Napierdzielanie od bladego świtu

Obublikował pavvel dnia

– Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! – z tym cytatem z klasyka budzę się każdego ranka. Żyje w ciągłym miejskim huku. Dziś za oknem od szóstej trzydzieści stacjonują trzy ciężarówki z włączonymi silnikami. Ich regularne staccato motorów doprowadza mnie do szału.

Co pewien czas kierowcy pojazdów przypominają o swoim istnieniu tym, którzy jeszcze o nich nie słyszeli głośnym wyciem klaksonów.  W taki stanie rzeczy nie ma mowy o spaniu. Nie ma mowy o czytaniu. Mogę, co najwyżej pooglądać telewizje, jeśli włączę dźwięk dostatecznie głośno. Kilkanaście lat temu specjalnie wybrałem to miejsce do zamieszkania, bo było ciche i z dala od ruchliwych ulic. Ale gdzie tam, już i tu dopadła mnie cywilizacja hałasu. Miasto przyszło do mnie w gościnne i zagnieździło się tu na stałe.

Praktycznie mieszkam na budowie. Czy wiecie, co jest najważniejsze podczas budowania dajmy na to bloku? Najważniejsze jest pokrzykiwanie na kolegów z pracy. – Janek! Janek! Kurwa! Choć tu! Dawaj wiadro! – wydziera się jakiś Janusz, bo przecież nie można podejść do Janka i mu to powiedzieć. Musi taki, jeden z drugi, drzeć ryja na całą ulice. Czasem to ich nawet rozumiem, przecież, jeśli napierdziela się młotkiem przez cały dzień to się wydaje, że jeśli się nie wydrzesz, to nikt cię nie usłyszy. Ale na Boga ojca! Dlaczego ja mam na tym cierpieć?

Zdecydowanie mieszkam na budowie. Mam z sypialni do budowanego bloku dokładnie tyle ile wynosi szerokość ulicy. I tak od prawie roku i siedmiu miesięcy. A końca tego stanu nie widać. Od rana do późnego wieczora słyszę stukot młotków na placu budowy, którą mam dokładnie za oknem. Od wielu, wielu miesięcy słyszę od wczesnych godzin porannych prace maszyn budowlanych, nawoływania robotników, jakieś piły, betoniarki, monotonne i powtarzające się skrzypienie dźwigów. Klasyczne odgłosy budowy gdzie robotnicza brać od świtu do zmierzchu buduje w znoju i trudzie kolejny budynek w tym mieście pełnym podobnych do siebie budynków.

Przy okazji to zadziwiające jak na takim wydawałoby się malutkim placyku architekt a teraz budowniczowie zdołali zmieści trzy ośmiopiętrowe bloki. Ja to do najbliższego okna nowobudowanego bloku będę miał kilkanaście metrów, tyle co przez ulice. Ale mieszkańcy tych trzech nowych bloków właściwie będą mieszkać w jednym pokoju, bo przerwa miedzy ich blokami to dosłownie kilka metrów.

Wnerwiające, natarczywe dźwięki pracy budzą mnie każdego ranka przypominając boleśnie o tym, że ja przecież nie pracuje w powszechnie rozumianym znaczeniu tego słowa, bo nie wstaje o piątej i nie napierdzielam młotkiem w fabryce od szóstej do piętnastej. Nie siedzę na kasie w markecie, nie zbywam wkurwionym spojrzeniem petentów w urzędzie, czyli powszechnym społecznym postrzeganiu jestem niepracującym pasożytem.

Od rana do wieczora coś tam zawsze napierdziela za oknem. A jak nie napierdziela to ktoś wydziera się w niebogłosy. Już około czwartej trzydzieści pan z piekarni podjeżdża swoim dostawczakiem pod same drzwi sklepu znajdującego się cztery piętra niżej pod naszym balkonem. Wtedy rozpoczyna się conocny rytuał. Na początku kilka głośnych manewrów parkowania tyłem. Huk gaszonego silnika, który trzeba przegazować przed wyłączeniem. I już można otworzyć tylne drzwi furgonetki. Ale przecież nie można tak zwyczajnie je otworzyć. Trzeba z całą siłą, jaką ma ten osiłek w sobie, machnąć drzwiczkami pojazdu tak żeby pacnęły z odpowiednim hukiem o burty samochodu. Potem następują kolejne napierdzielania. Szuranie plastikowych pojemników o podłogę dostawczaka. Jak jest ciepło, to kierowca ma otwarte okna w samochodzie, no to wszystko można wykonać w rytmie polodisko nastawionego na cały regulator.

Następnie słychać jak plastikowe skrzynki suną po chodniku w stronę sklepu. Jeszcze tylko huk z fasonem otwieranych rolet i można wnosić, to znaczy wciągnąć, pojemniki do sklepu.  Potem wszystko w odwrotnej kolejności. Rolety. Puste pojemniki szurające po chodniki i wrzucane z hukiem do furgonetki. Zamakanie z pierdolnieciem tylnych drzwi auta. Jeszcze tylko kłapnięcie drzwiami od szoferki. Zaczyna pracować silnik na wysokich obrotach … i już dostawcy nie ma. Można spać dalej.

Tak, wiem, że żyje w mieście, ale naprawdę ostatnio odnoszę wrażenie, że każdy mieszkaniec tego mojego miasta, który z jakiś powodów nie śpi, musi zrobić wszystko żeby ktoś inny też nie spał. Tak po złości. Musi wydzierać się na całe gardło żeby powiadomić świat o swoim istnieniu. Jak już podjedzie z samego rana pod okna tych, co mogą jeszcze pospać, to nie wyłączy silnika swojej ciężarówki. Bo po co? Jak on nie śpi, to inni też spać nie będą. Jak pracuje na budowie, to musi przecież zrobi wszystko żeby napierdzielać z jak największym hukiem od świtu, żeby nie dać żyć innym. Bo on jest w pracy i jest wkurwiony na cały świat.