Nieumiarkowanie

Obublikował pavvel dnia

Bez przesady. Nie cały czas. To, że czasem zdarzy się, i to od wielkiego dzwonu, to wszystko. Niekiedy coś tam wypije małego, nawet więcej niż coś małego, ale to nie czyni ze mnie alkoholika. Pijaka może, alkoholika nigdy. Może tylko hobbistę entuzjastę w tej dziedzinie – parafrazując klasyka. To wszystko. A jednak wiem, że grzeszę pijaństwem i nieumiarkowaniem. Choć przecież, jako niekoniecznie wierzący, powinienem nie mieć żadnych wyrzutów sumienia. To jednak coś we mnie jest takiego, że stawiam się nader często w pozycji penitenta.

– Tak, to prawda – mówi do mnie.  – Tak się raz zdarzyło. Może nawet więcej niż raz. I tak, przyznaje to ostatnie mogło wyglądać na takie, które skończy się tragicznie, ale nic się w zasadzie nie stało. A ja zrozumiałem ostrzeżenie i przynajmniej odczuwam żal i skruchę. Może to i mało, ale zawsze. Lubię to moje katolickie poczucie odpuszczenia grzechów, gdy żałuje i obiecuje poprawę.  I ja to całym serce sobie obiecałem.

Podobno pić trzeba umieć. Ja mimo wieloletniego doświadczenia nadal się jak widać było uczę. Ale przecież uczymy się przez całe życie. To też było nowe, choć zdarzające się już, doświadczenie. Czego się jednak nie robi dla nauki. Nikt przecież nie pije dla przyjemności – znów cytując znawców tematu.

Tak mam ostatnio. Tak się coś we mnie popsuło. Zapewne ze starości. Tak, wiem nie jestem jeszcze taki stary. Możliwe, ale najmłodszy też niż nie jestem. Tak czy inaczej, tak teraz jest, że jak już przekroczę te niewidzialna linie umiarkowania, a lubię to robić, to mnie odcina od rzeczywistości.

Lubię to uczucie balansowania na granicy po której przekroczeniu przechodzę w stan upojenia. Lubię jak tak mnie trzyma w razach a jednocześnie przyjemnie jestem rozhuśtany. I jeszcze to, że ja mam tak, że nie potrafię przestać. Nie patrz tak, wiem, że mogłem kiedyś. Pewnie teraz też to mogę. Mogę, ale coś mi tak w głowie podpowiada, że jeszcze po jednym i ulegam tym mamową. I wtedy jestem o tej jeden za daleko. Jak jeszcze się ruszam, jak rozmawiam, spaceruje, bawię się to jest ze mną dobrze. Źle jest jak na chwile przysiądę i nie jest to mój własny przytulny kącik. Wtedy jak mnie odetnie, jak padnie zasilanie, to robi się faktycznie niebezpiecznie. Ale przyznasz, staram się jak już tracić kontakt z rzeczywistością to w bezpiecznym środowisku.

Tak, wiem, że teraz tak nie było. Ale to przecież tylko niesprzyjające okoliczności. Taki splot wydarzeń. Coś, co nie powinno się stać, a jednak się stało. I tu faktycznie żałuje za grzech i obiecuje poprawę. No tak mnie jakoś zabujało. Starałem się złapać równowagę. Ale przyciąganie ziemskie wygrało z moją silną, w tym przypadku słabszą, wolą… I wyłożyłem się jak długi.

I dobrze, tak dobrze, że nic w zasadzie się nie stało. A przecież mogło. Jeszcze raz obiecuje poprawę i przepełnia mnie szczery żal. Jest w moim sercu wielka skrucha. Moja wina. Moja wina. Moja bardzo wielka wina. Mam tego świadomość. Ale cóż, jestem tylko człowiekiem. Z natury swej grzesznym. I choć się staram utrzymać w pionie, to czasem jednak upadam.  Ale przecież się też podnoszę. Czasem z pomocą. Za co serdecznie dziękuje. Czasem samodzielnie. Ale się podnoszę z upadku.

Następnego poranka jest rachunek sumienia. Obmyślam, jaki ja jestem nieodpowiedzialny. Jak sam się wkręcam i przez to cierpię katusze. I jest we mnie żal za grzechy. Mocne postanowienie poprawy. Szczera spowiedź przed samym sobą, przed innymi, i przed wiecznością, i czasem przed najwyższym. Ba! Mam nawet silne postanowienie poprawy. I potem ten kac. To jest dopiero pokuta. Łatwiej się upijać niż trzeźwieć.