Destruktor
Jest jak jest. Nie ma w tym niczyjej winy oprócz oczywiście mojej własnej. Nie ma nic nadprzyrodzonego. Żadna siła nieczysta. Zwyczajnie, jest tak jak jest. Po prostu tak już mam, że wszystko czego dotknę, po pewnym czasie ulega destrukcji.
Wszystko potrafię koncertowo zepsuć. Wszystko zniszczyć. Zawsze tak narozrabiać, że nie ma już, co ratować. To nie jest żaden pech. To żadne przeznaczenie. Tak zwyczajnie ze mną jest. Jestem chodzącym złem, destruktorem. Stałem się śmiercią, niszczycielem światów.
Jak tylko znajdę się w pobliżu do pewne jest, jak amen w pacierzu, że coś się nie uda. Coś padnie. Coś zginie. Coś się popsuje. Coś się rozpadnie. Nie, nie chodzi tu o ludzi. Nie doprowadzam, przynajmniej jeszcze nie doprowadzam, człowieka do śmierci. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Faktycznie nikt nie wytrzyma ze mną długo, a już przynajmniej trudno ze mną wytrzymać, ale jeszcze nikt przeze mnie nie zginął śmiercią mniej czy bardziej tragiczną. To jedyne pocieszenie w tym wszystkim. Poza tym wszelkie inne nieożywione rozpada się jak tylko znajdę się w pobliżu.
Nic nie potrafię zbudować. Wręcz przeciwnie odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że jestem złym duchem wszelkich działań. Jak tylko przyłożę rękę do w miarę dobrze prosperującego interesu to albo interes padnie w najbliższych miesiącach albo przynajmniej ja zostanę tym, który nic nie zarobi przy okazji biznesu a wręcz jeszcze do tego dołoży.
Można by powiedzieć pech. Takie fatum, które mnie prześladuje przez całe życie. Ale skwitować to tylko takimi słowami to za mało. To jest tak, że ja wprost czuje, że napełniam złym duchem wszelkie działania. Jadę autobusem i już po wejściu do niego wiem, gdzieś w podświadomości mam tą pewność, że nie do jadę tam gdzie chciałem dojechać w odpowiednim czasie lub nie dojadę tam wcale. Samochody też zarażam rozpadem. Nikt nie wie, kiedy padnie coś w nim, ale jedno jest pewnie, padnie wcześniej czy później.
Większość moich związków nie przetrwała próby czasu, bo jak miała przetrwać, kiedy ja już na wstępie czułem, że kiedyś nadejdzie koniec. I choć robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby do tego końca nie dopuścić, to jednak moje działania, jak się potem okazało i nadal okazuje, najczęściej odnosiły odwrotny skutek.
Mam tak, że choć zdarza się, że do mnie panie lgną, to albo są ze mną do rana i znikają, albo odkrywają inne priorytety już po kilku tygodniach czy miesiącach i już ich nie ma przy mnie. Potrafię zepsuć każdy związek. Czym bardziej się staram, tym bardziej wszystko niszczę. Potrafię być tak dobry, że aż zły. Taki kochany, że aż trzeba mnie porzucić. Tak, jak nikt inny, potrafię zagłaskać kotka na śmierć.
Ja już się z tym pogodziłem. Nauczyłem się z tym żyć. Po prostu wiem, że będzie źle i cośkolwiek bym zrobił, to i tak nic na to nie poradzę. Ile bym nie podejmował prób, wynik zawsze będzie taki sam. Zazdroszczę tym, którzy bez większego wysiłku, albo z niewielkim wysiłkiem, coś osiągają. Mnie nic takiego nie spotka. Ja już na etapie planowania wiem, że nic z tego nie będzie i nawet jak podejmuje działanie wbrew przewidywanym wynikom to i tak kończy się tak jak zawsze, czyli źle.
Mój pesymizm nie przyszedł do mnie z zewnątrz. Od jest ze mną od zawsze. Pochodzi z mojego wnętrza. Z najdalszych zakamarków mojej duszy. Nie pojawił się nagle. Był stale. Nie wynika z mojego złego nastawienia do świata, jest raczej moją reakcją na świat. Ja po prostu wiem, że nie ma znaczenia jak bardzo bym się starał, jak bardzo chciałbym na coś patrzeć optymistycznie, bo w ostatecznym rozrachunku i tak wszystko skończy się źle, tragicznie lub jeszcze gorzej.
Prawie zawsze potrafię zrobić coś lub nie zrobić nic tak, że skutkiem tego wszystko się rozpada. Żeglarze mają swoje określenie na taką osobę – to Jonasz – od biblijnego proroka, który uciekając przed powierzoną mu przez Boga misją nawrócenia miasta Niniwy, uciekał w morze i swoją obecnością ściąga gniew najwyższego na siebie i całą załogę. No, może nie koniecznie słowo w słowo jak o mnie, ale coś w tym jest.
Na zakończenie trochę optymizmu w tym pesymizmie. Nie wszystko potrafię zepsuć. Czasami z niejasnych dla mnie powodów, coś przetrwa. Coś się uda, coś odniesie sukces. Ktoś, któraś przetrwa i ze mną wytrwa na dłużej. Ale tak co do zasady jest tak jak opisałem. Niszczę jak tylko przyłożę do czegoś rękę. Oczywiście są od tego wyjątki. Jest ich nawet sporo. Ale jak to wyjątki, zawsze potwierdzają one regułę. A regułę przedstawiłem powyżej.
