Dopóki będzie we mnie ból, to nieprzestane

Obublikował pavvel dnia

– Wszystkim się wydaje, że jak kogoś spotka coś złego, to reakcja na to zło powinna być natychmiastowa. Uważają błędnie, że jak minie tydzień, dwa tygodnie, miesiąc lub dwa, to już okres w którym ktoś może być smutny czy przygnębiony, dawno minął. Bo przecież zgodnie z zasadą, że czas leczy rany, każde nieszczęście podlega przedawnieniu – powiedział na zakończenie swojej przydługiej spowiedzi mój przyjaciel podając mi otwartą i już do połowy opróżnioną butelkę wódki.

Staliśmy tak sobie w bramie, a w zasadzie to na przemian staliśmy i siedzieliśmy na kamiennych schodkach. Wstać trzeba było, co pewien czas, choćby, dlatego, żeby spojrzeć na ulice sprawdzając czy przypadkiem nie nadciąga patrol służ porządkowych. Bo tym razem nijak nie dałoby się wytłumaczyć ze spożywania w miejscu publicznym.

– Tracisz kogoś, kogo kochałeś i nasze szacowne społeczeństwo wyznacza Ci na okres żałoby miesiąc czy dwa, a po tym czasie masz już być wesoły i szczęśliwy. Czas rozpaczy minął i teraz masz powrócić do obowiązków i godnie sprawować się na nowej drodze życia – mówił miedzy kolejnymi łykami alkoholu wypijanego prosto z flaszki, która wędrowała z rąk do rak.  Nasz dialog, jeśli można użyć tego określenia, składał się z jego tyrad i moich potakiwać przeplatanych naprowadzającymi na temat pytaniami.

Odkąd go kobieta zostawiła, był jeszcze bardziej mroczny niż zwykle. Choć jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że to całkowicie niemożliwe, że bardziej już nie można być mrocznym. Cały był taki smutno – przygnębiająco – szary. To, co go zżerało od środka wyłaziło na wieszcz osadzając się na nim popiołem. Mało było powiedzieć, że wyglądał w tym swoim przyodziewku marnie. To była porażka stylistyczna na całej linii. Rzeczywiście królem mody bieżącego anno domino nikt by go nie nazwał. Jednak trzeba przyznać, że cechowała go ta nieuchwytna biedna schludność i czystość.

Nosił skórzane kamaszki, na których widoczne były pewne ślady zużycia, ale nadal zachowały swą elegancje. Spod niebieskiej marynarskiej kurtki widoczna była jasnobłękitna koszula, sprana, ale czysta. W łatanie swoich jedynych dżinsów wkładał wiele serca i to nie tylko, aby uniknąć obrazy boskiej, ale też, dlatego że wiedział dobrze, że tak teraz jest modnie, choć może nie w naszym prowincjonalnym mieście. Ogólnie mógł się podobać kobietom. Jednak zachowywał się przy nich tak jakby nie zauważał ich powłóczystych spojrzeń z wyraźnym zaproszeniem. Dla niego nadal liczyła się tylko jedna kobieta. Ta, której już przy nim nie było i która do niego już nigdy nie wróci, o czym zapewne musiał dobrze wiedzieć. Jednak to nie przeszkadzało mu w kolejnym, tysiąckrotnym już, użalaniu się nad sobą, jako tym porzuconym i samotnym.

– Może czas już skończyć z tą twoją żałobą po porzuceniu i rozejrzeć się za kimś nowym? – zapytałem odważnie, choć wiedziałem, jaką reakcje mogę wywołać i zdając sobie sprawę ze wygaduje banały. Popatrzył na mnie uważnie. Wypił do końca to, co tam zostało w butelce, z premedytacją ignorując to, że końcówka alkoholu we flaszce przeznaczona była dla mnie. – Jesteś taki jak wszyscy. Nie rozumiesz, że ja nie potrafię przestać kochać i nie wyznaczyłem sobie określonego czasu na rozpacz. Dopóki będzie we mnie ból, to nieprzestane – powiedział walcząc zaciekle z reakcją organizmu na brak przepojki. Miał racje, nie rozumiałem, bo jego rozumiał tylko jeden człowiek na tym bożym świecie. On sam. Może jeszcze ona, choć tu też nie mam pewności. No, i jej już przy nim nie było.