Komu dzwoni ten odpowie przed sądem za zakłócenie mszy
– Jakby ktoś pytał to od dwóch godzin jestem z tobą cały czas i pijemy sobie – wyszeptał mi do ucha przyjaciel. Wpadł do knajpy zdyszany, cały mokry od potu. Zrzucił płaszcz, usiadłszy przy stoliku zakrył się przed światem rozpostartą płachtą gazety. – Przepraszam, co się szanownemu panu przydarzyło – zapytałem wpatrując się tam gdzie za papierowym parawanem spodziewałem się jego twarzy. – Uciekam, kryj mnie – usłyszałem dyskretny szept. – Polej, musimy być wiarygodni w zeznaniach, że piliśmy, a ja trzeźwy jestem jak ryba – dodał. Spełniłem jego prośbę.
Po dłuższej chwili i po kilku głębszych trochę się uspokoiwszy, mój przyjaciel opowiedział mi co go spotkało. – Byłem w kościele i tam, tak w połowie mszy, zadzwonił mój telefon. Szukałem go po kieszeniach, w torbie a ten dzwonił i dzwonił. Gdy go w końcu zlokalizowałem i wyłączyłem, ten zaczął ponownie dzwonić. I tak kilka razy. Znów wyłączyłem i gdy podniosłem wzrok zobaczyłem, że wszyscy wierni zebrani w kościele, ksiądz przy ołtarzy, ministranci i nawet kościelny, wszyscy patrzą na mnie nienawistnym wzrokiem – opowiadał z przejęciem przyjaciel. – Wtedy zrozumiałem, że już po mnie. Uciekłem z kościoła co sił w nogach. A teraz błagam Cię mój przyjacielu, daj mi alibi, może policja uwierzy, że to nie byłem ja, że to nie ja tym telefonem w kościele dzwoniłem – dodał. I tak mnie prosił, tak prosił, że się zgodziłem skłamać organom, choć z natury jestem prawdomówny.
– A dlaczego sądzisz, że coś ci grozi za ten dzwonek telefonu w kościele? Przecież za to nie wsadzają do pierdla – spytałem, gdy już się nieco uspokoił. – I tu się szalenie mylisz przyjacielu – odparł. Po czym zaczął poszukiwać czegoś w torbie. Wyciągnął z niej tablet, coś tam na nim postukał i podstawił mi go pod nos. – Poważne zarzuty usłyszał 20-latek, który zakłócił mszę w kiełkowskim kościele (województwo podkarpackie). Mężczyzna w tracie obrządku zaczął głośno rozmawiać przez telefon. Oburzeni mieszkańcy wyprowadzili go z budynku, a następnie zawiadomili policję – przeczytałem z ekranu. Zamurowało mnie. Zaproponowałem żebyśmy natychmiast wypili, bo uznałem, że na trzeźwo ten świat zdecydowanie jest nie do przyjęcia.
– Ponieważ 20-latek sprzed budynku odjechał samochodem, funkcjonariusze ustalili, kto jest właścicielem pojazdu. Następnie zatrzymali mężczyznę. Postawiono mu zarzut złośliwego przeszkadzania w publicznym odprawianiu aktu religijnego – przeczytałem kolejne linijki artykułu. Nie mogłam uwierzyć. Wiele nieprawdopodobnych rzeczy widziałem, a o wielu słyszałem, przecież mieszkam w Polsce, ale coś takiego było dla mnie nowością.
– Teraz rozmowny wierny poniesie konsekwencje przeszkadzania we mszy. Oprócz grzywny może na niego zostać nałożona kara ograniczenia lub pozbawienia wolności – przeczytał zakończenie tekstu mój przyjaciel, bo ja trwałem w osłupieniu. Zabrałem mu tablet i sprawdziłem: tekst na tym portalu informacyjnym umieszczono 2 kwietnia 2015 o 12: 39, a więc to nie primaaprilisowy żart. – No to masz przyjacielu szczęście, mogłeś za to zakłócenie aktu religijnego przez twój dzwoniący niewczas telefon pójść pierdzieć w pasiaki – stwierdziłem. Postanowiliśmy wypić za ocalenie przyjaciela i za tego nieszczęśnika z kiełkowskiego kościoła w województwo podkarpackie.
