Dosyć
Nawet jak nic konkretnego nie robię to czuje się bardzo zmęczony. To mnie przygnębia. Te telefony. Te prośby. Ta konieczność. To że wiem, że muszę dokonać zmian i to, że nie chce ich zrobić. Jestem zmęczony swoim niezdecydowaniem. Także tym, że unikam problemów. Tym, że najchętniej uciekłbym od mojego życia w niebyt. Jestem zmęczony tym, że nie potrafię dokonać ostatecznego kroku. Męczy mnie życie. Każdy aspekt mojego życia jest dla mnie bolesny. Ale przecież innego mieć nie będę, więc nie potrafię się od bólu wyzwolić.
Nie jestem asertywny. Nie potrafię odmówić. I przez to czasem a nawet bardzo często robię rzeczy, których zwyczajnie nie chce robić. Odwiedzam ludzi, których nie lubię. Odbywam spotkania, które mnie dobijają psychicznie. Nawet podejmuje decyzje, które są dla mnie złe tylko dlatego, że nie chce nikogo urazić.
Mam bardzo silne wrażenie zbliżającego się końca. Nie jest to kolejne, tak u mnie częste i dla mnie charakterystyczne, uczucie egzaltacji nasycone myślami o tym, że jestem wielce samotny, wyjątkowo nieszczęśliwy, nikt mnie nie kocha a świat mnie nie rozumie. To całkiem coś nowego. Innego. Nie opowiadam o tym, a właściwie opowiadam o tym po raz pierwszy. To już jest dla mnie samo w sobie nowe. Bo ja przecież uwielbiam ten mój ekshibicjonizm emocjonalny. Tym razem wyzerowałem go i wszystko odbywa się w ciszy i spokoju i nie na pokaz.
Na początku zaobserwowałem u siebie przypływ nadnaturalnego dla mnie spokoju. Dosłownie wszystko mi zobojętniało. Nie interesował mnie dzień jutrzejszy, dzień dzisiejszy i znacznie mniej interesowałem się moją przeszłością. Zobojętniałem na świat. Podobnie rzecz się miała z ludźmi z mojego otoczenia. Kiedyś każdy kontakt wywoływał u mnie reakcje. Pozytywne lub negatywne reakcje, ale zawsze jakieś reakcje. Teraz nie miałem żadnych. Poza obojętnością.
Ponownie złapałem się na tym, że bezwiednie rozpocząłem układanie listy rzeczy, które chciałbym jeszcze zdążyć zrobić przed ostatecznym rozwiązaniem moich problemów. Ustaliłem, co jeszcze lub ponownie chciałbym zjeść. Co przeczytać, co wypić. Kogo odwiedzić. Gdzie pojechać, pójść, czego dokonać. Powstało w mojej głowie kilka takich list i co ciekawe przyłapałem się na tym, że bez wyraźnych ostatecznych myśli oraz gwałtownych emocji zacząłem odhaczać pozycje z listy.
Co ciekawe teraz dość dobrze sypiam. Nie do końca, nie rewelacyjnie, nie jak niemowlę, ale zawsze lepiej niż dawniej. Mam mniej natrętnych myśli, bo już mam pewność, że nic mnie nie uratuje i to paradoksalnie daje mi poczucie pewności. Wiem, że będzie, co mam być i to mnie w uspokaja. Osiągnąłem ten stan bez nadmiernej farmakologii, bez alkoholu, bez innych wspomagaczy nastroju. On po prostu się stał i jest. Jestem obojętny na świat. Chwiałbym wyłączyć świat tak jak wyłączą się światło w pokoju przed snem. Zobojętniałem zupełnie. Nawet jak się staram to tam w sobie, gdzieś głęboko w sobie, nie staram się. Chyba mam już dość.
– Dosyć – tak brzmiały ostatnie słowa Immanuela Kanta.
