Daily Archives

2 Articles

dziennik pesymistyczny

Liczy się udział, czyli wybory marionetek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przypomniało mi się pewne wydarzenie z dzieciństwa, o którym nie myślałem całe lata. Pojawiło się w mojej głowie to skojarzenie do czasów minionych i bardzo odległych, gdy rozmawiałem dziś rano z kolegami z pracy o zbliżających się wyborach prezydenckich. A właściwie rozmawialiśmy o manipulacji. O tym jak czasami media i politycy nami manipulują, gdy wmawiają nam jak ważne jest to żebyśmy uczestniczyli w wyborach.  Jak dajemy się wmanewrować w dokonywanie politycznych wyborów, których nie dokonalibyśmy tak na zimno bez emocji. Jak wszyscy podgrzewamy się do czerwoności lub jak kto woli do wrzenia tym, co politycy dążący do legitymizacji swojej władzy nam sprzedają poprzez media. Jak wmówiono nam, że wszystko zależy od nas. A oni specjaliści od sprzedaży politycznych emocji tylko wskazują nam cel – głosowanie mimo wszystko. Niby jest tak, że ta moja kartka do głosowania wrzucona do urny może zmienić coś na lepsze. Czyli zmiany zgodnie z doktryną demokratyczną należą do mnie. Zmieniamy wyborami politycznymi rzeczywistość. Tak nam wmawiają i do takich decyzji nad urną nas przedstawiciele państwa namawiają. A czy na pewno ode mnie, od mojego kolegi siedzącego przy biurku obok, od tego pana, co to dziś do nas przyszedł z wizytą, i od może jeszcze dla przykładu pani Zosi z księgowości wszystko zależy?  Taki maluczki pojedynczy obywatel ma przemożny wpływ na kierunek rozwoju naszego państwa? Od dzieciństwa wiemy, że jak nie zagłosujemy to jak nic państwo się obrazi. Że to nasz najświetniejszy obowiązek wobec naszej ojczyzny. Że jak my w tych nadchodzących wyborach nie staniemy na wysokości zadania i nie zagłosujemy to państwo nasze ukochane strzeli focha z przytupem – jak mówi moja przyjaciółka – zwinie ten cały państwowy interes i … no i właśnie, co. Co takiego zrobi moje państwo, gdy na przykład siedemdziesiąt procent jego własnych obywateli uzna, że nie znajduje w obecnej tak zwanej elicie politycznej godnego siebie przedstawiciela? Nie znajdzie kogoś, kogo uzna za swojego. Godnego tego żeby na niego zagłosować. I nie pójdzie na wybory. Czy państwo sobie poradzi przy siedemdziesięcioprocentowej absencji przy urnach? Z pewnością tak. Obrazi się zdecydowanie, ale przeżyje. Bo za wielu żyje z polityki i państwa żeby zrozumieć, że to jest jakiś sygnał od społeczeństwa, że nie ma dla nich wśród obecnych polityków tego, kto może ich reprezentować

 

A gdzie tu jest manipulacja? No właśnie jest ona w tym, jak usłyszałem od kolegi, który to przeczytał w gazecie, że nieważne jest to, na kogo się głosuje. Ważne jest samo uczestnictwo w wyborach. Bo to jest obywatelski obowiązek. Czyli nawet jak nie znajdujesz wśród kandydatów tego kogoś, kto jest ci bliski ideami to i tak musisz się dopasować. I zagłosować tak czy inaczej na tego, który ma największe szanse. Bo taka jest twoja powinność wobec państwa i ojczyzny. Mam takie wrażenie, że od pewnego czasu przestrzeń polityczna jest jakby zawłaszczona przez dwie partie. Ciągle słyszę, że zgodnie z sondażami przeprowadzonymi na reprezentatywnej grupie respondentów tylko dwóch kandydatów liczy się w wyścigu do pałacu prezydenckiego. Czyli tak w zasadzie to wybór już i tak ograniczył się do tych dwóch. Ale nawet jakbyśmy chcieli zagłosować na jakiegoś innego z tych kandydatów, co to i tak się nie liczą to dobrze, bo zagłosujemy spełniając nasz obowiązek. Słyszałem kiedyś od pewnego polityka, że nawet oddanie w wyborach głosu nieważnego ma znaczenie, bo samo uczestnictwo jest świętym przywilejem i obowiązkiem obywatelskim. Czy nie jest to manipulacją? Czy to jakiś sport jest czy realna rywalizacja? Jeszcze nie wiadomo było, kto będzie kandydatem w wyborach u tych prawych i sprawiedliwych a już był on najpoważniejszym kandydatem i rywalizował z tym wystawionym przez platformę.

 

I właśnie przy okazji tej rozmowy o obowiązkach politycznych wyborów przypomniałem sobie pewne wydarzenia z dzieciństwa. Gdy byłem kilkulatkiem przyjechała do mojego przedszkola grupa teatralna z przedstawieniem kukiełkowym. Było to moje pierwsze zetknięcie się z teatrem i może, dlatego właśnie zapamiętałem to wydarzenie na tak długo.  Aktorzy ustawili scenę i rozpoczęło się przedstawienie. Najciekawsze w tym jest to, że absolutnie nie pamiętam treści przedstawienia. Pamiętam za to, że przed moimi dziecięcymi oczami rozgrywało się przedstawienie gdzie na scenie swoje przygody przeżywał dzielny rycerzyk. I tyle. Najbardziej jednak zapamiętałem to, że po skończonym przedstawieniu zza kurtyny wyszli ubrani na czarno aktorzy trzymający w dłoniach uczepione na linkach lalki. I to najbardziej zszokowało moje małe dziecięce serduszko. Nie mogłem za nic zrozumieć, że to, co brałem za prawdziwie żyjące stworzenia i postaci, tak naprawdę były tylko lalkami uwieszonymi na linkach. I że każdy ich ruch i ich życie, że tak powiem, uzależnione było od woli pana lub pani w czerni, która nimi poruszała. Przypominam, że byłem dzieckiem i czasem zacierała mi się rzeczywistości z tym, co sobie wyobrażałem. Ale to, że można dać życie lalce i następnie nią kierować jakoś nie mieściło się w umyśle kilkulatka, jakim byłem. Mój dzielny rycerzyk, który tak mnie zachwycał na scenie okazał się zabawką i do tego pozbawioną własnej woli. Był całkowicie zależny od tych aktorów, co to linkami marionetki poruszali. Wiem, że to naiwne, ale pamiętam swoje rozczarowanie. 

 

Potem, gdy już pozwoliłem poznać przyczynę mojego spazmatycznego szlochu, wszystko mi wyjaśniono dokładnie. Już wiedziałem, że to tylko laleczki i że tak właśnie ma być, że wiszą one u krzyżaka lalkarza podwieszone tam linkami. I że wola i ręka autora jest dla nich wyznacznikiem działania. Niby wszystko wiedziałem dokładnie. Mogłem nawet samodzielnie, dzięki miłym aktorom, spróbować poruszyć marionetką. Czyli wiedziałem, że to tylko taka zabawa.  Ale jeszcze długo pozostała we mnie jakaś dziwna obawa, że takie same linki są uwiązane i do moich rąk i nóg. I tak mam dotychczas. I jak ci aktorzy manipulowali rycerzykiem na scenie tak mną manipulują ci wszyscy, którzy wmawiają mi, że coś znaczy mój wybór nawet jak oddam głos go na kogoś, kto nie jest moim kandydatem. Niby słowo manipulacja jest tu za mocne, ale tak właśnie czuję i dlatego go używam. Nie chcę być marionetką do głosowania. Chcę być wolny i mieć prawo do wolnego wyboru bez poczucia winy. Dla mnie nie głosowanie to wybór i nie chcę, aby mi ktoś odmawiał prawa do niegłosowania oraz nazywał mnie niedobrym obywatelem tylko, dlatego że odważyłem się nie głosować. Nie znalazłem godnego reprezentanta, więc nie głosuję. Nie będę legitymizował swym uczestnictwem w wyborach tych, którzy nie są dla mnie dostatecznie dobrzy by rządzić. Bo jeśli mam świadomie wybierać to właśnie nie głosowanie, gdy nie mam na kogo zagłosować, jest jedynie dobrym wyborem.

 

dziennik pesymistyczny

Różnice w angielskim

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Choć wielu czytającym te słowa wyda się to czymś dziwnym, a niektórym wręcz nagannym, to jednak nic nie zmieni faktu, że nie każdy Polak porozumiewa się płynnie w języku Szekspira.  Wielu z nas nie mówi w języku angielskim, bo w szkole, gdy pobierali nauki, nie nauczali tej nowej łaciny.  Wielu też nie spikuje, bo nie ma takiej potrzeby i nie spotyka się z tym językiem, na co dzień, a jedynie od wielkiego dzwonu, więc nic i nikt ich zmusza to nauki. Jest też wielu takich, którzy nie potrzebują i wręcz nie chcą się nauczyć tego języka. Tak po prostu… Nie chcą i już. I co im pan zrobisz? Na szczęście dla tych nieznających, jest też dostatecznie wielu takich ludzi w naszym społeczeństwie, którzy perfekcyjnie porozumiewają się po zagranicznemu, więc jak jest taka potrzeba to zawsze można skorzystać z ich pomocy. I wydawałoby się, że prosta zasada o tym, że tam gdzie mieszkają Anglicy, wysyła się osobę, która coś w ich języku powie i zrozumie jest prosta i dla wszystkim zrozumiała. Tak się wydaje pewnie wielu, ale niektórym polskim pracodawcom już nie. Ja tam nie mieszkam wśród Brytyjczyków, ale znam kogoś, kto tam mieszka od wielu lat i coś mi o tym opowiedział.

 

Po przyjeździe do pracy – opowiadał mi mój przyjaciel zza granicy – zobaczyłem zaparkowanego na przeciwko naszego biura dużego Vana na polskich, podwarszawskich numerach rejestracyjnych. Z samochodu dostawczego wysiadł wymemłany, nieogolony, tak na oko, pięćdziesięcioletni facet. Zobaczył mnie, po czym podbiegł do mnie z kawałkiem papieru w ręku. Z błaganiem w oczach zaczął mówić: „Mister, mister! Company?” I zataczał ręką koło wskazując najbliższą okolicę. Starał się usilnie coś mi przekazać w języku, którego zdecydowanie nie znał. Podtykał mi, przez cały czas tej niby rozmowy po angielsku, pod mój nos ten swój świstek papieru.  Na moje pytanie po polsku:, „O co ci chodzi, kolego?” – Relacjonował dalej mój kolega – w oczach tego osobnika pojawiły się prawdziwe łzy szczęścia. Spotkał kogoś, kto nie tylko rozumiał jego słowa, ale nawet mówił w języku, który jest jego ojczystym językiem. Spotkał na tej angielskojęzycznej pustyni niezrozumienia swojego rodaka. Jak się okazało, na tej wyrwanej z zeszytu kartce papieru podstawianej usilnie pod nos mojego kolegi przez tego zagubionego w angielskiej rzeczywistości pana w średnim wieku, była jedynie napisana odręcznie nazwa firmy: DELTA SERVICE plus kod pocztowy. Dosłownie, tylko tyle. Nic więcej. I to miało temu polskiemu kierowcy, nieznającemu języka angielskiego, wystarczyć za wszelkie wskazówki prowadzące go do celu w jego wyprawy na wyspy brytyjskie.   

 

Nie było tam na tej karteczce nic więcej. Z firmy tej miał ten zaginiony kierowca odebrać chińskie tonery do drukarek(!?). A jak opowiadał mojemu przyjacielowi koczował na parkingu przez cały weekend starając się tę firmę znaleźć. Dopiero w poniedziałek rano znalazł kogoś, w osobie mojego kolegi, kto go zrozumiał i mu pomógł. Sprawdzili wspólnie okoliczne budynki. Ale jak się okazało firmy o takiej nazwie nigdzie nie było w pobliżu. Choć kod pocztowy wypisany na karteczce wskazywałby na to, że właśnie w tym miejscu powinna się znajdować. Mój przyjaciel oraz jego angielscy koledzy z pracy poważnie przejęli się losem Polaka zaginionego w obcojęzycznej angielskiej rzeczywistości. Rozpoczęli wspólne szukanie firmy o tej nazwie w internecie. Ale to też nie przyniosło zadowalających rezultatów. Doprowadzony do rozpaczy polski kierowca wysłał smsa do swojej firmy w Nadarzynie z prośbą o kontakt z firmą DELTA SERVICE w celu identyfikacji jej położenia. W odpowiedzi przysłali mu polscy, podwarszawscy pracodawcy numer telefonu i kazali zadzwonić osobiście. Czyli miał poradzić sobie sam. – „Przecież ja nie znam angielskiego!” – Prawie rozpłakał się kierowca. – „I jak ja mam z mojej prywatnej komórki dzwonić. Przecież to majątek kosztuje!” – rozpaczał.

 

Mój przyjaciel przetłumaczył swoim angielskim współpracownikom na ich język, wyrazy i gesty, wielkiego nieszczęścia i rozpaczy Polaka. Zrobiło się im wszystkim bardzo żal tego zaginionego w akcji kierowcy. Postanowili wspólnie, że zadzwonią pod wysłany mu przez jego pracodawcę numer telefonu. Okazało się – relacjonował mi przyjaciel – że firma DELTA SERVISES to nie DELTA a DATA SERVISES. Niby brzmi podobnie po angielsku, ale jaka różnica! A co najważniejsze dla tego niemówiącego po angielsku, budynek tej firmy, znajdował się niecałe dwieście metrów od przedsiębiorstwa, w którym znalazł tyle zrozumienia i pomocy. Wdzięczności tego kierowcy nie było końca. – Po tym wszystkim odszedłem z nim na bok na papierosa – powiadał dalej mój kolega – i tam pogadaliśmy trochę. Okazało się, że jego szefostwo wysłało go do UK już w piątek. – „To za wcześnie na wyjazd!” – Mówił w pracy nasz dzielny kierowca. – „Panie Areczku, masz pan jechać, bo tam na pana będą czekać cały czas, nawet w niedzielę. No, chyba, że pan nie chcesz, to wtedy, kto inny będzie wykonywał pana robotę – zwierzył się mojemu koledze kierowca. Miał jechać nie, gadać. Dostał nazwę firmy zapisaną na kartce z zeszytu. Kod pocztowy do nawigacji. I w drogę, do Wyspy Brytyjskie! A na miejscu okazało się, że oczywiście na niego nikt nie czekał. Przecież od załatwiania takich spraw jest okres od poniedziałku do piątku. A nawet gdyby czekał w tej firmie ktoś na niego to nikt nawet się nie wysilił żeby temu biednemu człowiekowi dać porządne dane o celu podroży. I jeszcze nikt wśród pracodawców naszego pana Arkadiusza nie zastanowił się na tym, że nie zna on nawet słowa w obcych językach, więc pewnie w kraju gdzie mieszkają Anglicy na pewno sobie nie poradzi.

 

Jak widać nikogo to z pracodawców pana Arkadiusza to obchodziło – Po prostu żal serce ściska jak się czasami pomyśli o głupocie niektórych pracodawców w Polsce – mówi mi mój przyjaciel. To wszystko pokazuje, e nasz biznes czasami rządzi się prawami: żeby taniej, żeby jakoś do przodu, żeby jakoś tam było. I tak oto do Anglii wysyła się kierowcę, który nie mówi słowa po angielsku. I na dodatek bez dokładnych wskazówek, co do celu podroży. Wszystko w myśl zasady – jak najtaniej oraz – jakoś to będzie. Bo pewnie pan Arek sobie jakoś da radę I to nie pan Arkadiusz jest winny takiej sytuacji, ale głupota jego szefów oraz ich pazerność i krótkowzroczność. Ich totalna i bezgraniczna głupota. Przypomniało mi się z twórczości polskiego punk rocka takie zdanie z pewnej piosenki: niepokój jakiś w Tobie się budzi czyżby we Francji mieszkali Francuzi? Jak widać nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w Polsce mieszkają Polacy, a w Anglii mieszkają Anglicy. I do tego głównie mówią po angielsku.