Bo zdrowie najważniejsze!
Zobaczyłem go od razu. Siedział w kącie sali przy stoliku, który nie wiadomo dlaczego wszyscy uparli się nazywać „naszym”. Gdy podszedłem bliżej zauważyłem, że drżał na całym ciele tak, że odnosiło się wrażenie jakby powietrze wokół niego wirowało milionami cząsteczek kurzu jak to czasem bywa w letni upalny dzień. On sam też jakby wibrował prawie niedostrzegalnie, migocząc przed moimi oczami jak obraz w zepsutym antycznym telewizorze.
Pochylona lekko nad stolikiem postać z brodą przywodzą na myśl dawnych socjalistycznych filozofów, kręcone wąsiska, wzrok dziki, suknia plugawa – że pozwolę sobie pojechać wieszczem. A co do sukni? No zasadniczo, szata to go nawet i zdobiła, a już na pewno była hipstersko inna na tle i tak swobodnie odzianego towarzystwa zasiadającego w tym lokalu z wyszynkiem. Siedział sztywno z łokciami na stole i wpatrywał się w dal, choć w zasadzie patrzył na ścianę naprzeciwko, bo dali od jego stolika było do rzeczonej ściany ledwo ze trzy kroki. W dłoniach ściskał kieliszek, taką zwykłą pięćdziesiątkę. Miałem wrażenie, że szkło za chwile odpuści sobie swoją strukturę i eksploduje mu w garści.
– Mnie tu już nie ma – powiedział, co zapewne miało w jego mniemaniu zastąpić zwyczajowe powitanie. – Dzień dobry Wielmożnemu Panu – odpowiedziałem i z mojej strony była to próbą nawiązania żartobliwego dialogu oraz wyraz hołdowania tradycyjnej formie pozdrowień. – Syndrom dnia wczorajszego? – spytałem siadając naprzeciwko niego. – Raczej odstawienia – odparł i jakoś tak powiało z jego słów chłodem. – Coś nowego! Sądziłem, że Pan w dziedzinie wprowadzania się w stan wskazujący na spożycie jesteś ultra tradycjonalista, a tu niespodzianka – niezrażany rozkręcałem się właśnie z pytaniami, gdy mi przerwał.
– A myli się Pan łaskawco, to jakże banalne i nader zwyczajne odstawienia leków na głowę – rzekł spokojnie. – Leków? – zdziwiłem się – a nie można tak do lekarza po kolejną dawkę? – Nie można, bo straciłem ubezpieczenie i nie mam uprawnień do opieki medycznej – oznajmił. – Poza tym taki lekarz prywatnie to kosztuje niemały grosz – dodał po chwili. – Kosztuje, kosztuje, a na to masz? – powiedziałem oskarżycielskim tonem wskazując pusty kieliszek w jego dłoniach. – Na to mam, to znaczy miałem raczej – oznajmił. – I wyobraź Pan sobie, Panie Szanowny, że to paradoksalnie okazało się tańsze lekarstwo niż wizyta u specjalisty i kupno leków na stoprocent. Może nie tak skuteczne lekarstwo, ale zawsze to taniej – dodał, po czym utknął w wewnętrznym stuporze.
Gdy powrócił do mojego towarzystwa z zamyślenia dowiedziałem się, że jego przychodnia, do której uczęszczał, odkryła, że jest nieubezpieczony, więc musiał zrezygnować z ich usług, no i nie ma teraz swoim leków, ani najmniejszych szans, aby je dostać w najbliższej przyszłości. A widać było po mim że potrzebuje. – Fakt, leczenie prywatne to nie są tanie rzeczy – przypomniałem sobie Kiepską filozofię. – Ale nołproblemosz. Dontwory – postanowiłem, że go pociesze. – Władczyni nasza, jaśnie oświecona jejmość premier Beata już w swoim expose oznajmiła, że – pozwolisz, że zacytuje – każdy polski obywatel ma czuć się bezpiecznie, gdy potrzebuje pomocy medycznej. Ma wiedzieć, że ta pomoc zostanie mu udzielona szybko, że będzie bezpieczny i że będzie to pomoc bezpłatna. – Od razu mi ulżyło – stwierdził, ale jakoś tak bez widocznych objawów entuzjazmu.
Postanowiłem, że w oczekiwaniu na bezpłatną pomoc medyczną obiecaną mojemu przyjacielowi przez panią premier, już pół roku temu, zdążymy się jeszcze podleczyć tym, co teraz, tu na miejscu, mają w ofercie. Zaordynowałem więc po cztery pięćdziesiątki, popychacz w formie płynnej oraz zimną zakąskę. Bo zdrowie najważniejsze! Dlatego Polacy tyle piją „na zdrowie”.
