Tak trwała nasza bez słów rozmowa

Obublikował pavvel dnia

Kilka dni temu byłem świadkiem prawdziwego cudu. Do dziś jestem pod jego wielkim wrażeniem. Przez dziesięć minut w kompletnej ciszy urzędniczka zajmowała się moją sprawą. I choć milczeliśmy oboje jak zaklęci, to jak się potem okazało, jednak odbyliśmy długą i owocną pogawędkę. Choć nie padło w tym czasie więcej niż dziesięć słów.

Zapukałem do drzwi gabinetu w pewnym bardzo ważnym dla państwa i społeczeństwa urzędzie. Po chwili ciszy zajrzałem do pokoju, z najbardziej pokorną miną na jaką było mnie stać, by sprawdzić czy mogę wejść. Mogłem.  – Dzień dobry – rzekłem na dzień dobry, ale w odpowiedzi usłyszałem tylko „brrryyygggdd”, co uznałem jednak za zezwolenie na audiencje.

Siadając na wskazanym gestem krześle wręczyłem pani urzędniczce dokument potwierdzający moją tożsamość oraz ten opisujący, z czym tu do niej przychodzę. Pani przyjęła moje dokumenty, spojrzała na nie przez ułamek sekundy, po czym przeniosła wzrok na monitor komputera i tak już zostało. Nie miałem możliwości nawiązania z panią kontaktu wzrokowego, bo ta wlepiała swe ślipka w monitor i milczała jak zaklęta. Urzędniczka klikała komputerową myszką, coś tam pisała na klawiaturze, znów klikała, i tak w ciszy mijały nam kolejne minuty.

Wiem dobrze ile czasu tam spędziłem, bo zaraz po wejściu odruchowo spojrzałem na zegar wiszący na ścianie gabinetu. Wydawało się, że cisza i moja bezczynność trwały wieki, więc wpatrywanie się we wskazówki na tarczy zegara stało się dla mnie jedyną rozrywką. I tak trwaliśmy w milczeniu przerywanym tylko klikaniem komputerowej myszki w dłoni urzędniczki. Po dziesięciu minutach drukarka wypluła jakiś formularz i usłyszałem po raz pierwszy rozkazujący głos urzędniczki: podpisać, datę i podpis. Uczyniłem to, co chciała, bo głos miała nieznoszący sprzeciwu. – To wszystko? – zapytałem trochę z nadzieją a trochę z prezencją. W odpowiedzi usłyszałem mrukniecie, które można było uznać za przytakniecie, więc uznałem, że audiencja dobiegła końca. – Do widzenia – powiedziałem stojąc już w drzwiach i usłyszałem „brrryyygggdd” na do widzenia.

Usiadłem na krzesełku w poczekalni pod gabinetem by schować dokumenty, i wtedy zobaczyłem, że jest tam jeszcze dołączona karta, na której dokładnie wypisano wszystko to, co my tam, to znaczy pani urzędniczka i ja, w te dziesięć minut robiliśmy w jej gabinecie. Ja miałem wrażenie, że ja tam sobie tylko siedziałem w kompletnej ciszy nudząc się jak mops, gdy pani w milczeniu coś tam klikała sobie na komputerze, a okazało się, że rzeczywistość potwierdzana urzędowym dokumentem jest zupełnie inna. Tam „trwała nasza bez słów rozmowa” – przywołując słowa pewnej piosenki.

Z dokumentu, który czytałem wynikała jasno, że podczas tego naszego obopólnego milczenia pani urzędniczka ustaliła moje oczekiwania i zanalizowała moje problemy. Zostałem też sprofilowany i coś tam w oparciu o to analizowanie i profilowanie sporządzono. I to wszystko w zupełnej ciszy! Nawet dziesięciu słów nie zamieniliśmy, a tu proszę jak wszystko we mnie rozpoznano! Niewiarygodne jak to się teraz technika posunęła naprzód. Już nie musi urzędnik rozmawiać godzinami w petentem po próżnicy. Wystarczy posiedzieć w ciszy, coś tam poklikać na komputerze i proszę jest… bez zbędnych słów ustalono moje oczekiwania i mnie dogłębnie zanalizowano. Cud! Jak boga kocham cud!