Słowa na wietrze
Musiałem poczekać na kolegę. Stałem przed zamkniętymi drzwiami jego firmy, w centrum mojego prowincjonalnego miasta i czekałem. A on się niemiłosiernie spóźniał. Stałem na pustej prawie ulicy, jak to zwyczajowo bywa rankiem. Prawie nikogo. Słoneczko pięknie świeciło. Był lekki wietrzyk. A ja usiadłem na murku i czekam na tego, co miał tu być już od prawie trzydziestu minut, a nadal go nie było. Tak tu się umawiać z baranami. Nie byłem zły, bo okoliczności przyrody były takie piękne, że to przymusowe oczekiwanie stało się nawet dla mnie przyjemnością. Postanowiłem poczytać gazetę, ale już okładka zapowiadała, że nie mam co liczyć na ucieczkę od polityki. Schowałem więc pismo do torby i postanowiłem zająć się czymś ciekawszym w odróżnieniu od wyborczych obietnic kandydatów, czyli obserwacją ulotki która fruwała sobie zalotnie przede mną, pchana z jednego końca ulicy na drugi. Raz była po prawej stronie jezdni, a raz po drugiej. Raz wzlatywała do góry, aby już za chwilę spaść i walać się wraz z innymi śmieciami w kurzu chodnika. Gdy przez zrządzenie sił natury ulotka wylądowała pod moimi nogami, mogłem zobaczyć na niej poważną twarz kandydata Jarosława. Kilka dni temu zawitał do mojego prowincjonalnego miasta wyborczy autobus. Bez kandydata na pokładzie, ale zawsze to ten słynny jarosławobus do nas zawitał! I to nie tylko jeden, ale nawet dwa autokary. Piękne i wielkie jak wielki jest urząd, do którego pretendują kandydaci. Autobusy przywiozły ulotki, a dzielni głosiciele dobrej nowiny kandydata, roznosili je wręczając przechodniom. Ale jak widać nie wszystkie ulotki trafiły do mieszkań wraz z potencjalnymi wyborcami. Portret smutnego kandydata okraszony jego ideami nie trafił do serc i umysłów mieszkańców mojego miasta. Trafił za to w znacznej ilości wprost na ulice. Powtarzając za Norwidem można by rzecz, że: ideał sięgnął bruku.
I przyglądałem się z zaciekawieniem wirującym na wietrze ulotkom reklamującym kandydata na prezydenta. I myślałem o tym, że można to zdecydowanie uznać za analogię do naszej polityki. Te wzloty i upadki. Te zmiany od prawa do lewa. Ustawianie się tak jak zawieje wiatr wyborczych oczekiwań. Raz się jest lewakiem a raz konserwatywnym katolikiem. Ale zawsze chce się wzlecieć jak najwyżej. Choć czasami wiatr przyciska do ziemi, jak tę ulotkę spoczywającą przez chwilę przede mną na chodniku. Co ciekawsze, dla mnie to, co obiecują obydwaj kandydaci ma takie znaczenia, jak ten świstek wyborczo – propagandowego papieru, unoszony przez wiatr. Ja wiem, że czy w pałacu zasiądzie Bronek czy Jarek to, i tak dla mnie będzie to miało niewielkie znaczenia. Ja wiem, że w poniedziałek i tak pójdę do pracy, tak samo pchany tam obowiązkiem przeżycia kolejnego miesiąca. Nie będzie miało dla mnie znaczenia, kto zasiądzie pod kryształowym żyrandolem, jeśli na stacji paliw znów mniej zatankuję za tę samą, co zawsze, dokładnie odliczoną sumę pieniędzy. Nie będzie dla mnie ważne, kto z nich jest bardziej lewicowy w znaczeniu socjalnym nawet, bo i tak wiem, że obaj zrobią dla mnie niewiele. Ja jestem im tylko potrzebny do głosowania. Do tego, żeby swoim głosem wrzuconym do urny zalegalizować trwanie państwa, jako zbiorowego pracodawcy urzędniczej armii. Po wyborach znów będę się tylko nadawał do płacenia w spokoju podatków.
