Daily Archives

2 Articles

dziennik pesymistyczny

Polityczna loteria

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój kolega trzy razy w tygodniu opłaca podatek. Od razu wyjaśnię, że nie jest on bynajmniej tak dobrym obywatelem naszej ojczyzny, która zawsze jest w potrzebie obywatelskich pieniędzy, że płaci daninę nawet jak nie musi. O nie. On po prostu opłaca w kolekturze podatek od marzeń. We wtorek, czwartek oraz w sobotę, dobrowolnie płaci kilka złotych by mieć nadzieję na swój dobrobyt. Pośrednio wspiera – oczywiście patriotycznie – własne państwo, bo przecież totalizator to instytucja państwowa, więc jego pieniądze z zakładów idą na szczytne państwowe cele. On wierzy, ma głębokie przekonanie, że kiedyś wygra.  Bo w zasadzie to jedyny sposób dojścia do dużych pieniędzy jak się nie urodziło z zamiłowaniem do kapitalistycznego wyzysku człowieka przez człowieka. On nie mówi o sobie, że jest hazardzistą, ale jakoś tak zawsze znajdzie czas i kilka złotych na ten zakład w grze losowej. Ostatnio zainspirowani doniesieniami prasowymi o tym, że w zakładach bukmacherskich można obstawić ewentualną wygraną jednego z kandydatów na prezydenta wpadliśmy na pewien pomysł. Może tak wykorzystać naszą narodową żyłkę hazardową w pożyteczny sposób. Jeśli frekwencja w pierwszej turze wyborów prezydenckich wyniosła niewiele ponad pięćdziesiąt procent to znaczy, że połowa z nas nie miała odpowiedniej motywacji do uczestnictwa w wyborach. A może właśnie wykorzystać to, że tak chętnie bierzemy udział w tak wielu loteriach? Może oprócz niewątpliwego szczęścia z wyboru prezydenta wszystkich Polaków, można by było wygrać w głosowaniu dodatkowo z kilka milionów złotych? Niech każda karta do głosowania stanie się też dodatkowo kuponem konkursowym! Zapewne wtedy znacznie więcej osób stanie przy urnach!

 

Co za szczęście niepojęte spotkałoby naszych obywateli? Nie dość, że frekwencja prawie stuprocentowa, to jeszcze prezydent wybrany! Nie dość, że tak wielu oddało swój głos, to jeszcze wielu zdobyło cenne nagrody! A ten najszczęśliwszy, co dobrze wytypował, kto zasiądzie w pałacu i miał jeszcze szczęście w losowaniu zdobyłby główną nagrodę. Że przesadzam? Nie wydaje mi się. Przecież już od dawna można w zakładach bukmacherskich obstawić czy kandydat prawy i sprawiedliwy stanie się naszym nowym przywódcą narodu, czy też może na platformie władzy stanie kandydat hrabia Bronisław. Czy dla podniesienia frekwencji wyborczej nie warto urządzić loterii? Przecież od dawna namawiają nas do głosowania różni aktorzy, wmawiając, że to tylko takie skreślanie i to takie proste, że jak nic trzeba się wybrać i kogoś tam – obojętnie, kogo – skreślić. Bo nieskreślenie to tchórzostwo. A tak, jak lud prosty mógłby wygrać telewizor plazmowy – na przykład – głosując na Bronka czy Jarka, to gwarantuję, że wielu by się zdecydowało na udział w wyborach, mimo, że nie ma swojego kandydata.

Niech w zakładach wyborczych można by było nie tylko typować, kto wygra czwartego lipca, ale także założyć się o przewidywaną frekwencję wyborczą. Można by było wygrać na przykład samochód, jeśli przewidzielibyśmy ile procent wyborców pójdzie w najbliższą niedzielę do urn z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku. U bukmacherów już dziś można obstawić też wiele nietypowych zakładów. Możemy się założyć o kolory krawatów, jakie będą mieli na sobie kandydaci podczas drugiej – zaplanowanej na środę – debaty telewizyjnej. A może tak zakładać się o wszystko, co ważne w polityce i gospodarce? Nie tylko zastosowanie zakładów podczas głosowania zwiększyłoby zainteresowanie wyborami, ale też możliwość zdobycia wymiernej nagrody mogłoby ogólnie poprawić zainteresowanie Polaków polityką. Obstawialibyśmy na przykład ile szpitali możne upaść w tym roku? Kto będzie najdłużej czekał w kolejce do lekarza specjalisty? Czy paliwo będzie kosztować pięć złotych za litr? Czy emerytury w dwa tysiące czterdziestym, będą wynosiły sto złotych? Możnaby sporo wygrać. A i świadomość polityczna Polaków znacznie by się zwiększyła. Wyobraźmy sobie sytuację, w której premier rządu zakłada się z ludem pracującym miast i wsi, że za trzy lata wybuduje sieć autostrad. Jeśli przegra i nie zbuduje to wypłaci po stówie wszystkim, którzy przystąpili do zakładu. Jeśli wygra to oczywiste, że dla wszystkich jest korzyść z tych nowoczesnych dróg. A on, premier wygrywa kolejną kadencję. W loteriach jest zdecydowanie przyszłość. 

dziennik pesymistyczny

Słowa na wietrze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Musiałem poczekać na kolegę. Stałem przed zamkniętymi drzwiami jego firmy, w centrum mojego prowincjonalnego miasta i czekałem. A on się niemiłosiernie spóźniał. Stałem na pustej prawie ulicy, jak to zwyczajowo bywa rankiem. Prawie nikogo. Słoneczko pięknie świeciło. Był lekki wietrzyk. A ja usiadłem na murku  i czekam na tego, co miał tu być już od prawie trzydziestu minut, a nadal go nie było. Tak tu się umawiać z baranami. Nie byłem zły, bo okoliczności przyrody były takie piękne, że to przymusowe oczekiwanie stało się nawet dla mnie przyjemnością. Postanowiłem poczytać gazetę, ale już okładka zapowiadała, że nie mam co liczyć na ucieczkę od polityki. Schowałem więc pismo do torby i postanowiłem zająć się czymś ciekawszym w odróżnieniu od wyborczych obietnic kandydatów, czyli obserwacją ulotki która fruwała sobie zalotnie przede mną, pchana z jednego końca ulicy na drugi. Raz była po prawej stronie jezdni, a raz po drugiej. Raz wzlatywała do góry, aby już za chwilę spaść i walać się wraz z innymi śmieciami w kurzu chodnika. Gdy przez zrządzenie sił natury ulotka wylądowała pod moimi nogami, mogłem zobaczyć na niej poważną twarz kandydata Jarosława. Kilka dni temu zawitał do mojego prowincjonalnego miasta wyborczy autobus. Bez kandydata na pokładzie, ale zawsze to ten słynny jarosławobus do nas zawitał! I to nie tylko jeden, ale nawet dwa autokary. Piękne i wielkie jak wielki jest urząd, do którego pretendują kandydaci. Autobusy przywiozły ulotki, a dzielni głosiciele dobrej nowiny kandydata, roznosili je wręczając przechodniom. Ale jak widać nie wszystkie ulotki trafiły do mieszkań wraz z potencjalnymi wyborcami. Portret smutnego kandydata okraszony jego ideami nie trafił do serc i umysłów mieszkańców mojego miasta. Trafił za to w znacznej ilości wprost na ulice. Powtarzając za Norwidem można by rzecz, że: ideał sięgnął bruku.

 

I przyglądałem się z zaciekawieniem wirującym na wietrze ulotkom reklamującym kandydata na prezydenta. I myślałem o tym, że można to zdecydowanie uznać za analogię do naszej polityki. Te wzloty i upadki. Te zmiany od prawa do lewa. Ustawianie się tak jak zawieje wiatr wyborczych oczekiwań. Raz się jest lewakiem a raz konserwatywnym katolikiem. Ale zawsze chce się wzlecieć jak najwyżej. Choć czasami wiatr przyciska do ziemi, jak tę ulotkę spoczywającą przez chwilę przede mną na chodniku. Co ciekawsze, dla mnie to, co obiecują obydwaj kandydaci ma takie znaczenia, jak ten świstek wyborczo – propagandowego papieru, unoszony przez wiatr. Ja wiem, że czy w pałacu zasiądzie Bronek czy Jarek to, i tak dla mnie będzie to miało niewielkie znaczenia. Ja wiem, że w poniedziałek i tak pójdę do pracy, tak samo pchany tam obowiązkiem przeżycia kolejnego miesiąca. Nie będzie miało dla mnie znaczenia, kto zasiądzie pod kryształowym żyrandolem, jeśli na stacji paliw znów mniej zatankuję za tę samą, co zawsze, dokładnie odliczoną sumę pieniędzy. Nie będzie dla mnie ważne, kto z nich jest bardziej lewicowy w znaczeniu socjalnym nawet, bo i tak wiem, że obaj zrobią dla mnie niewiele. Ja jestem im tylko potrzebny do głosowania. Do tego, żeby swoim głosem wrzuconym do urny zalegalizować trwanie państwa, jako zbiorowego pracodawcy urzędniczej armii. Po wyborach znów będę się tylko nadawał do płacenia w spokoju podatków.

 

Ja już w nic nie wierzę. Za dużo było zawiedzionych nadziei. Wiem, że kogo bym nie wybrał to i tak wybieram mniejsze zło. Wiem, że i tak bez znaczenia będzie to, kto będzie prezydentem tego kraju, jeśli ja i tak będę się zastanawiał, jak przeżyć za to, co uczciwie zarabiam przez najbliższy miesiąc. Nie zmieni się nic. Mam wrażenie, że podczas ostatniej debaty telewizyjnej słuchałem nie dwóch kandydatów a jednego. Bo obiecywania nie było końca i zapewnień o świetlanej przyszłości nie było końca. A przecież każdy wie, kto choć raz słyszał aktora z pewnej reklamy, że: tylko to mamy za darmo, co zrobimy sami. Tak oto myślałem o wielkiej polityce obserwując nieważną i teraz śmieszną tylko ulotkę wyborczą tańczącą na wietrze. Czy ona tym tańcem też coś obiecywała? Czy to kolejny przejaw kampanii wyborczej? Najważniejsze, że doczekałem się na kolegę. Przyszedł mój przyjaciel spóźnialski i udaliśmy się razem na spotkanie w jego firmie. Po drodze minęliśmy na ulicy sprzątacza, który wielką miotłą zamiatał na swą szuflę ulotki smutnego kandydata, aby potem wrzucić je do wielkiego wora ze śmieciami. Gdy go mijaliśmy usłyszałem jak sprzątacz mruczy pod nosem z wyrzutem nie wiadomo, do kogo: przyjechali, naśmiecili – a ty człowieku teraz po nich sprzątaj.