Nijakość / Jak długo jeszcze?
Czuje się nijako. To chyba najlepsze określenie na mój obecny stan ducha i ciała. Mam psychodoła. A moja fizyczna powłoka przyłączyła się do tego stanu swoją entuzjastyczną niemocą. Tak, wiem, to u mnie nie pierwszyzna. U mnie to w zasadzie stan ciągły z krótkimi przerwami. Ale tym razem nie chodzi o hamletyzowanie na granicy życia i śmierci. To już nie to moje trwające uporczywie długo i od lat nękające przyjaciół opowiadanie o tym, że mój czas się kończy. Tym razem jest zupełnie inaczej. Dziś czuje się nijako. I ze spokojem myślę o tym, że nie jestem w stanie zatrzymać mojej autodestrukcji.
Rozhuśtałem swoje emocje. Już prawie nad nimi nie panuje. Coś się we mnie ostatecznie i chyba nieodwracalnie zepsuło. Zupełnie nie panuje nad moim stanem. Nie jestem w stanie mieć na tyle żeby wykupić co nieco na uspokojenie mojego ducha i ciała. Jestem w ciągłym rozdygotaniu. Bez przyszłości. Bez celu. W rozsypce. Tu i teraz w tym jeszcze, ale już chyba nikomu niepotrzebnym trwaniu. Ciągle to coś we mnie co niektórzy nazywają duszą podsyca nadzieje, że jakoś to będzie, ale rozsądek czy rozum odpowiadają, że jakoś to już było i raczej już nie będzie. Nauczyłem się, że podstawową zasadą jest za wszelką cenę utrzymać się przy życiu. Ale teraz już nic mi po takiej nauce.
Było w miarę dobrze, ale się skończyło. I nie mam w tym niczyjej winy. Po prostu ktoś tam dał mi szanse na odwleczenie tego, co jak widać jest mi pisane. Skorzystałem i nawet się przyzwyczaiłem do myśli, że jakoś to będzie, że zdołam żyć. Tak po prostu i zwyczajnie żyć. Ale to się skończyło. Tak widać być musiało. Teraz wkroczyłem w nowy czas z dojmującym poczuciem klęski. Mam tak, że śmieszy mnie to, jaki byłem naiwny w tej swojej wierze, że podołam, że wpasuje się w społeczne oczekiwania. Jaką śmieszną miałem nadzieje. Miałem na farmakologie, która utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach na tyle żeby utrzymać się przy pracy. A z pracy miałem na tyle żeby stać mnie było na farmakologie. I jakoś żyłem w tej mojej małej stabilizacji. Starczało na życie, więc żyłem. O! Jaki byłem naiwny wierząc, że tak „jakoś” to już będzie na zawsze! Teraz wkroczyłem w nowy, stary świat i ta moja żenującą próba pogoni za szczęściem okazała się kompletna porażką.
Znów przestawiam już kilkukrotnie bardzo dokładnie ułożone książki. Porządkuje gazety. Układam je w stosy miesiącami, latami. Uporządkowuje to, co mogę uporządkować, bo swojego życia nie jestem w stanie doprowadzić do porządku. Ponownie jestem w punkcie wyjścia, w sytuacji bez wyjścia, z której może mnie uratować kolejny cud. Tylko, że tym razem mam wrażenie, że zaklinanie rzeczywistości i wiara w cudowne ocalenie raczej na nic się tu zdadzą.
Jeszcze jeden poranek. Jeszcze jeden dzień. Telewizja. Książka. Pisanie. Spacer. Zjeść coś. Coś wypić. Od rana do wieczora. I ten ciągle powracający ból, który we wszystkich tych codziennościach nie odstępuje mnie na krok. Ciągle pcha się przed oczy. Nie mogę się go pozbyć choćby na chwile. Nawet sen nie daje zapomnienia, bo i wtedy śnie o nim i rozważam, co będzie i jak będzie. Ani chwili spokoju.
Nie mogę przestać o tym myśleć. O tym ile jeszcze zostało w kieszeni i w życiu? Jak długo za to pociągnę? Jak długo jeszcze? Na ile starczy? Czarno to widzę. Mój świat od prawie zawsze był szary, ale teraz stał się prawie zupełnie czarny. Czarna jest moja przyszłość. I nic już jej nie rozjaśnia. Można tylko wziąć na przeczekanie. Zapić czas za ten ostatni grosz. Zapomnieć na pewien czas, choć nawet wtedy w radośniejszych chwilach podsycanych alkoholem, gdzieś tam z głębi mnie wyziera to ustawiczne pytanie: jak długo jeszcze?
