Jego raison d’etre

Obublikował pavvel dnia

– Nigdy nieprzestane jej kochać – powiedział całkiem spokojnie. Stał tak w tej swojej żałobnej czerni i z każdą minutą wyglądał coraz starzej. Zawsze to powtarzał, gdy był w takim wspomnieniowym nastroju, więc i tym razem nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. Zwyczajnie tylko to co powiedział usłyszałem i tyle.

Nie musiałem go nawet pocieszać czy robić cokolwiek innego. On tego nie oczekiwał, a ja na tyle do tego przywykłem, że w zasadzie zobojętniałem już na tą jego wieczną miłość do kobiety, która od niego odeszła. Zobojętniałem na to gadanie prawie tak bardzo jak na jego przedłużające się rozstawanie się z tym światem.

Gdy stracił to, co dla niego było najważniejsze, to co motywowało go do życia, to po prostu przestał żyć. Przestał pracować, planować, zarabiać, uczestniczyć i bywać. Bez tej miłości zatracił się w powolnym odchodzeniu. Nie było mu spieszono, ale też nie miał złudzeń, że wcześniej czy później ta autodestrukcja zaprowadzi go poza kres żywota.

Powtarzał wielokrotnie, że to nie była niczyja wina, że jak już ktoś zawinił to tylko on, a właściwie to wszystko, co w nim było. To, co nie pozwalało mu odpuścić, gdy trzeba było to zrobić i zawalczyć, gdy trzeba było o coś powalczyć. Nie winił nikogo, no może tylko los, Najwyższego czy przeznaczenie, które po stracie tej jego wiecznej miłości, nie pozwalało mu już żyć normalnie.

Ja wiem, że w ogólnym założeniu: co się odwlecze to nie uciecze i że wszystkich nas czeka taki sam koniec, ale on to już zdecydowanie przesadzał z tym swoim codziennym memento mori. Jednak nie można mu odmówić konsekwencji. Odkąd trzy lata temu z powodu nieszczęścia czy zawodu miłosnego dodatkowo wzmocnionego chorobą opuściła go chęć do życia, to trzeba przyznać, że robił konsekwentnie wszystko żeby jak najdalej zajść w autodestrukcji.

Nie wspominam tu tylko o tym jego zapijaniu się, upartym, wręcz maniakalnym, bo przecież za często mu w tym towarzysze żeby robić z tego powodu jakieś zarzuty, ale podziwiam tą jego konsekwencje w uśmiercaniu wszelkich kontaktów społecznych z jego skromną osobą.

Teraz w tej nowej dla niego sytuacji zrobił rzeczy, na które nigdy wcześniej by się nie odważył. Nie pracował, bo nie można w jego stanie pracować, a na leki i lekarzy go nie stać, bo nie pracuje. Pił ździebełko za dużo, za często i za mocno. Kochał się za bardzo przypadkowo i nazbyt przelotnie. Za często też wspominał w towarzystwie o tym, że bojkotuje etykę tresowanego psa, co na pewno nie przysparzało mu nowych przyjaciół. Czytał za dużo, pisał za dużo… tylko żył za mało. A do tego uparcie wciąż był samotny. Teraz to było jego raison d’etre.

– Mam lękowego kaca po wczorajszym – rzekł ponownie wyrywając mnie w zamyślenia. Znów na niego spojrzałem, przypominając sobie jednocześnie jego szarpiące serce opowieści z tych dni, gdy po raz pierwszy od szesnastu lat został zupełnie sam. Mając do towarzystwa tylko zdjęcie w ramce stojące na kredensie oraz telewizor, jako towarzysza rozmowy.

– Próbuje robić różne rzeczy. Próbuje żyć normalnie, ale normalność zdecydowanie nie jest dla mnie w obecnej sytuacji. – To pewnie, dlatego, że jestem na to wszystko za stary, tak sadzę – powiedział zdecydowanie za spokojnie, co było trochę przerażające.

– Parę lat temu coś się popsuło, i ja wiedziałem, że jest źle, lecz zamiast coś zrobić nie zrobiłem nic ponad to, że dawałem jeszcze więcej miłości. Myślałem, że jeśli nawet wydarzyło się coś złego, to po prostu się wydarzyło i chciałem o tym zapomnieć. A teraz wszystko się we mnie zapadło. Mam już tego dość – oświadczył na koniec. Nic nie odpowiedziałem, bo nic nie było już do powiedzenia.