany pan z teczką, więc myśleli ze tak po prostu być musi. Bo pan z teczką zawsze oznacza władze. Na początku zaczęły znikać pojedyncze drzewa. Jakąś topola, jaki stary kasztanowiec, brzoza czasem kilka wierzb. Ludzie myśleli, że można z nimi nawiązać jakoś kontakt. Starali się dociekać, dlaczego to wyrąbywane są w mieście coraz to nowe drzewa. Zadawali pytania na forach internetowych, pisali do gazet, dzwonili do radia i telewizji. Dziennikarze opisywali nowe zjawisko a drwale miejscy dalej wycinali drzewa. Pozostawało iść na kompromis i uzyskać możliwość opanowania tego nowego ruchu, albo postawić na konfrontacje, ale wówczas można było się spodziewać, że pójdą jeszcze dalej w wycince miejskiej roślinności. Próbowano rozmawiać, przekonywać, ale nic to nie dało. Drwale miejscy zawsze wiedzieli lepiej. I ścinali drzewa już nie pojedyncze, lecz całe szpalery drzew stojących przy placach i ulicach mojego miasta.

 

Drwale miejscy nie są lubiani. Ale nie specjalnie zależy im na opinii innych. Mają swoją piły spalinowe i wycinają wszystko, co tylko jest zielone i rośnie w mieście. Mają swoje przetargi, swoje zamówienia, swoje ekspertyzy. Swoją sieć powiązań i swój świat. Wielu z nich działa anonimowo, nie szukając rozgłosu. Ścinają sobie tak hobbistycznie, jakieś drzewko przy domu tak wieczorkiem dla relaksu. Ale najlepiej jest im w zorganizowanych grupach. Działają metodycznie. Na początku wyszukują drzewa, które w ich mniemaniu udało wy się ściąć. Musza to być drzewa wielkie, bo oni nie znoszą małych wyzwań. Potem trzeba znaleźć powód do usunięcia rośliny. Najlepszy jest taki, że to stare drzewo, że chore, że uczula, że rośnie przy drodze, więc jak nic rzuci się na przejeżdżające samochody. Potem już zakamuflowany drwal z urzędu ogłasza przetarg inny drwal już ten jawny go wygrywa. Następuje kilkudniowe wycinanie… i po strachu, ale za to przy pieniądzach można rozglądać się za nowa zieloną ofiarą.

 

Drwale miejscy nie zapuszczają się lasy. Tam jest za dużo drzew oni wolisz prostsze rozwiązania. Maja wizje –  betonowo lub asfaltowe place i ulice. Jeśli zielona roślinka to wyłącznie nowo zasadzona. Bo trzeba przyznać, że drwale miejscy sadzą drzewa i to namiętnie każdego roku tysiące nowych drzewek. Lecz przeważnie, co roku w tych samych miejscach, bo te z poprzedniego roku albo są połamane albo i tak są już dawno uschły. Prawdziwy drwal miejski nie podlewa roślin on je sadzi lub ścina. W zależności, co jest w danej chwili bardziej opłacalne. Za co urzędnik miejski zapłaci więcej. Drwale miejscy mają misje: wymianę całego drzewostanu w miastach i miasteczkach na nowy. Nic co rośnie dłużej niż 10 lat nie ma prawa istnieć. To ich cel, taki nowy świat. I nie zawahają się sięgnąć po jeszcze więcej pieniędzy na nowe piły i siekiery. Bo oni czynią to dla dobra nas wszystkich. Mają poparcie urzędników, bo wielu z nich podziela ich ideały. A tam gdzie urzędnik tam nasze pieniądze z podatków.

 

Właśnie odnieśli nowe zwycięstwo. Na obrzeżach Mazowsza jest mała kiedyś urokliwa miejscowość Chlewiska. Kiedyś jechało się do niej w szpalerze starych drzew. Aleją wiekowych pięknych i dostojnych kasztanowców. Teraz przy drodze pozostały już tylko szerokie na kilka metrów pniaki. Jeszcze kilka lat temu osada tonęła wśród zieleni teraz zostały już tylko nieliczne zielone miejsca. Faktem jest, że Chlewiska leża wśród lasów, ale to nie powód żeby wioskę i drogi dojazdowe zamienić w pustynie. Nie wiem, dlaczego wycięto ponad pięćdziesiąt starych, kilkudziesięciu a może i kilkusetletnich drzew. Nie wiedzą tego i mieszkańcy okolic. Drwale przyjechali i drzewa ścieli. Panowie stojący przed lokalnym sklepem maja jednak kilka teorii. Jedna z nich to taka, że to unia kazała ściąć, że to niby za blisko szosy stały i się chłopstwo zabijało na tych drzewach po sobotnich dyskotekach. Druga teoria to taka, że to podobno chore były te drzewa i stare. A wiadomo, jak co stare to i pewnie chore, jak głosi mądrość ludowa. Tak czy inaczej nie ma już zielonych Chlewisk. Ale za to mamy nowa subkulturę drwali miejskich.

dziennik pesymistyczny

Zwierze alfa z ameryki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskim biznesie żeby być wizjonerem i żeby poszły za tobą tłumy trzeba być Amerykaninem. A gdy nie ma się tyle szczęścia i jest się polakiem to przynajmniej trzeba pracować dla amerykanów lub w firmie powiązanej z amerykanami. Trzeba też amerykańską wizje biznesu głosić ludowi ciemnemu. I to już w zupełności wystarczy by być przynajmniej w swym własnym mniemaniu rekinem biznesu.

 

Dobrze też znać język angielski i przynajmniej raz odwiedzić USA. Na polskiej prowincji takiej jak moja występują kilka typów proroków biznesu. Każdy typ łączy jednak kilka wspólnych cech. Przeważnie każdy wizjoner biznesu w amerykańskim stylu to młodzieniec przed trzydziestką ( nawet jak ma 60 lat), polak, jako i my maluczcy, mieszkaniec stolicy, przedstawiciel klasy średniej w drugim pokoleniu. Już na pierwszy rzut oka widać po nim, że facet ma wizje własnej osoby. Ten styl, ten garnitur za moje dwie pensje, zegarek za presji mych marnych chyba ze cztery, jedwabmy krawat i skórzana, do granic wypchana, teczka z laptopem. Osobnik ten raczej nie wystękują w takich miasteczkach jak moje, on raczej przybywają do takich osad jak moja niosąc kaganek oświaty made in usa.

 

Najczęściej zjawiają się na mej zapyziałości miejskiej kilkanaście razy do roku. Chadzają te osobniki pojedynczo lub parami. Samce i samice. Hierarchie w stadzie zdradzają atrybuty, czyli garnitur, zegarek i tym podobne im droższe tym rekin biznesu ważniejszy. Każdy z nich był w Ameryce choć raz. Ten mój, którego miałem sposobność obserwować, był tam z rok czasu i nadal tam bywa. Tam w USA zdobył wiedze tajemną, studiował tam na tych ich kompletach półrocznych. Ma nawet dyplom uczelni. Pewnie znanych, ale nie przez zemnie ani nikogo z mych znajomych. Ale co my tam wiemy. Chętnie opowiada o swym pobycie w Ameryce, jak to nauki pobierał, jak to pracował w korporacji i jak to widział raz szefa szefów z bliska i ten nawet na niego popatrzył. To jego największe przeżycie. Wiedze ma ogromną, amerykańską, wie wszystko o wszystkim.

 

Ja nie byłem w Ameryce, ale znam kogoś, kto był i mi o USA opowiedział. Przyjaciel mój zapragnął zwiedzić amerykański  raj więc udał się tam i nawet postanowił studiować skuszony możliwością posiadania dyplomu z historii filmu.  Uczelnie tam mają piękne. Studenci i studentki też piękni i kolorowi. I zapisał się mój przyjaciel na studia. Pilnie uczęszczał na kilka różnych kursów. Po pól roku miał egzaminy, czyli testy, który rozwiązał z łatwością krzyżówki z gazety kolorowej. A że był w krzyżówkach dobry postanowił zdobyć kilka dyplomów z tej i z innych uczelni. Można tam naprawdę się czegoś nauczyć – mówił –  ale można tam też ukończyć studia, by te studia posiadać jak przepustkę na statek do kariery. Podobnie jak u nas z ta różnicą, że tam szybciej i prościej.

 

Wracając do wizjonerów biznesu w amerykańskim stylu. Przybywa taki do mojego miasta śliniącą limuzyną. Wystarczy, że się pojawi w drzwiach naszego prowincjonalnego oddziału wielkiej amerykańskiej korporacji a już wiadomo, że on wie…, wie lepiej jak mamy żyć i pracować. Już od progu witają go w pokłonach wasale skuszeni przez niego wizją przeniesienia do stolicy gdzie jak nic zmienią się w takich bogów biznesu jak ich pryncypał. I już po chwili nasz rekin biznesu z warszawy zwołuje zebranie… o przepraszam miting i zaczyna się to, co w tych typach jest najpiękniejsze. Już pierwsze słowa niosą wielką silę przekazu, już od pierwszych chwil dowiadujemy się, że jest… źle. Nie ważne, że pracowaliśmy z kolegami po 12 godzin, że wyrobiliśmy plan i nawet go przekroczyliśmy. Jest źle, fatalnie – mówi Pan nasz – jest tragicznie. I daje przykład naszej marności: w Piszczykowie Górnym a nawet w stolicy  – mówi Pan – są i były w przeszłości zespoły sprzedażowe, które dokonały więcej. Odniosły sukces i to za znacznie niższe wynagrodzenie! Dokonały tego szybko, sprawnie, nie tak wy luzery. I co tu takiemu odpowiedzieć.  A biada temu, kto zapyta, dlaczego porównuje się Piszczykowo do mojego prowincji. Przecież to nie to samo miasto, nie ten sam rynek, czas nawet inny. O nie, rekin biznesu wie lepiej, że jesteśmy marni. On nam nawet tą naszą marność obliczy w bardzo mądrym programie, który dostał z centrali w Ameryce i nie może być mowy o jakiś błędach w obliczeniach. Jest tak jak jest, bo tak mówi amerykański komputer.

 

Jak już wiemy, że stanowimy jeno pył na jego lakierkach, następuję nauczanie. Wstępuję od na mównice trzymając w dłoniach dwie opasłe księgi rad wszelakich, świeżo na masz marny język przetłumaczonych. Jest on wtedy, jako Mojżesz schodzący z góry z tablicami praw bożych. W księgach tych są rady wszelakie jak to mamy żyć i pracować w korporacji i poza nią. I jest tam mnóstwo przykładów sukcesów, jakie osiągnęli amerykanie żyjąc wedle tych przykazań. Wszystko to takie piękne i takie wzniosłe, jak my do tej pory mogliśmy żyć bez tej wiedzy tajemnej. I sam nie wiem dlaczego, zawsze przed oczami staje mi Pan Wokulski z Lalki Bolesława Prusa. Jak on mógł, do cholery sprzedać cokolwiek z swoim sklepie nie przeczytawszy uprzednio amerykańskiego podręcznika do sprzedaży!

 

Klasą dla siebie są rodowici amerykanie zesłani przez swe korporacje na banicje do polski. Tu już prometeizm w czystej formie. Dla nich wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Pewien Pan z ameryki, którego poznałem onegdaj, mieszkał i pracował w Polsce od trzech lat. Słowa nie znał po polsku. Bo przecież nie musi, jak często podkreślał, bo przecież firma jest z USA i wszyscy powinni mówić po angielsku. Bo angielski to język światowy. Każdy, kto wie jak wygląda biznes w Polsce wie też, że trzeba mu było tłumaczyć na angielski tysiące dokumentów. Jemu to jednak nie przeszkadzało. On wiedział lepiej. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby mieszkać i pracować przez trzy lata w jakimś kraju i nie znać w języka jego mieszkańców, przynajmniej kilku słów. Najlepsze są jednak jego opowieści o tym jak to spotykał w swym życiu na zachodzie polaków, który tam pracowali i nie do końca znali język Szekspira. Fuj – oburzał się Amerykanin – jak można nie znać angielskiego! To, że on zna tylko angielski, że tak powiem z przyrodzenia i żadnego innego języka nie zna już nie robiło na nim wrażenia. Z litości nie wymienię innych jego wybryków.

 

Na zakończenie dodam, że już nie pracuje w amerykańskiej korporacji, bo „ nie rozumiałem amerykańskiej filozofii sprzedaży i nie miałem szacunku dla zasad życia korporacyjnego”. Jestem szczęśliwy. Biedniejszy, ale za to wolny od amerykańskich mądrości.