Byłem, nie jestem i nie będę

Obublikował pavvel dnia

Teraz to ja już coraz mnie jestem. Teraz to ja zasadniczo jedynie byłem.  To ostatnie bardziej mnie określa. Nawet już nie marze o tym, że jeszcze kiedyś będę. Wiem jak jest ze mną. Nie uda się. Nie podołam. Nie będę. Tak jak już nie jestem. Teraz to już tylko byłem.

Tak dla przykładu. Nie jestem już od dawna, ale byłem dzieckiem. To akurat rzecz oczywista. Tak to już w życiu bywa. Ze mną niestety nie było inaczej. Z innymi moimi bytami nie jest już tak oczywiście. Byłem mężem, nie jestem. Byłem w związku z pewną uroczą panią, już nie jestem. Byłem kochany, teraz już tak nie jest.  Wszystkie te stany można opisać, jako: byłem.  I to jest mój podstawowy stan istnienia. Opisując moje teraźniejsze życie zawsze na początku trzeba dodawać słówko, byłem.

Nie mam uczucia zmarnowania życia.  Niczego nie żałuje.  Prawie wszystko, co się w moim życiu wydarzyło uważam za istotne, choć kilku spraw wolałbym nie doświadczyć.  Nawet jak odczuwam pewien żal za dawnym życiem, to bardziej, jako tęsknotę za tym, co przeminęło. Mam już sporo lat, nie tak dużo żeby poczuć się staro, ale już mogę spojrzeć na swoją młodość z dystansu.  Byłem przedszkolakiem. Dziś przypomniałem sobie tak bez wyraźnej przyczyny i skojarzenia to, że byłem w grupie przedszkolaków noszących dumne miano Muchomorków. Teraz to raczej już jestem takim starym muchomorem, czyli byłem muchomorkiem jestem starym grzybem.

Byłem uczniem, studentem, pracownikiem, stażystą, przedsiębiorcą, dyrektorem, specjalistom, koordynatorem.  Byłem kierownikiem, menadżerem, specjalistą. Byłem aktorem. Amatorem aktorem byłem jedynie, ale byłem. Wiem, że to dziwne dla wszystkich, którzy mnie znają, bo moja wrodzona nieufność, chorobliwa nieśmiałość nie bardzo predysponuje mnie do bycia aktorem, ale wtedy dawałem radę. Miałem sporo zawodów, nie dziesiątki jak mój idol w pisarstwie, ale sporo. Byłem na różnych stanowiskach i w różnych firmach.

Miałem religijne objawienie. Tak dla mnie to też zaskoczenie i zupełna nowość. Ale spokojnie. To nic z gatunku wizji. Zwyczajnie śniłem, a w zasadzie to niezwyczajnie przyśnił mi się sam Bóg. Tak przynajmniej się przedstawił. Co dziwniejsze wyglądał dokładnie jak ja. Z tym tylko, że był zdecydowanie ode mnie przystojniejszy w pełnym wymiarem tego słowa.

Patrzę ja na niego, on na mnie. Dziwna taka sytuacja.  Całkiem jak gombrowiczowska wojna na miny.

– Tak, to ja – mówi On do mnie.

– Przecież Ciebie niema? – odpowiadam mu zdziwiony.

– Ależ jestem – rzecze mi ojciec z niebiesiech radośnie – Przecież widać, że jestem.

–Ty do mnie w konkretnej sprawie? – pytam ja jego

– Tak – On na to – chciałem cię tylko poinformować, że ty już teraz nie będziesz, nie jesteś, a tylko byłeś.

No i się obudziłem. Dopowiem tylko, że byłem lekko zaskoczony. Byłem też lekko przerażony. Ale byłem… to chyba dobrze?