Pewien pan Władza zgubił na sali treningowej obrączkę. Niby nic w tym dziwnego. Każdemu może się zdarzyć. Ale w tym wypadku szukającemu w poszukiwaniach zaginionej własności postanowili pomóc inni przedstawiciele władzy. Do mieszkań pracowników ośrodka sportowego, w którym Pan Władza zgubił obrączkę, wkroczyli funkcjonariusze. Szukali zaginionej biżuterii.
Nad ranem do mieszkań pracowników ośrodka sportowego weszli uzbrojeni funkcjonariusze z nakazem prokuratorskim w ręku i przeprowadzili tam dokładną rewizję. Osoby, u których przeprowadzono przeszukanie, stały się podejrzane o przywłaszczenie tylko dlatego, że są pracownikami ośrodka w którym to Pan Władza zostawił obrączkę. Mundurowi szukali w spodniach i w surducie, w prawym bucie, w lewym bucie. Wszystko w szafach poprzewracali, macali szlafrok, palto macali. Pod kanapą, na kanapie. Szperali w piecu i w kominie, w mysiej dziurze i w pianinie – parafrazując klasyka. Zrobili to bardzo dokładnie. Zaglądali w każdy kąt mieszkań, sprawdzili każdą szafkę, komodę, łóżko. Potem policjanci zabrali podejrzanych na komendę, by ich przesłuchać.
Mimo takich zakrojonych na szeroką skale poszukiwań obrączki w mieszkaniach nie znaleziono, teraz mundurowi będą podobno przeszukiwać lombardy. Tak się zastanawiam, czy następnym krokiem funkcjonariuszy będzie przeszukanie mieszkań rodzin pracowników i klientów siłowni, potem rodzin ich rodzin, wszystkich ich znajomych, potem znajomych znajomych, następnie wszystkich mieszkańców miasta, potem gminy, w następnej kolejności przyległych gmin, województwa, kraju na koniec pewnie poszukiwania zacznie Interpol.
Pracownicy ośrodka są wściekli. Wzięto ich przecież za złodziei. Uważają oni – całkiem słusznie – że gdyby cała sprawa nie dotyczyła pana Władzy to prokuratura by się nią tak szybko i tak dokładnie nie zajęła. Funkcjonariusze i śledczy twierdzą jednak, że to rutynowa czynność i nie ma żadnego znaczenia, że to policjant złożył zawiadomienie o przestępstwie.
Kilka lat temu miałem włamanie do piwnicy. Zgłosiłem sprawę policji. Funkcjonariusze przybyli na miejsce przestępstwa. Spisali co mi tam zginęło i po pięciu minutach już ich nie było. Po miesiącu przyszedł list informujący o umorzeniu dochodzenia. Zapytałem telefonicznie policje jakie to czynności podjęto w sprawie kradzieży mojego mienia przez ten miesiąc. Funkcjonariusz rozmawiający ze mną telefonicznie poradził mi żebym napisał w tej sprawie pismo z zapytaniem. Napisałem i do dziś czekam na odpowiedz. To już prawie sześć lat tak czekam. Wnoszę z tego, że czynności operacyjnych było tak wiele, że opisanie tego zajmuje aż tyle czasu. Czekam. Bo co mam zrobić? Ja nie jestem przecież pan Władza, i na władze nie poradzę.