Wewnętrzny anarchista
W Takich chwilach jak ta mam tylko jedno marzenie. Chce żeby to wszystko się skończyło. Tu i teraz. Żeby przestało boleć natychmiast. Żeby nie było już strachu. Żeby zapanował wreszcie święty spokój. To moje „coś” siedzi we mnie i nie pozwala normalnie żyć. Nie pozwala też normalnie, w sensie przyjętych obyczajów i norm społecznych, pracować zawodowo.
Nie jestem złośliwym nierobem. Jak czegoś nie zrobię dobrze, to nie znaczy, że jestem cyniczny i zamierzenie popełniam błędy by zdenerwować innych. Najczęściej moje „błędy zawodowe” wynikają z tego, że ja, choć chce, bardzo czegoś chce, to jednak nie daję rady przeciwstawić się własnym ograniczeniom. I błędy są, choć ja nie zamierzałem ich popełnić.
Naprawdę nie mogę tego wytłumaczyć ani sobie, ani innym, jak to jest, że jak nie stoi nade mną ekonom, jak nie mam przymusu, jak nie wywiera się na mnie presji, jak nie wisi nade mną termin zlecenia, to prawie wszytko mogę zrobić i robię w miarę przyzwoicie jak nie dobrze. Ale jak muszę coś wykonać w określonym terminie, na zamówienie, które ma być zweryfikowane, jak wiem, że moja praca będzie oceniana, jak pospiesza się mnie co kilka chwil, jak zbliża się deadline… to trącę talent aż do minimum i już nic nie potrafię. Kiedyś mogłem i potrafiłem, ale teraz już nie mogę i nie potrafię. Coś się zepsuło.
Nie mogę się skupić na tym, co robię i wtedy jedynym wyjściem z sytuacji jest dla mnie potrzeba by jak najszybciej skoczyć to co mam do zrobienia i mieć święty spokój. A to od razu odbija się, na jakości tego, co robię. Zdarza się że przy takich zamówienia, w których liczy się czas i jakość i trzeba się liczyć z oceną pracodawcy nie wypadam najlepiej, bo po prostu nie mogę znieść wiszącej nade mną presji. Jednak to samo, te same czynności, te same sprawy do wykonania, ale już na spokojnie, bez nacisku są dla mnie od razu łatwiejsze i wykonuje je znacznie lepiej i dokładniej. Z większym talentem. Tak mam i to utrudnia prace lub wręcz ją uniemożliwia.
Gdy muszę coś wykonać wtedy wpadam w swoistą spirale. Czym bardziej staram się sprostać zawodowemu wyzwaniu, tym bardziej się nakręcam a rosnący z każdą minutą stres zdecydowanie ogranicza moje logiczne myślenie. I wynik tego co robię jest już przesądzony, z czego zdaje sobie sprawę a oceniający moją pracy potwierdzają moje obawy. I znów chcąc sprostać swoim i innych oczekiwaniom pracuje więcej a jednocześnie rozkręcam się na całego w swoim stresie co prowadzi do tego, że już zupełnie nie panuje niż nad niczym i popełniam błąd za błędem.
Jest taki skecz Smolenia i Laskowika, w który rozmawiają oni o różnicach miedzy strojem roboczym a tym normalnym zakładanym po pracy i gdzie jeden mówi do drugiego: – Jak się normalnie ubiorę to od razu rwie mnie do roboty a to jak tylko ubiorę to bym leżał… To jak mam to samo! A właściwie podobnie. Jak tak normalnie, bez przymusu coś chce zrobić, to robię to i rwę się do pracy, którą dobrze wykonuje. A jak tylko poczuje presje, to od razu wszystko leży i ja bym tylko leżał bez sił i bez pomysłów. – Jak Pan Bóg chce, kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera – możliwe, że Bóg chce się za coś na mnie zemścić? Ale naprawdę nie wiem za co, bo my niewiele ze sobą mamy wspólnego, więc nie było okazji żebym mógł go czymś obrazić.
W tym moim złym znoszeniu pracy w stresie nie chodzi już li tylko o to, że ja tak ogólnie nie przepadam – mówiąc najłagodniej – za wszelkimi przejawami władzy. To coś więcej, czego jeszcze nie potrafię ani ja, ani nikt z pomagających mi w mojej psychicznej wiwisekcji medyków, dostatecznie dobrze zdiagnozować. Kiedyś potrafiłem przynajmniej zacisnąć zęby i robić poprawnie swoje. Teraz już tak nie jest, i bynajmniej nie z tego powodu, że nie chce lub się nie staram.
To tak jakby mój wewnętrzny anarchista obudził się z uśpienia i nagłe postanowił powiedzieć dość i odmówił współpracy z światem zewnętrznym. I nic, ani nikt, nawet ja sam, nie potrafi na tyle dobrze przemówić do tego mojego wewnętrznego anarchisty, aby przekonać go, że czasem istnieje potrzeba współpracy, bo od tego zależy przetrwanie. Mój wewnętrzny anarchista za nic jednak nie chce współpracować z instynktem samozachowawczym. I na tym zasadniczo polega główny problem mojego życia.
