Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Ty polityku!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

-Ty to gadasz tak całkiem jakbyś był przynajmniej politykiem jakimś – usłyszałem jak starszy jegomość zwraca się do swojego kolegi wyraźnie nie zgadzając się z poglądami,które ten pierwszy był łaskaw zaprezentować. Zacne grono dyskutantów, jak co rano zasiadało na jednej z ławek w miejskim parku. Starsi panowie, w zdecydowanej większości, choć zdarzały się tez panie, omawiali w przyjemnych i nieprzyjemnych czasami okolicznościach przyrody ogólną sytuację polityczną w naszej ojczyźnie oraz poza jej granicami. Takie emeryckie kółko dyskusyjne jakich wiele. Wcale nie podsłuchiwałem, słyszałem tylko, bo trudno jest nie słyszeć jak ktoś prawie krzyczy. A że ławek nasza władza municypalna poskąpiła w tej części miasta, z konieczności  siedziałem blisko. – Ty to już naprawdę, gadasz takie bzdury jakbyś był politykiem czy innych urzędnikiem państwowym – kontynuował głosem oskarżycielskim jeden z panów dyskutantów. – A co zazdrościsz? –ripostował drugi – jakbym chciał to i ministrem mógłbym zostać . – Nawet premierem! – dodał. Myślałem, że usłyszę śmiech, wykpiwający tego ambitnego premiera z nizin społecznych, ale nic takiego się nie stało. Zamruczało,zahuczało towarzystwo i w końcu jeden z nich wyartykułował oburzenie które w nich narosło. – Słuchaj no ty, ty kłamiesz jak najprawdziwszy polityk! Ty jak nic w ministra, czy urzędnika możesz iść! – padło oskarżycielsko wypowiedziane słowo.– Ano mogę! – odparł ten, do którego inkryminacja się odnosiła. Po czym wstał…i poszedł. – Żegnam Panów! – rzucił na koniec w stronę kółka dyskutantów z parkowej ławki.  Po tym wybuchu złości, na ławce przycichło i parkowi sprawozdawcy i opisywacze rzeczywistości zabrali się za omawianie sytuacji w służbie zdrowia.

Mnie jednak wciąż nie dawał spokoju ten zasłyszany niedawno nowy epitet. Jak widać po reakcji tego, który wstał i poszedł, określenie go politykiem czy urzędnikiem państwowym miało bardzo pejoratywne znaczenie. Czyżby nasze nowe słowo obraźliwe? Już nie wystarczy: ty świnio, palancie, tłuku, złodzieju, kłamco… teraz doszło jeszcze: ty polityku? Z ławkowej dyskusji wynikało, że panowie utożsamiali kłamstwo z polityką. I pewnie dlatego jeden z panów nazwany politykiem tak bardzo się obraził. Ale czemu tu się dziwić jak sami politycy kłamstwo usprawiedliwiają.Przypominałem sobie, że kiedyś przeczytałem i zanotowałem pewną wypowiedź polityka, który myśli zapewne o sobie, że jest prawy i sprawiedliwy. Oto fragment: kłamstwo wyborcze w znaczeniu składania obietnic i deklaracji bez pokrycia, (…) takie obietnice i deklaracje składają wszystkie partie i wszyscy kandydaci, gdyż jest to pewien STANDARD kampanii wyborczej w systemie demokracji medialnej. Powiem więcej, Konstytucja RP oficjalnie przyzwala na kłamstwo, skoro poseł zawsze może powiedzieć swoim wyborcom (w jego okręgu), że nie spełni swojej obietnicy wyborczej, gdyż jest przedstawicielem całego suwerena, a w interesie narodu jest, by tej obietnicy nie spełnić. To samo może powiedzieć partia, a jedyną konsekwencją jest ewentualna przegrana w kolejnych wyborach.

Fajnie być takim suwerenem i w interesie narodu kłamać. Tylko potem chyba nie należy się dziwić,że lud, naród, społeczeństwo… czy jak to nazwać zaczyna się przyzwyczajać, że polityk to kłamca i te dwa słowa stanowią dla ludzi zwyczajny synonim. Jeśli kłamstwo jest dopuszczalne, to jak można wierzyć, że kiedykolwiek mówią prawdę? Czyli można założyć, i tak pewnie zrobiło parkowe towarzystwo dyskusyjne, że kogoś kto notorycznie mija się z prawą dla jakichś swych mitycznych, wyższych celów może być nazwany politykiem lub urzędnikiem. Może to jest uogólnienie. Ale nazwanie kogoś wariatem, też nie definiuje do końca i na stałe jego stanu umysłu. Tak kłamliwy jak polityk może być ten, kto dla swych prywatnych celów kłamią i obiecuje coś czego nie chce nawet dotrzymać. To ciekawe, że teraz nie trzeba już używać słowa kłamca, można powiedzieć: polityk. Tak przynajmniej uważa ławkowe koło dyskusyjne emerytów. A że starość , to jak mawiali w szkole,mądrość… to chyba coś w tym jest.

dziennik pesymistyczny

Nie nie stać mnie na Ciebie…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem czy mnie na ciebie stać? Zastanawiam czy nie za wiele ode mnie wymagasz. Ja, choć może nie wygląda na to,nie jestem aż tak zasobny, aby stać mnie było na twoje utrzymanie. A tych chcesz coraz więcej i więcej. Żebyś przynajmniej o mnie zadbała. Żebyś o mnie tak częściej niż raz na cztery lata przypominała sobie, o moim istnieniu, to może jeszcze bym cię mógł znieść. Ale tak? Mówisz tylko: daj, daj… A ja skąd ci wezmę jak nie ma. Piszesz do mnie tylko jak chcesz pieniędzy. A ja tak czasem chciałbym dostać od ciebie jakiś najmniejszy dowód tego, że moje skromne istnienie ma jakiekolwiek dla ciebie znaczenie poza tym finansowym oczywiście.Tak się tobie przyglądam i zastanawiam się czy ja jestem tyko dla ciebie poddanym ,czy ty też mnie tak kochasz jak wmawiasz mi żebym ja cię kochał i bezgranicznie ci wierzył. I ja, jak jakiś głupi ci wierzyłam. W szkole, na akademiach, w harcerstwie, w innych szalonych organizacjach… Wierzyłem w ciebie i ufałem ci. Miałaś się mną opiekować. A teraz, gdy tylko chcę coś od ciebie,gdy tylko coś wymagam za moje pieniądze i poświęcenia, ty od razu się obrażasz i zaczynasz do mnie pisać smutne i czasem wrogie listy.

Ja uczyłem się, potem pracowałem i płaciłem na twoje zachcianki. I przez całe moje życie słyszałem tylko, że jesteś w kryzysie i nie mamy pieniędzy. Bo to jest tak, że jak ty wydajesz toja nie mogę się sprzeciwić, ale jak zabraknie ci kasiorki na twoje liczne zachcianki to winni jesteśmy wszyscy. Wszyscy ci płacą, choć tak niewielu ma do ciebie dostęp. Nie, nie jestem zazdrosny. Ja rozumiem, że bardziej kochasz tych,co po trupach do celu. Takich, co to potrafią z powodzeniem trwać na posterunku,aby cię wspierać. I choć wiatry historii wciąż wieją z różnych kierunków oni zawsze jakoś tak potrafią się ustawić, że niosą flagę z twoim imieniem zawsze pod wiatr. Tyle lat ci się przyglądam i mam wrażenie, że przy tobie, tam w wielkich domach i pałacach wiąż ci sami są przy tobie adoratorzy. A ja, jak wielu, mam cię kochać tak raczej platonicznie, z daleka. Kochać i płacić. Bo twoje utrzymanie nie jest wcale takie tanie. No dobra, może bym jeszcze zniósł to,że muszę wykładać coraz większe pieniądze na twoje utrzymanie gdyby chodziło tylko o ciebie. Może jakoś bym przeżył tych, co są przy tobie najbliżej, którzy cię reprezentują. Ale naprawdę wnerwia mnie, że mam za swoje ciężko zarobione pieniądze utrzymywać armię pasibrzuchów, których jedyną kwalifikacją do tego żeby być blisko ciebie i twojego stołu jest to, że są kogoś wujkiem, stryjkiem,siostrą, bratem, szwagrem, pociotkiem, znajomym…

No naprawdę, czy ty nie przesadzasz w szastaniu pieniędzmi tych, którzy co miesiąc ci płacą ogromne pieniądze na twoje utrzymanie? A żebyś coś w zamian miała do zaoferowania? Alenie! Ty tylko każesz się brać do roboty, zaciskać zęby, zaciskać pasek… i robić, tyrać by płacić i tak do późnej starości. Nawet jak zachoruję,  to na początku wyciągasz do mnie rękę po pieniądze, a potem łaskawie coś tam zrobisz, by raczej podtrzymać moją egzystencję, a nie wyleczyć. Ja naprawdę nie rozumiem jak tak można. Wmawiasz mi od dzieciństwa, że ty jesteś dla mnie najważniejsza, a okazuje się, że jestem dla ciebie tylko płatnikiem. Tym, który zapewnia ci byt. Dobrym tylko do czasu aż przestanę płacić. Wtedy szybko stanę się wichrzycielem, przestępcą,może nawet terrorystą. Bo ty jesteś okrutna dla tych, co nie chcą płacić na twoje zachcianki. Ty jesteś pazerna, bo jakbyś inaczej utrzymała siebie i ten wielgachny dwór, który de facto jest częścią ciebie. I dlatego, gdy patrzę na ciebie Polsko, władzo moja państwowa, gdy patrzę na twoje barwy i symbole wyznaję ze smutkiem, że mnie na ciebie nie stać. Ja jestem za biedny a ty chcesz żyć za bogato. No po prostu mnie na ciebie nie stać, Polsko.

dziennik pesymistyczny

Euro ocenianie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Najlepiej do euro 2012 przygotowane są lotniska, kolej – dobrze, a transport drogowy – dostatecznie- ocenił w telewizji minister transportu. Tak go słuchałem i przypominałem sobie siebie z czasów szkolnych. – Jak tam w szkole? – słyszałem pytanie rodziców jak tylko wróciłem do domu. Jak nie zaspokoiłem ich ciekawości standardowymi odpowiedziami w stylu: normalnie , lub wszystko w porządku,  to niestety musiałem się pochwalić swoimi osiągnięciami w nauce. – Z polskiego dostałem piątkę, z historii czwórkę, z matmy dostatecznie – recytowałem w nadziei, że tą piątką zatrę złe wrażenie z oceny na matematyce. Ale oczywiście nic z tego! Ojciec zawsze zaczynał kazanie o tym, że powinienem przynosić ze szkoły same oceny bardzo dobre. – To żadne tłumaczenie, że z polskiego masz piątkę, jak zawsze z matematyki najwyżej trójkę – słyszałem. Miałem też kiedyś przełożonego w firmie w której pracowałem, który też ukochał prawić nam kazania w stylu mojego ojca.– To nie szkoła, tu wszystko mam być zrobione na piątkę. Co to za uczniowskie tłumaczenie, że choć z matmy jest trójka ledwo, to za to z historii mamy same piątki – mawiał. – To nie podstawówka! Nie można się tak tłumaczyć. No proszę,jednak można! Dawno już nie widziałem mojego ówczesnego przełożonego, ale teraz bym mu powiedział: – No widzi pan, można! Jak najbardziej można się tak tłumaczyć. Jeśli minister, powtarzam minister tak się tłumaczy ,to i ja mogę.  – Niezbędne przygotowania do euro 2012 zostały wykonane w stu procentach – powiedział premier. Ale za chwilę dodał , że „Polska jest jeszcze daleko od finału”. Czyli w zasadzie jest  gotowa,  ale jednocześnie nie jest gotowe. Przyznaję, to jeszcze lepsza logika niż te wyliczanki z ocenami jak w szkole. Boże, żebym ja mógł się tak tłumaczyć w pracy jak premier czy jego minister. – Co prawda miałem dla pana wykonać to co pan zamówił, mam to w stu procentach, ale nie dziś tylko za kilka dni, bo jeszcze nie skończyłem –mawiałbym. Pięknie by było, ale niestety nie mogę ja nie jestem politykiem,nikt nie byłby dla mnie tak wyrozumiały.


dziennik pesymistyczny

Zastępczo doręczona niesprawiedliwość

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 8

Czy można zostać skazanym prawomocnym wyrokiem o spłatę długu, o którym się nawet nie wiedziało, że istniał? Czy można nawet nie wiedzieć że odbywa się nad tobą sąd?  Ależ można, i to w majestacie prawa. Procesuje nad d tobą tym e-sąd, na wniosek firmy windykacyjnej, która kupiła dług, o którym nie wiedziałeś lub o nim zapominałeś. Potem z mocy prawa następuje doręczenie zastępcze. No i płacisz dług z gigantycznymi odsetkami z mocy obowiązującego w Polsce prawa.

A oto przykład, opowieść o Janku Przeciętniaku. Jan miał żonę, ale rozwiódł się już przeszło dziewięć lat temu. Wtedy też zaczęły się jego kłopoty, ale on o tym przez te lata nie wiedział.  Bo nic mu nikt nie powiedział. Nikt do niego nie napisał. Nikt nie zadzwonił. Nikt go nie szukał,  aby mu powiedzieć , że jest coś komuś winny. Wręczyć mu pismo z sądu czy od windykatora. Wręcz przeciwnie, on żył w radości nowych związków. Nowej pracy. Nowego miejsca zamieszkania. Żyło mu się zdecydowanie lepiej, bo się uwolnił. Jan żył w pełnej i radosnej nieświadomości. Nawet nie podejrzewając, że gdzieś tam daleko ktoś czyha na jego pieniądze. Ale przecież państwo z jego prawem o nim nie zapomniało. Kapitalizm nie zapomina o tych, na których można zarobić. Tam gdzieś za jego plecami od lat rozrastały się jego długi, o których nic a nic nie wiedział. Rosły sobie i pęczniały z miesiąca na miesiąc i z roku na rok odsetkami, aby to co kiedyś było zaległością w niewielkich abonamentowych płatnościach np. za telewizję, czy za telefon, teraz stało się poważnym kilkutysięcznym długiem. Widać wszyscy czekali aż dług dojrzeje. Będzie wielki i dorodny. Aby go potem wyrwać od nieuświadomionych.

Jan mieszkał z żoną przy ulicy X, ale wraz z rozwodem zmienił miejsce zamieszkania i oczywiście zameldowania. Teraz mieszka w innym mieście i przy innej ulicy zgodnie z tym co ma wpisane w dowód osobisty.  Zgodnie z polskim dziwnym, ale obowiązującym prawem meldował się za każdym razem gdy się przeprowadzał. No i na ten ostatni jego domowy adres któregoś dnia przyszła gruba koperta informująca go, że ma oddać poważną sumę zaległości . Było to brutalne w swej wymowie pismo od komornika sądowego, który ostrzegał, że jak nie spełni się jego żądań, to zajmie panu wszystko. Wejdzie do jego domu wyłamując drzwi, a nawet przeszuka czy nie chowa gdzieś po kieszeniach gotówki.  – Jakie długi – zastanawiał się pan Janek. – Co to za firma mnie pozwała – dociekał, choć z pisma od komornika nie wynikało wiele. Ot tyle, że ma płacić i to szybko, bo jak nie to… Pan Jan przeprowadził śledztwo, a nie było to łatwe. Z prywatnego dochodzenia  wynikało i owszem miał zaległość za telefon,  którego używał dziewięć lat temu. Jego ex żona była tą odpowiedzialną w ich podstawowej komórce społecznej za opłaty, ale widać jakoś tak tych akurat nie zapłaciła. Umowa była na niego. Zrezygnował z usług operatora dziewięć lat temu, ale widać dług pozostał. Potem kupiła go firma windykacyjna, a gdy dług obrósł odsetkami zażądała pieniędzy.

Potem był e-sąd, ale całkiem realny wyrok i komornik.  O procesie nie wiedział pan Janek, bo wszelka korespondencja sądowa wysyłana była na jego stary adres. Dlatego cała procedura odbyła się bez jego udziału i wiedzy. Teraz może się odwołać, to prawda, ale komornik i tak zrobi swoje. A jak wygra, to się zobaczy. Bo komornik przecież bez problemu znalazł nowy adres pana Janka, firma telekomunikacyjna, potem windykacyjna, potem sąd, nie mógł sobie z tym poradzić, a komornik mógł. Ale ci pierwszy nie musieli dzięki doręczeniu zastępczemu.  To prawne „coś” polega na tym, że jeżeli listonosz nie zastawszy adresata w mieszkaniu (a jak miał pana Janka zastać, skoro on tam nie mieszkał od lat) zostawia w skrzynce pocztowej awizo ze wskazaniem, gdzie i kiedy sądowe pismo pozostawiono. Ale pan Janek nie dowiedział się o tym, bo tam nie mieszkał. Listonosz czynność zawiadomienia powtórzył z przewidywalnym skutkiem, bo pan Janek nie mógł być tam gdzie nie bywał od lat. Pan Jan pisma nie odebrał, ale dzięki tej sprytnej procedurze, doręczenie sąd uważał się za dokonane. I potem, już wyrok i komornik, który skutecznie w kilka dni, jak wynika z pisma, namierzył nieukrywającego się bynajmniej Janka. I tak na mocy prawa  możne odbyć się nad kimś sąd całkowicie bez jego wiedzy. – A najśmieszniejsze jest, że on to wszystko robi legalnie…–  to zdanie z komedii Stanisława Barei idealnie ilustruje działania firm windykacyjnych oraz e-sądów.

 

dziennik pesymistyczny

Poziom marzeń Adolfa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedy myślę o państwie do którego jestem przynależny, to pierwszym uczuciem jakie mnie ogarnia jest wstyd. Nie mogę spokojnie patrzeć na te igrzyska nienawiści, zacietrzewionej walki, obłudy, kłamstwa, pazerności oraz zwykłej głupoty. I choć jestem z tego narodu, choć czuję się z nim bardzo związany, choćby językiem czy historią, to  jednocześnie nie potrafię traktować państwa, ludzi w niektórych jego instytucjach, jako swoich, jako ze mną związanych, dla mnie pracujących. Nie czuję się częścią państwa, jestem, choć z przymusu w nim, to jednak staram się być od niego jak najdalej. – Ten poziom nieprawdopodobnego grubiaństwa to pańska zasługa, jeśli chodzi o polskie życie publiczne. Ten poziom nieprawdopodobnego chamstwa na poziomie marzeń Adolfa Hitlera o Polakach, o losie Polaków. To jesteście wy – mówił jeden prominentny polityk do drugiego równie wielkiego stanowiskiem w państwie polityka z sejmowej mównicy. Poziom grubiaństwa? Jaki poziom, tu już nikt nie trzyma poziomu. Wszyscy się raczej taplają w błocie nienawiści. A jak który wylezie na bardziej suche miejsce, czyli ma usta ponad błotem to od razu mówi o narodzie machając sztandarem z napisem hańba. I od razu dzieli na MY i ONI.  Wszyscy, którzy tam siedzą są winni. Niejedna, dwie osoby polityczne,  ale wszyscy. Winni poziomu w jakim odbywają się debaty nad losem tych, którzy są w tym państwie w zastraszającej większości. Jeśli tak ma wyglądać elita, to ja jej nie chcę. Nie wiem czy, i w ten sposób Adolf myślał o Polakach? Ale widać są tacy co wiedzą i doskonale znają miarę, przy której ktoś zasługuje na miano prawdziwego Polaka.  Już sama wiara tych maluczkich ludzików w drogich garniturach, że nadejdą jeszcze czasy, gdy to oni prawdziwi Polacy w odróżnieniu od tych mniej prawdziwych, dojdą do władzy jest przerażająca, ohydna i odstraszająca. Zawsze było źle w naszej polityce, ale przynajmniej miałem nadzieję, że będzie lepiej. Teraz już takiej nadziei nie mam. – Ja rozumiem, że człowiek, który był gotów wysłać własnego brata na śmierć do Smoleńska oraz zachęcał do stosowania aresztów wydobywczych jest gotów do każdej podłości – powiedział kolejny polityk na sali sejmowej.  I choć dyskusja w sejmie dotyczyła spraw bardzo ważnych dla wszystkich, dla tej niepolitycznej i w części niepaństwowej masy narodu, to jednak znów skończyło się na tym starym temacie ciągłej walki i mojego męczeństwa, gdy na to patrzę. Panowie, posłowie, panie posłanki, wysoki sejmie… ja nie mogę być z wami, nie mogę się do was przyznawać, ja choć jestem nikim, to w swej małości jednak nie mogę się stać częścią tego wielkiego państwa, bo mi je zohydziliście. Jesteście jego przedstawicielami, w większości zawodowo się tym zajmujecie, a przyzwalacie na coś takiego? No jak ja mogę brać was za swych przedstawicieli? Jakby to był incydent, to może bym zrozumiał, ale to jest dwudziestoletnia stała rozwoju. Jestem z tego miejsca, jestem częścią polskiej wspólnoty, ale coraz mniej jestem związany z polskim państwem rozumianym jako instytucja. Moje myślenie nie jest propaństwowe, ale bardziej pro narodowe, pro ludzkie, prospołeczne. Polityka, państwo… nie chcę z nim mieć nic wspólnego.  Ale jak wszyscy wiemy to niemożliwe. Dlatego chcę mieć z nim jak najmniej do czynienia, tylko tyle ile ono ode mnie wymaga. Potraktuję je jak zło konieczne, ale nie będzie już przeze mnie szanowane. I tego czasami najbardziej żałuję.

dziennik pesymistyczny

W gorącej wodzie kąpani?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zrobiło się ciepło. Zazieleniło się wkoło. Nie było już powodów oraz chęci siedzieć w domu. Postanowiliśmy wybrać się za miasto, nad wodę. – Tylko niedaleko – usłyszałem ,gdy brałem do ręki urządzenie do wyznaczania trasy, a w wyobraźni słyszałem już głos panienki z pudełeczka – za sto kilometrów skręć w prawo. Planowałem coś większego, ale fakt, ze względów ekonomicznych może lepiej jest wybrać jakieś mniej oddalone od domu miejsce potencjalnego wypoczynku? Przypomniałem sobie o urokliwym zakątku nad wodą. Kilka kilometrów za miastem, nad niewielką rzeką wśród pól uprawnych z łatwym dojazdem. Jeździliśmy tam w kolegami rowerami w dzieciństwie. Jest tam stara tama, pamiątka, po dawno już rozpadłym się młynie wodnym. – Ładne miejsce – oceniłem i pojechaliśmy. Miejsce było z daleka takiej jak je zapamiętałem, ale gdy już zaparkowałem samochód w stosownym miejscu, gdy stałem nad rzeką wszystko było podobne ale jednak inne. Tama, która przecinała kiedyś rzekę teraz była już tylko kupą kamieni. Wielkie drewniane bale wbite w dno, zamieniły się w niewielkie pieńki. – Czas upływa- pomyślałem. Wybraliśmy najmniej zaśmiecone pozostałościami po wielu imprezach przy grillach i ogniskach miejsce. I zaczęliśmy odpoczynek. Strumyk płynął z wolna, szumiały zioła, las. Siedziałem na kamieniu zanurzonym w wodzie i obserwowałem zaskoczony tym widokiem jaszczurki, wybiegające na kamienie aby tam wygrzewać się w słońcu. Szumiały pobliskie drzewa, szumiała woda opływająca kamienie w wodzie. Śpiewały ptaki. Kumkały żaby. Sielanka. Przyroda. I w to wszystko wjechał mi samochód wypełniony ludzikami młodymi, a jak wiadomo młodzież lubi się wyszumieć, więc ci bardzo szumieli. Ich auto powoli lecz systematycznie, przedzierało się w stronę rzeki po bezdrożach, które w zasadzie powinna pokonać dobra terenówka, a nie leciwy, lecz w dobrym stanie, wymuskany,  i od bajerowany, czarny , i sportowy w założeniach producenta i posiadacza też zapewne – samochód. Z za otwartych szyb łomotało coś, co przy znacznych chęciach można by nazwać muzyką. Z wnętrza pojazdu słychać było też, jak drużyna młodych wojów plus jedna dziewica(?) zachęcali się wzajemnie do podjechania jak najbliżej rzeki. No i się udało, ich dzielny czarny rumak, zwielokrotniony liczbą koni mechanicznych pod maską, mógł, gdyby tylko chciał, chłeptać wodę prosto z rzeki. Auto zatrzymało się na plaży. Muzę podkręcili. Wypadli młodzi wojowie z wnętrza pojazdu tak, jakby był to koń trojański. – Jaka woda – zawołali jeden, do tego, który pierwszy dotarł do rzeki.  – Eeeee, zimna – odparł ten wysłany na zwiady.  – Nie jest taka zimna– stwierdziła panieneczka zamaczając koniuszek palca w wodzie. – No, co ty jest zima – odparł ten pierwszy. – Pierdolisz, nawet ciepła – rzekł kolejny tester odmętów. – Ty się znasz!? No co ty,  zimna jest  jak lód – zdecydował kolejny. – Ja to bym się jednak wykąpała – znów przemówiła złotowłosa. -Eeeee kurewsko zimna woda – wypowiedział się kolejny. I tak trwało to ocenianie temperatury  wody w rzece dobre dziesięć minut. I gdy tak ich słuchałem z konieczności, bo przecież wcale im nie przyszło do głowy że mi przeszkadzają, naszła mnie refleksja. Doszło do mnie, że ja takie pytania słyszę od zawsze. Że to pytanie, nadwodne tradycyjne Polaków pytanie. – I co ciepła woda? – Słyszę po raz sto tysiączny i może w końcu choć raz bym się zdecydował na odpowiedź tym zbiorowym pytaczom. – A jaka ma być? GORĄCA??!!!! Taka jak w kranie w domu? Jak w wannie? Jak pod prysznicem? A może z pianką do kąpieli?! – cisnęło mi się w odpowiedzi na ich pytania bez sensu. No przynajmniej dla mnie bez sensu.  Ale jak zawsze przemilczałem z rozsądku. Nie wiem jak to jest, że jak na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, słońce świeci jak oszalałe, wydaje się rozsądnym, że woda w rzece ma ochłodzić to Polaków, to  zawsze ogarnia ich wątpliwość i pytają. -Zimna woda czy ciepła? – z nadzieją że będzie ciepła oczywiście. – Panie, panie GORĄCA, WRZĄTEK, NIE WŁAŹ PAN! – powinno się odpowiedzieć. A może nie, bo to pytanie – zimna woda? –to taki nadwodny polski rytuał,  a ja się wyśmiewam i złoszczę bez potrzeby?

 

dziennik pesymistyczny

Bezpaństwowiec polski

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kilka lat temu mój znajomy bardzo zdenerwował się na nasze państwo. To określenie chyba nie bardzo pasuje, bo „zdenerwował”  brzmi zbyt łagodnie.On, ten mój kolega, przypominał raczej tornado nerwów i wściekłości. Tę swoją furię na urzędników państwowych postanowił w jakiś spektakularny sposób zamanifestować, więc  niewiele myśląc (to określenie idealnie tu pasuje) postanowił zrezygnować z usług państwa tak w całości, generalnie.

W swej naiwności sądził, że może tak po prostu zrzec się polskiego obywatelstwa,  i z całymi tego konsekwencjami zostać  Polakiem z narodowości, ale bez polskiego obywatelstwa.  – Mam już dość! – pieklił się  – nie mogę być w jednym państwie z tymi urzędniczymi ignorantami. Tłumaczyłem jak komu dobremu, że on jest do naszego państwa przypisany jak chłop pańszczyźniany do ziemi i żadną siłą nie może dostać statusu bezpaństwowca. – Człowieku, tak czy inaczej, gdzieś musisz płacić podatki, jesteś cenny dla państwowości  – tłumaczyła mu nasza wspólna znajoma.  – Co najwyżej możesz zmienić to państwo na inne – mówiła. Ale on nie chciał zmienić, on chciał być niezależny od państwa. Żyć bez państwowej przynależności. Chciał być bezpaństwowcem.

– Piękna idea, ale niestety nierealna – tłumaczyli mu wszyscy. Ale przecież wszyscy wiemy, że jak Polak się uprze, to mu nie wytłumaczysz. Sam się musi przekonać. –  Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba że sam się go zrzeknie – cytował konstytucję i właśnie na jej podstawie chciał się tego naszego polskiego obywatelstwa zrzec. No i się już po niedługim czasie okazało, że faktycznie, zgodnie z „najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej” zrzec się to on może, ale  teoretycznie i to pod pewnymi warunkami . Plus oczywiście musi mieć zgodę urzędnika i to najwyższej rangi. Bo zawsze przecież jest ktoś, kto w państwie na coś pozwala i czegoś zabrania. To drugie oczywiście częściej niż to pierwsze. – Prezydent Rzeczypospolitej nadaje obywatelstwo polskie i wyraża zgodę na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego –znów cytując przepisy wskazywał drogę jaką chciał podążyć do celu. Co prawda miał już pewne wątpliwości na tym etapie, bo nie za bardzo wiedział dlaczego to prezydent ma wyrazić zgodę, na to żeby on przestał być obywatelem, skoro ma na to konstytucyjne przyrzeczenie? Ale postanowił mimo to sprawdzić. Od razu powiem, że naprawdę nie wiem, czy on wypełnił jakieś wnioski, i czy wysłał do prezydenta stosik potrzebnych dokumentów.

Spotkałem go kilka tygodniu później i spytałem czy już wyzbył się obywatelstwa i jest bezpaństwowcem. – Potrzebny jest dokument stwierdzający posiadanie obywatelstwa innego państwa lub przyrzeczenie jego nadania, wydany przez właściwy organ państwa, którego jest się obywatelem lub o którego obywatelstwo się występuje –rzekł jakby cytował przepisy. A że on nie chciał, jak wspominałem zamienić siekierki na kijek, to pewnie nie miał stosownych dokumentów. Urzędnicy podobno,nader życzliwie, wyjaśnili mu że przepisy państwowe uzależniają możliwość otrzymania zgody prezydenta na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego od tego,czy ma się przyrzeczone inne obywatelstwo. Czyli można tylko zmienić drużynę,ale zawsze trzeba w jakiejś grać. Nie tyle decyduje nasza wolna wola, chęć, czy potrzeba przestania bycia obywatelem, ale konieczne jest spełnienie określonych przepisami warunków. Takich warunków, które w praktyce uniemożliwiają uzyskania przez polskiego obywatela statusu bezpaństwowca. I było po sprawie. – Jestem niewolnikiem zakutym w dyby państwowości – skonstatował smutno.

Teraz go już nie widuję.Nie wiem gdzie przebywa. Wspólni nasi znajomi twierdzą, że mieszka obecnie w Anglii i pragnie zostać Brytyjczykiem. A niedawno dowiedziałem się z telewizji, że pojawiła się nadzieja pomocy w załatwieniu tego jego dawnego problemu ze zrzekaniem się obywatelstwa.  – Panu Palikotowi możemy tylko, i wyłącznie wtedy pomóc, jak będzie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego, wtedy mu pomożemy – rzekł pewien poseł. Gdy tylko usłyszałem te słowa od razu pomyślałem o moim znajomym! Przecież taki poseł mógłby mu pomóc! Jak wrogowi politycznemu chciał przy zrzekaniu się obywatelstwa służyć wszelką pomocą, to może załatwi też temu mojemu znajomemu zrzeczenie się obywatelstwa? Niepotrzebnie rezygnował i wyemigrował, zawsze można znaleźć w Polsce solidarnych, którzy pomogą.


dziennik pesymistyczny

Młody emeryt

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 22

– Cześć! Nie poznajesz kolegów? – usłyszałem za plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą jegomościa mniej więcej w moim wieku ,który jednak z twarzy, co stwierdziłem z przerażeniem,  był podobny zupełnie do nikogo.  Nawet się tym faktem niepoznawania uśmiechającego się do mnie oblicza specjalnie nie przejąłem, boja tak po prostu mam… przeważnie nikogo nie poznaję. To się chyba jakoś naukowo nazywa, jest to chyba nawet choroba. Prozopagnozja czy jakoś tak? Może mam jakąś  łagodną wersję? Albo to coś innego. Co by to nie było, to nie poradzę na to nic, że jak z kimś nie mam na co dzień kontaktu ,to go po kilku dniach nie rozpoznam na ulicy. – Nie poznajesz? – rzekł ze smutkiem ten, którego rzeczywiście nie poznawałem. Przeszukiwałem pamięć w celu dopasowania miejsca,sytuacji, okoliczności, zawodu, nazwiska lub imienia przynajmniej, do twarzy osobnika stojącego przede mną. Ale na próżno. Nic. No pustka zupełna. – Co tamu ciebie? Co słychać? – wypytywał koleś, a ja z głupawą pewnie miną odpowiadałem zdawkowo, wciąż się zastanawiając kto to jest.  Nie jest łatwo prowadzić rozmowę z nieznajomym, który okazuje się znajomym, a którego zupełnie się nie pamięta. –Pracujesz gdzie pracowałeś – pyta ten znajomy czy nieznajomy jak kto woli. I co takiemu odpowiedzieć? Przez całe moje zawodowe życie pracowałem już przecież w kilku miejscach, a za nic nie mogłem sobie przypomnieć w którym to etapie życia mieliśmy z tym jegomościem przyjemność się zapoznać. Uznałem, że najbezpieczniej jest podać aktualne miejsce pracy. – A co u ciebie? –zapytałem, aby uzyskać jakieś podpowiedzi. – Ja to już niedługo przechodzę na emeryturę – usłyszałem między innymi i to mnie najbardziej zastanowiło. Pan stojący przede mną wyglądał na mojego rówieśnika, a ja przecież nawet nie mam co marzyć o emeryturze, do której wiekowo mam jeszcze dekady, nawet bez zmian zafundowanych mi przez rządzących.  A tentu nagle na emeryturę się wybiera. – Albo się koleś tak dobrze trzyma albo może to mundurowy – pomyślałem i dzięki tej podpowiedzi mój krąg znajomych do identyfikacji znacznie się zawęził.  – A pamiętasz w szkole jak z N. kiedyś wybraliśmy się… – rozpoczął opowieść jegomość, a ja zdobyłem znów kolejną cząstkę układanki.  – Ze szkoły go muszę znać, czyli w moim wieku, ale z jakiej szkoły? – zastanawiałem się,  podczas gdy pan, prawie znajomy, ale nadal nierozpoznany snuł wspomnieniową opowieść o dawnych, wspólnie przeżytych czasach młodzieńczego buntu. Ale nie mogłem zrozumieć jak to jest, że on za niedługo na emeryturę a mnie więcej zostało niż mam za sobą lat pracy. Stał przede mną tryskający zdrowiem, wysportowany, pełen życia młody człowiek, a jednak w wieku przedemerytalnym jak wynikało z jego słów. – Niedługo, może oznaczać ,że za kilka miesięcy lub lat najwyżej, koleś zostanie emerytem.  Więc jak możemy mieć wspólne wspomnienia z dzieciństwa?  Jegomość musiałby być  ode mnie i od kolegów których jak się okazało wspólnie znaliśmy znacznie starszy. – Słuchaj, gdzie ty pracujesz? – zapytałem,bo mi ten wiek nie pasował do emeryta. W odpowiedzi usłyszałem że w służbach mundurowych. I nagle mnie olśniło. Nagle przypomniała mi się twarz i dopasowały sceny z młodych lat. – Arek! – wykrzyknąłem, choć po chwili zrozumiałem, że przecież rozmawiamy już kilka minut więc może on myślał, że ja wiem kim on jest.  – Nie poznawałeś – upewnił mnie w moim rozumowaniu. – Jakoś tak nie od razu skojarzyłem – starałem się wybrnąć. I tak sobie pogawędziliśmy chwilę jeszcze o tym gdzie pracuje, że już niedługo może zostać emerytem, że pewnie będzie łączył świadczenia emerytalne z inną pracą. Powspominaliśmy kolegów i znajomych. No i rozstaliśmy się przyrzekając sobie solennie że się zdzwonimy, choć pewnie każdy z nas wiedział że do tego niedojdzie. Gdy wracałem do domu przypomniało mi się, że ten właśnie Arek, ten mój nowo rozpoznany kolega, w szkole odpowiedział w ankiecie jakieś, czy innym wypracowaniu,że chciałby zostać emerytem. No takie miał marzenie i pomysł na życie. Nawiązywał tym do sceny z filmu Czterdziestolatek. Bardzo nas to wtedy, jego przyjaciół i kolegów ubawiło, bo wydawało nam się to wtedy takie nierealne ,że aż śmieszne.A tu proszę,  znów spotykam na swej drodze Arka, a ten jak najbardziej zrealizował, lub w najbliższym czasie zrealizuje marzenia z dzieciństwa!  Taki młody, no w moim wieku, a już emeryt prawie. Znów się przekonałem ,że źle wybrałem drogę życiową. Szkoły, studia, praktyki za półdarmo, praca od świtu do nocy… a do emerytury daleko, oj daleko… i to coraz dalej niż bliżej. – A trzeba było do służby mundurowej iść – pomyślałem. Ale człowiek nie chciał i teraz musi tyrać choć już zdrowie nie to co dawniej.

dziennik pesymistyczny

Pospolita zdrajców i pętaków?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nie wiem czy to ma sens, bo przecież i tak nikt się tym, co napiszę nie przejmie. No bo i po co miałby się ktoś przejmować zwykłym pospolitym obywatelem. Kim ja jestem jak nie tylko marnością nad marnościami, lichym przedstawicielem anonimowej masy płacących podatki, szarym człowieczkiem żyjącym na prowincji, czyli krótko-nikim jestem, po prostu. Czy ja mam prawo pouczać tych wybrańców narodu? Pewnie nie mam takiego prawa, bo oni przecież naznaczeni przez wolę narodu, a ja im uwagę zwracam. Oni elita, a ja marność. Ale ja już zwyczajnie, tak po ludzku, nie mogę słuchać ich bredni. Sam przez to doznaję jakiegoś zobojętnienia na tragedię. Już nie pamiętam że ktoś stracił życie, bo przez to ich co dzienne ględzenie zobojętniałem. Gdy z zażenowaniem przysłuchuję się sporom polityków, to po prostu zapominam o ofiarach. Mam wrażenie, że to tylko pretekst do walki. Do walki o władzę. Jestem zmęczony tymi wciąż nowym,  i jeszcze wymyślniejszymi oskarżeniami. Bo tu dnia spokoju nie ma. Jeden ten, co mu się wydaje, że jest prawy i sprawiedliwy, coś tam ględzi o premierze, który znalazł się na liście hańby, a za chwilę słyszę odpowiedź z drugiej strony o tańcach na grobach. Czy oni nie mają umiaru? Dziś znów kolejny wybraniec narodu uświadamiał mnie, że na czele polskiego rządu mamy zucha w krótkich majtkach. -Putin odwdzięcza się teraz dziś Tuskowi, traktując go jak pętaka – mówił ten wybraniec narodu, poseł na sejm. Czyli nie dość, że w krótkich gaciach to jeszcze pętak. Rządzi w Polsce pętak  w krótkich gaciach, a ja na to płacę podatki. Nie wiem czy takiego obrazu mojego rządu oczekiwałem. Poseł chyba wie lepiej, ale ja rozliczając się z fikusem coraz bardziej zaczynam się zastanawiać czy ja mam ochotę to finansować. – Kolaborantem Moskwy i zdrajcą jest premier Donald Tusk – powiedział w telewizji poseł prawy i sprawiedliwy. Czyli nie dość , że w przykrótkich gaciach, pętak to jeszcze kolaborant i zdrajca. Naprawdę trudno mieć zaufanie do państwa polskiego. Bo nawet ludzie z opozycji są tu „zdrajcami i odwołują się do cara”. -Ja uważam, że dobrze, że słowo zdrada wraca do polskiego języka – ocenił z kolei prezes prawych i sprawiedliwych. – Kolaboracja i zdrada to w istocie jest to samo – dodał. Ja już nie mogę. Po prostu jest mi za nich wstyd. Nie umiem już utożsamiać się z tym państwem. Nie mogę go porzucić, ale też nie mogę uznać za swoje. Proszę panowie, opamiętajcie się. Bo jak tacy jak ja, szarzy nic nieznaczący,  uwierzą w wasze słowa o tym, że Polską rządzą kolaboranci, zdrajcy i pętaki w krótkich spodenkach, to  przestaniemy was finansować. No bo i po co?

dziennik pesymistyczny

Własne prawdy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Polska to dziwny kraj – powtarzał po wielokroć mój kolega  z zagranicy,który choć nauczył się języka polskiego nadal nie mógł nauczyć się polskości. Szczególnie ten jego brak zrozumienia dla naszej specyfiki narodowej był widoczny podczas rozmów o polityce. On, ten mój obcokrajowiec, nie uczestniczył aktywnie w dyskusji. On po prostu co pewien czas zadawał innym dyskutantom proste jak mu się zdawało pytanie:ale o co chodzi? I nie brało się to jego niezrozumienie z niedostatecznej znajomości języka polskiego,  ale z tego, że on po prostu nie mógł zrozumieć jak my, Polacy, możemy bez przerwy i z takimi emocjami rozprawiać o sprawach absurdalnych czy wręcz abstrakcyjnych.  Za nic nie mogłem mu wytłumaczyć dlaczego ktoś mógłby być przekonanym o ostrzelaniu ogniem artyleryjskim pewnego rządowego samolotu. Jak tu gościowi z zagranicy wytłumaczyć racjonalnie, że jest możliwe,iż ktoś kto zginął w wypadku lotniczym w umysłach wyznawców staje się tym, który poległ za ojczyznę i został zdradzony o świcie. Jakaś mgła rozpylana nad lotniskiem, jakieś rakiety, jakieś eksplozje na pokładzie, jakieś doniesienia o strzelaninie tuż po katastrofie samolotu, że brzoza za wątła by o nią mogło się urwać skrzydło, że zdrada i że hańba. – Nic nie rozumiem – zwykł mawiać gdy przez przypadek zobaczył w telewizji relacje z kolejnej miesięcznicy wypadku czy jak chcieli inny zamachu. – O co im chodzi? – pytał z nadzieją że ja znam odpowiedź, a ja choć tu się urodziłem  i żyję tu już długo, to i tak nie wszystko rozumiem. – O prawdę – mówię mu w końcu– o prawdę im chodzi. – Jaką prawdę – pyta ten mój zagraniczniak znowu. – O ich prawdę, bo w Polsce każdy ma swoją prawdę, taką mamy wolność – odpowiadam mu,choć wiem,  że znów usłyszę, że nic nie rozumie i że Polska to bardzo dziwny kraj. Staram się mu tłumaczyć, że tu tak czasem jest . Że jak ktoś w coś uwierzy to nic go nie przekona do zmiany zdania. A on mnie pyta, czy on dobrze pamięta ,że ten co przemawia do tłumu to ten sam co jest posłem, choć opozycyjnym, to jednak posłem na sejm. No to mu mówię że tak, że to były premier i że teraz jest posłem. – To dlaczego on się zachowuje tak jakby walczył z okupantem? – pyta mnie, a ja nie wiem jak mu odpowiedzieć, bo przecież niedawno słyszałem jak ten gość mówił że „ zostali zdradzeni o świcie” i że już prawie całkowicie utożsamia się z tezą o zamachu na swego brata. Nie wiem, co mu odpowiedzieć , gdy słyszę jak ten  prawy i sprawiedliwy w swym mniemaniu,starszy pan, wciąż oskarża legalnie wybrany rząd o wszystko co najgorsze.  Jak wyjaśnić, że w jednej Polsce kochają się dzielić na nienawidzące się wzajemnie sekty. Na dwa lub nawet więcej społeczeństw. Że choć w jedności narodowej niby jesteśmy, to ciągle uwielbiamy się nawzajem wyzywać od zdrajców. Że choć żyjemy w jednym kraju,  to jedni z nas czują się wolni, a drudzy wznoszą modły do najwyższego aby im „ojczyznę wolną” raczył zwrócić. Jak tu zagranicznikowi wyjaśnić, że w jednym tragicznym wydarzeniu,  niektórzy polegli za ojczyznę, a niektórzy w wypadku lotniczym. Ja choć nie jestem już najmłodszy, i choć się tu urodziłem,i żyję wśród Polaków od lat, to nadal miewam takie dni, że nic a nic nie rozumiem.  Nie dziwię się więc wcale, że on też nic nie rozumie.