Nie wierzę politykom z dzikiego kraju
Witajcie w dzikim kraju! Przynajmniej, jeśli chodzi o polityczne oblicze naszej ojczyzny. Przez lata powtarzałem do znudzenia przy każdej okazji, że w świecie polityki panuje w naszym kraju istny kult ludźmierskich zasad politycznych. Te wieczne insynuacje, haki, czarne teczki, akta bezpieki, szafy pełne domniemanych i prawdziwych donosów. Agenci, podsłuch, prowokacje i tajne nagrania. Inwigilacje jednych polityków przez służby bezpieczeństwa, na wniosek i przy aprobacie innych polityków. Wieczne, wzajemne oskarżenia, że jeden kradł, a drugi planował oszustwa z biznesmenami. I oczywiście żadnych dowodów tylko wieczne insynuacje. Wiecznie bulgoczący kocioł z naszą polityczną zupką. Jedni politycy w niej pływają, w charakterze przekąski medialnej, a inni politycy dokładają do ognia mieszając stale w kotle.
Jak na stronicach Kordiana, mistrza Juliusza Słowackiego, czarownice i diabły mieszają w wielkim kotle, tak i na naszej współczesnej scenie politycznej znów pojawia się kocioł, z którego wyłaniają się po kolei stwarzani przez nas w wyborach polityczni przywódcy. Pojawiają się i znikają, bo jedni wygryzają drugich. Aż się prosi żeby na tej naszej politycznej scenie tak jak u Słowackiego, w końcu pojawili się aniołowie, którzy przepędzą zgromadzenie czarownic i diabłów. Za mocna analogia? Możliwe. Ale gdy piszę lub mówię o ohydztwie polityki, ja tylko, w swej skromnej osobie, to mogę być uznany za paranoika. Pogodziłem się z tym. Nie znam się na meandrach polityki, bo sam jej nigdy nie uprawiałem. Moje zdanie może się nie liczyć. Moja opinia może być niesprawiedliwa czy nawet krzywdząca dla świata polityki. Ale inaczej się sprawy mają, gdy o dzikości polskiej polityki wypowiada się ktoś, kto w niej działał aktywnie od dwudziestu przeszło lat. Kto jeszcze nie tak dawno stał na szczycie politycznej drabiny. Kto był ministrem rządu. Politykiem był i chyba jest nadal, po prostu. On jak nikt inny przecież zna się na politycznej kuchni.
