Pod wpływem
Ranek witał go zazwyczaj przyjaźnie. Przez kilka pierwszych minut było nawet znośnie. Leżał w bezruchu. Był spokojny i odprężony. Organizm sprawował się poprawnie. Potem niestety przypominał sobie, kim jest, kim był i kim się stanie. Nagle następowało nieuniknione samouformowanie, po którym wszystko wracało do przykrej dla niego normy. Depresja przypominała o swoim istnieniu. Ale teraz było jeszcze w miarę dobrze. Lubił te poranne chwile, w których organizm oraz świadomość były jeszcze w zawieszeniu miedzy snem a rzeczywistością.
Najważniejsze, że nie było kaczorka. Co najwyżej niewielka dysfunkcja zmysłów wzroku, słuchu i równowagi. Nie żeby tam, jakieś przykre skrajności. Było znoście. Można by śmiało powiedzieć, że było wręcz nieźle. Gdy już odtajał po śnie to zabierał się za zwyczajne poranne czynności. By potem już czysty, pachnący i najedzony udawać się do biura. Tam przez następne osiem, dziesięć godzin zabijał czas pisząc, co tam miał do napisania, czytając, co było do przeczytania oraz przeglądając internet, w którym zawsze coś było zajmującego.
Czas upływał niespiesznie. Powtarzał na przemian te same czynności przez kilka godzin przerywając tylko na herbatkę lub na rozmowę telefoniczną. Lubił swoje biuro, choć przecież wszystko, co w nim robił nie było pracą w ścisłym tego słowa znaczeniu, to lubił to swoje kolejne miejsce na ziemi. Swoje biuro.
Rzadko pił alkohol w dzień. Oczywiście lubił napić się za dnia, ale wolał zostawiać to na specjalne okazje. Siedząc w biurze nie myślał o alkoholu. A przynajmniej starał się o nim nie myśleć. Najgorsze były ostatnie dwie godziny. Coraz więcej wysiłku musiał wkładać w skupianie się na tym, co robił. To był dla niego widoczny znak, że dzień się kończył i trzeba się udać do domu, a po drodze zakupić coś na wieczór, by móc funkcjonować, przeczekać, potem zasnąć i przetrwać do rana.
Nigdy nie walczył z alkoholem. Od zawsze go akceptował. Można by śmiało powiedzieć, że był z nim blisko zaprzyjaźniony. Tak było zawsze, od pierwszego wypitego kieliszka. Czasem się zastanawiał, co by się stało gdyby, jako szczeniak nie wypił po raz pierwszy. Jak potoczyłoby się jego życie na trzeźwo? Może zostałby pilotem? Może politykiem, doktorem, profesorem albo ślusarzem, dentystą czy kierowcą autobusu? Może wszystko wyglądałoby inaczej? Ale coś zawsze mu podpowiadało, że przecież i tak w towarzystwie alkoholu mógł zostać politykiem czy policjantem. To, kim kiedyś był – nim świadomie czy podświadomie to porzucił – zupełnie mu wystarczało i zaspakajało próżność. Nigdy nie obwiniał za swoje życiowe wybory wódki, uważając, że jeśli coś się działo w jego życiu źle, to na pewno winę za taki stan rzeczy nie ponosił alkohol.
Winnym mógł być jego mózg, jego dusza. Alkohol był bez winy. Dla niego było to tylko narzędzie. Mogące pomóc w oderwaniu się od przytłaczającej rzeczywistości. Lubił być pod wpływem i za ten wpływ na niego, bardzo wódkę szanował i poważał. Gdy pił, świat jakby zwalniał. Obok niego wszystko gnało w zawrotnym tępię, a on zachwycony spacerował z rękoma w kieszeniach dziwiąc się światu. Wódka dawała mu radość i namiastkę wolności.
Wieczór wraz z pierwszym wypitym kieliszkiem przynosił spokój. Przyjemne ciepło rozlewało się po całym organicznie. Nie lubił przy piciu pośpiechu. Powoli wprowadzał się w ulubiony błogostan. Kolory stawały się wyraźniejsze. Świat przyjaźniejszy, ciekawszy, spokojniejszy. I tak krok po kroku, lub raczej kieliszek po kieliszku odmierzał czas do snu, który przychodził nagle i niespodziewanie.
Ranek witał go zazwyczaj przyjaźnie…
