Strachy z parkowej alejki

Obublikował pavvel dnia

Słonko przygrzewa. Lekki wietrzyk błogo chłodzi głowę i odnóża. Przyjemne okoliczności przyrody. Napiłby się człowiek piwka na świeżym powietrzu, ale niestety żyjemy w kraju gdzie spożywanie w miejscu publicznym jest prawnie zabronione. Dlatego siedzę sobie na ławce i nerwowo się rozglądam na boki, bo to przecież nigdy nie wiadomo, z której strony nadciągną funkcjonariusze, gotowi egzekwować prawo.

Jest strach, ale jest też potrzeba chłonięcia przyrody, no i spożywania na świeżym powietrzu. Ale to przecież nie takie łatwe. Siedzę sobie na ławce w ustronnym miejscu parkowej alejki i choć wydawałoby się, że nikt tu nigdy się nie zapuszcza, to jednak, gdy tylko otworzyłem butelkę złocistego płynu z zamiarem jego spożycia, rozpoczął się przede mną istny przemarsz niczym pielgrzymka.

Ja tu dyskretnie szykuje się do pierwszego łyczka a tu starsza pani sunie z dostojeństwem i z obrzydzeniem spogląda w moją stronę. Ja tam tylko jedno małe piwko, ale z nieprzychylnego spojrzenia wyczytałem, że jestem do cna zepsutym alkoholikiem i bezbożnikiem.

Zaraz, jak tylko pani starsza, zniknęła za rogiem, a ja z nadzieją sięgałem do torby po butelkę, nadciągnęła armia mamusiek z urwisami. – Siepnę łyczka – pomyślałem, przecie panie jeszcze młode zrozumieją, ze człowiekowi pić się chce. – Jak panu nie wstyd? Tak przy dzieciach. Tu są dzieci! – usłyszałem i aż się zakrztusiłem. – Przepraszam – wymamrotałem –nie wiedziałem, że dzieciątka od tego widoku padną trupem lub przynajmniej w najbliższej przyszłości popadną w ciężki alkoholizm.   – Bezczelność! Chamstwo! Tu są dzieci! Po policje zadzwonimy! – zawyły mamuśki. Nie było innego wyjścia, jak wstać i odejść. Z kobietą, a już na pewno z kobietą z dzieckiem, nikt jeszcze nie wygrał.

Inna ławka, równie jak nie bardziej ustronne miejsce.  Tak samo piękne okoliczności przyrody. – No to siup – pomyślałem i wypiłem, co tam miałem. Butelkę zbunkrowałem w torbiszczu. Lustruje przedpole skupiony i zestresowany niczym żołnierz na froncie. Zauważam starsze małżeństwo, które, bacznie mnie obserwuje siedząc na ławce w sąsiedniej alejce.  Zesztywniałem, pewnie zauważyli, że ja tu piłem publicznie alkohol. Oni coraz bardziej nerwowi, ja coraz bardziej znerwicowany i niespokojny. Oni jakby przerażeni, ja zestresowany nerwowo staram się usunąć dowody przestępstwa wywalając butelkę po piwie do kosza, a oni tym faktem jakby jeszcze bardziej poruszeni. – Co jest? – pytam sam siebie. No tak! Już wiem, ja tu sobie siedzę zestresowany piciem w miejscu publicznym, ale oni przecież widzą podejrzanie zdenerwowanego ponad miarę śniadego od słońca brodacza, który nerwowo coś tam umieszcza w koszu na śmiecie. I tak spotkał się w parku strach przed mandatem za spożywanie ze strachem przed zamachem bombowym.