Różnice w angielskim

Obublikował pavvel dnia

Choć wielu czytającym te słowa wyda się to czymś dziwnym, a niektórym wręcz nagannym, to jednak nic nie zmieni faktu, że nie każdy Polak porozumiewa się płynnie w języku Szekspira.  Wielu z nas nie mówi w języku angielskim, bo w szkole, gdy pobierali nauki, nie nauczali tej nowej łaciny.  Wielu też nie spikuje, bo nie ma takiej potrzeby i nie spotyka się z tym językiem, na co dzień, a jedynie od wielkiego dzwonu, więc nic i nikt ich zmusza to nauki. Jest też wielu takich, którzy nie potrzebują i wręcz nie chcą się nauczyć tego języka. Tak po prostu… Nie chcą i już. I co im pan zrobisz? Na szczęście dla tych nieznających, jest też dostatecznie wielu takich ludzi w naszym społeczeństwie, którzy perfekcyjnie porozumiewają się po zagranicznemu, więc jak jest taka potrzeba to zawsze można skorzystać z ich pomocy. I wydawałoby się, że prosta zasada o tym, że tam gdzie mieszkają Anglicy, wysyła się osobę, która coś w ich języku powie i zrozumie jest prosta i dla wszystkim zrozumiała. Tak się wydaje pewnie wielu, ale niektórym polskim pracodawcom już nie. Ja tam nie mieszkam wśród Brytyjczyków, ale znam kogoś, kto tam mieszka od wielu lat i coś mi o tym opowiedział.

 

Po przyjeździe do pracy – opowiadał mi mój przyjaciel zza granicy – zobaczyłem zaparkowanego na przeciwko naszego biura dużego Vana na polskich, podwarszawskich numerach rejestracyjnych. Z samochodu dostawczego wysiadł wymemłany, nieogolony, tak na oko, pięćdziesięcioletni facet. Zobaczył mnie, po czym podbiegł do mnie z kawałkiem papieru w ręku. Z błaganiem w oczach zaczął mówić: „Mister, mister! Company?” I zataczał ręką koło wskazując najbliższą okolicę. Starał się usilnie coś mi przekazać w języku, którego zdecydowanie nie znał. Podtykał mi, przez cały czas tej niby rozmowy po angielsku, pod mój nos ten swój świstek papieru.  Na moje pytanie po polsku:, „O co ci chodzi, kolego?” – Relacjonował dalej mój kolega – w oczach tego osobnika pojawiły się prawdziwe łzy szczęścia. Spotkał kogoś, kto nie tylko rozumiał jego słowa, ale nawet mówił w języku, który jest jego ojczystym językiem. Spotkał na tej angielskojęzycznej pustyni niezrozumienia swojego rodaka. Jak się okazało, na tej wyrwanej z zeszytu kartce papieru podstawianej usilnie pod nos mojego kolegi przez tego zagubionego w angielskiej rzeczywistości pana w średnim wieku, była jedynie napisana odręcznie nazwa firmy: DELTA SERVICE plus kod pocztowy. Dosłownie, tylko tyle. Nic więcej. I to miało temu polskiemu kierowcy, nieznającemu języka angielskiego, wystarczyć za wszelkie wskazówki prowadzące go do celu w jego wyprawy na wyspy brytyjskie.   

 

Nie było tam na tej karteczce nic więcej. Z firmy tej miał ten zaginiony kierowca odebrać chińskie tonery do drukarek(!?). A jak opowiadał mojemu przyjacielowi koczował na parkingu przez cały weekend starając się tę firmę znaleźć. Dopiero w poniedziałek rano znalazł kogoś, w osobie mojego kolegi, kto go zrozumiał i mu pomógł. Sprawdzili wspólnie okoliczne budynki. Ale jak się okazało firmy o takiej nazwie nigdzie nie było w pobliżu. Choć kod pocztowy wypisany na karteczce wskazywałby na to, że właśnie w tym miejscu powinna się znajdować. Mój przyjaciel oraz jego angielscy koledzy z pracy poważnie przejęli się losem Polaka zaginionego w obcojęzycznej angielskiej rzeczywistości. Rozpoczęli wspólne szukanie firmy o tej nazwie w internecie. Ale to też nie przyniosło zadowalających rezultatów. Doprowadzony do rozpaczy polski kierowca wysłał smsa do swojej firmy w Nadarzynie z prośbą o kontakt z firmą DELTA SERVICE w celu identyfikacji jej położenia. W odpowiedzi przysłali mu polscy, podwarszawscy pracodawcy numer telefonu i kazali zadzwonić osobiście. Czyli miał poradzić sobie sam. – „Przecież ja nie znam angielskiego!” – Prawie rozpłakał się kierowca. – „I jak ja mam z mojej prywatnej komórki dzwonić. Przecież to majątek kosztuje!” – rozpaczał.

 

Mój przyjaciel przetłumaczył swoim angielskim współpracownikom na ich język, wyrazy i gesty, wielkiego nieszczęścia i rozpaczy Polaka. Zrobiło się im wszystkim bardzo żal tego zaginionego w akcji kierowcy. Postanowili wspólnie, że zadzwonią pod wysłany mu przez jego pracodawcę numer telefonu. Okazało się – relacjonował mi przyjaciel – że firma DELTA SERVISES to nie DELTA a DATA SERVISES. Niby brzmi podobnie po angielsku, ale jaka różnica! A co najważniejsze dla tego niemówiącego po angielsku, budynek tej firmy, znajdował się niecałe dwieście metrów od przedsiębiorstwa, w którym znalazł tyle zrozumienia i pomocy. Wdzięczności tego kierowcy nie było końca. – Po tym wszystkim odszedłem z nim na bok na papierosa – powiadał dalej mój kolega – i tam pogadaliśmy trochę. Okazało się, że jego szefostwo wysłało go do UK już w piątek. – „To za wcześnie na wyjazd!” – Mówił w pracy nasz dzielny kierowca. – „Panie Areczku, masz pan jechać, bo tam na pana będą czekać cały czas, nawet w niedzielę. No, chyba, że pan nie chcesz, to wtedy, kto inny będzie wykonywał pana robotę – zwierzył się mojemu koledze kierowca. Miał jechać nie, gadać. Dostał nazwę firmy zapisaną na kartce z zeszytu. Kod pocztowy do nawigacji. I w drogę, do Wyspy Brytyjskie! A na miejscu okazało się, że oczywiście na niego nikt nie czekał. Przecież od załatwiania takich spraw jest okres od poniedziałku do piątku. A nawet gdyby czekał w tej firmie ktoś na niego to nikt nawet się nie wysilił żeby temu biednemu człowiekowi dać porządne dane o celu podroży. I jeszcze nikt wśród pracodawców naszego pana Arkadiusza nie zastanowił się na tym, że nie zna on nawet słowa w obcych językach, więc pewnie w kraju gdzie mieszkają Anglicy na pewno sobie nie poradzi.

 

Jak widać nikogo to z pracodawców pana Arkadiusza to obchodziło – Po prostu żal serce ściska jak się czasami pomyśli o głupocie niektórych pracodawców w Polsce – mówi mi mój przyjaciel. To wszystko pokazuje, e nasz biznes czasami rządzi się prawami: żeby taniej, żeby jakoś do przodu, żeby jakoś tam było. I tak oto do Anglii wysyła się kierowcę, który nie mówi słowa po angielsku. I na dodatek bez dokładnych wskazówek, co do celu podroży. Wszystko w myśl zasady – jak najtaniej oraz – jakoś to będzie. Bo pewnie pan Arek sobie jakoś da radę I to nie pan Arkadiusz jest winny takiej sytuacji, ale głupota jego szefów oraz ich pazerność i krótkowzroczność. Ich totalna i bezgraniczna głupota. Przypomniało mi się z twórczości polskiego punk rocka takie zdanie z pewnej piosenki: niepokój jakiś w Tobie się budzi czyżby we Francji mieszkali Francuzi? Jak widać nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w Polsce mieszkają Polacy, a w Anglii mieszkają Anglicy. I do tego głównie mówią po angielsku.