Miedzy samotnością a dogmatem
– Oddycham samotnością – tyle do mnie powiedział nim zapadł w swoisty letarg. Nie odezwał się przez dobrych parę minut tak jakby przyzwyczajenie do milczenia musiało w nim powoli ustąpić. Siedzieliśmy w kompletnej ciszy. On zajęty obserwowaniem kropli wody, która po spłynięciu z oszronionej butelki teraz wędrowała zygzakami po blacie stołu. A ja – w oczekiwaniu aż mowa w nim odtaje – zajęty przeglądaniem po raz trzeci tego samego pisma dla kobiet, które ktoś pewnie zapomniał i zostawił na stoliku. Choć po tak dokładnym zapoznaniu się z treścią magazynu dla pań byłem skłonny uwierzyć, że ten nieznajomy zapominalski zostawił pisemko umyślnie, nie chcąc mieć z nim nic wspólnego.
– Całe życie byłem z kimś, a teraz zostałem sam – powiedział wyrywając mnie z zamyślenia i ratując przed czytaniem o radosnym życiu pewnej gwiazdy. – Teraz sam się budzę i samotnie zasypiam. Milczę po całych dniach, bo nie mam, z kim porozmawiać. Męczy mnie to bardzo – dodał. Dobrze wiedziałem, że nie ma teraz łatwo. Przecież na tyle go znam żeby wiedzieć, że przez większość swojego dorosłego życia nigdy nie był samotny. Dziewczyna. Jednak, druga, trzecia. Żona, ta jedyna i z tego, co twierdził już na zawsze jedyna. Potem kolejna dziewczyna – partnerka życiowa, zwana też konkubiną. No nie pamiętam, kiedy był sam. Więc na pewno teraz nie było mu łatwo.
– Dobrze wyglądasz. Schudłeś – próbowałem zmienić temat na bardziej neutralny. – Nie mam, dla kogo gotować. Nie jestem głodny, a i jeść samotnie to nic ciekawego – usłyszałem w odpowiedzi i wiedziałem już, że moja desperacka próba zmiany tematu konwersacji zupełnie się nie powiodła. – Napijemy się? – zaproponowałem lekarstwo na smutki.
– Nie, nie chce – dobrze usłyszałem co do mnie powiedział, choć przecież odniosłem wrażenie, że się przesłyszałem. –Żyje latami przeszłym, do których chciałby wrócić. To tak jakby czas dla mnie umarł. Zatrzymałem się w czasie. Pamiętam, że kiedyś były lepsze czasy a teraz… Teraz nie ma dla mnie przyszłości. A przeszłość nigdy nie umiera – słyszałem, co mówił, ale nadal rozmyślałem nad tym jego „nie, nie chce”.
Przecież wokół tego naszego picia, jego picia, mojego picia, stworzyliśmy sobie kult. Prawdziwe wyznanie. Tyle w tym było pasji, a teraz takie słowa? To przecież cały rytuał. Lata praktyki. Dochodzenie do perfekcji. Samodoskonalenie. A on teraz „nie, nie chce”. Jakby się świat zawalił. Przecież każdy musi mieć jakiś pewnik. Coś niezmiennego. Coś, co jest stałe jak fundamenty ziemi. A on do mnie: „nie, nie chce”.
– Niedobrze z Tobą – zawyrokowałem, choć on zdecydowanie pomyślał, że mówię o jego samotności, a ja po prostu chciałem ratować to, co w moim życiu było pewnikiem. – Może jednak? Po maluchu? Na smutki? – rozpaczliwie ratowałem w sobie poczucie, że w tym zapomnianym przez Boga świecie są rzeczy absolutnie pewne i niezmienne. – Dobrze, nalej. W końcu przecież najlepiej wychodzi mi picie – powiedział ratując w ten sposób mój świat przez całkowitym rozpadem.
