Ostateczne rozwiązanie, czyli to wszystko nie jest takie proste

Obublikował pavvel dnia

– To nie jest karwatwarz takie proste – rzekł do mnie przyjaciel, gdy mu zwróciłem uwagę na fakt, że zgodnie z jego wcześniejszymi zapowiedziami został mu jeden tylko lub aż jeden dzień życia.  – Niby technicznie jestem przygotowany, wiem co i jak, wszystko sobie zaplanowałem, nabyłem sprzęt i takie tam inne, to jednak zostawiam tu kilka spraw nierozwiązanych i to mnie tu jeszcze trzyma – ciągnął opowieść – więc jak wspominałem, to wszystko nie jest takie proste.

Mój przyjaciel jest jak ta sójka co się wybiera za morze. Od przeszło dziesięciu lat nosi się z zamiarem opuszczenia tego łez padołu na zawsze, ale jakoś tak za każdym razem zostaje jeszcze na trochę. Jeden z naszych wspólnych znajomy wypomina mu w takich razach, że jest jak jego – tego znajomego – babcia, która będąc okazem zdrowia umierała przez ponad trzydzieści lat, zapowiadając swoje odejście przy każdej rodzinnej uroczystości słowami: to już jest nasze ostatnie spotkanie, następnego już nie doczekam.

Przyjaciel też tak ma jak ta sójka z wyprawą czy wspomniana babcia z umieraniem. On od prawie zawsze miał zamiar pożegnać się z tym światem. Ale zawsze mu coś w tym przeszkadzało. A to zakochał się wielce nieszczęśliwie i już, już miał nas opuścić w sposób nagły choć spodziewany, a tu nagle okazywało się, że radykalnie się odkochał i samoegzekucja została na pewien czas odroczona. A to szarość i marność życia kazała mu statecznie się pożegnać, a tu się nagle okazało, że ktoś go na wódeczkę zaprasza, więc nie może odmówić i znów nici z odejścia. Ciągle coś mu przeszkadzało.

Pretekstów to opuszczenia rzeczywistości miał mój przyjaciel bez liku. A to wspomniane kłopoty miłosne, a to chorobowe, a to finansowe, a to prawnofinansowe. Można by jeszcze długo wymieniać. Tak czy inaczej przyjaciel żegnał się z życie regularnie, co pewien czas, z tym tylko, że za każdym razem przekładał datę ostatecznego rozwiązania.

Teraz też wpadł w podobny nastrój. Opowiadał mi miedzy jednym a drugim polaniem i wypiciem wódeczki, że oto na tym świecie szary człeczyna, taki jak on czy ja, robi wciąż to samo. Je, śpi, wstaje i chodzi do roboty, wraca z niej i znów się kładzie na spoczynek. Opowiadał że to taki cholerny i wielce niesprawiedliwy automatyzm odmóżdżający. Każdego dnia to samo. Każdy dzień jest do siebie podobny. I on, ten mój przyjaciel, nie może tego dłużej wytrzymać. To już znałem. Bardzo dobrze to znałem. Słyszałem te jego narzekania na świat doczesny już tyle razy, że doznałem kolejnego efektu kaczki, czyli spłynęło to po mnie jak woda. Jednak tym razem dodał jeszcze jeden powód rozstania się z rzeczywistością, który wydał mi się ciekawy i niepokojąca zasadny.

Wspomniał mianowicie przyjaciel o tym, że w wyniku ogólnonarodowego spisku, w którym prawie wszyscy obywatele naszego państwa są obelgami skierowanymi bezpośrednio w niego, doznał ogromnej straty finansowej, z której już pewnie się nie podniesie. – Widzisz bez tych pieniędzy czy jak mówi nasz ukochany lud pracujący miast i wsi pieniążków żyć nie sposób. A że ja nie posiadam i nie zapowiada się na zmianę tego stanu, to z tej przyczyny zaczynam tracić grunt pod nogami w sensie dosłownym – żalił się skutecznie mój przyjaciel. Jak wiadomo powszechnie, w naszej odrodzonej po wiekach PRL-u ojczyźnie nowym bogiem stała się mamona i kto jej nie posiada i w jej posiadanie efektywnie  wejść nie potrafi z różnych względów musi żyć w nędzy albo po prostu opuścić doczesność i nie narażać państwa i społeczeństwa na straty i przykrości obcowania z takim nieudacznikiem.

– Nie stać mnie na życie – zawyrokował mój przyjaciel i zadysponował następną kolejkę lekarstwa na melancholie, które zdecydowanie tylko koiło a nie leczyło. – Jak wspomniałem, technicznie to ja jestem przygotowany, mam co potrzeba, wybrałem dogodne miejsce i stosowny czas, ale to nie jest takie proste, bo to widzisz nie wszystko przeczytałem, nie wszystko dożyłem do końca. Na przykład w styczniu ma w kinach lecieć ten film co to go chciałem obejrzeć a tak… no sam rozumiesz. Po za tym nie zdążyłem się jeszcze ze wszystkimi pożegnać… a tu termin goni – wyjaśniał.

Popiliśmy zdrowo i rozstaliśmy się z uściskach. I choć przyjaciel żałował, że to nasze ostatnie spotkanie, to coś mi mówi, że się jeszcze z pewnością zobaczymy. Bo on przecież już tyle lat odchodzi a wciąż trwa w tej nierównej walce z rzeczywistością. Samotny bohater doczesności. I tylko myśl mnie taka dręczy, że wszyscy żyjemy jak na dworcu w ciągłym oczekiwaniu na ostateczny wyjazd, nasz lub naszych przyjaciół.