W reakcja na piękno

Obublikował pavvel dnia

Żyje w ciągłym zagrożeniu. Bez jutro, bez przyszłości z godziny na godzinne. Ja tylko istnieje nic więcej. Naprawdę chce, chciałem w tym znaleźć jakiś sens, jakieś piękno. Naprawdę się staram. Czasem to wychodzi lepiej czasem gorzej. Wiem, że piękno po prostu jest same w sobie, nie trzeba się na nim specjalnie znać.

Mogę godzinami rozmawiać o zachwycającym mnie obrazie, o muzyce  która do mnie przemawia. Ale czy muszę się na tym znać? Nie. Nie muszę mieć w tej dziedzinie tytułu naukowego. Nie ma potrzeby żebym był w tej dziedzinie ekspertem, ważne żebym to czuł. Czuł całym sobą.

Piękno nie wymaga znawstwa. Piękno zwyczajnie jest. Albo to dostrzeżemy, albo pozostaniemy na nie obojętni. Dla mnie nie ma nic pomiędzy, ale to pewnie moje subiektywne zdanie, z którym jak zazwyczaj niewielu się zgodzi. Dla mnie coś, co jest piękne istnieje samo w sobie. Bez określenia i zakotwiczenia z rzeczywistości, czy raczej w doczesności.

Nie jestem pewniej czy to, co mnie zachwyca, co mnie poraża pięknem, naprawdę istnieje. Wielokrotnie ulegam złudzeniu lub nie złudzeniu, że piękno istnieje samo w sobie bez odniesień do tego, co nazywamy rwania w doczesności. Tak, tutaj napotkałem opór. Chyba bardziej tego nie potrafię na teraz wytłumaczyć.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy naprawdę lubię taka muzykę? Przecież wychowałem się i kształtowałem w innej zupełnie sferze i ta muzyka jest dla mnie kulturowo obca. Tak, to prawda. Nie jestem, i chyba nigdy nie byłem, przygotowany na taką muzykę. Co nie zmienia faktu, że mnie ona zwyczajnie zachwyca.  To nie znaczy, że się na niej znam. Nie znam się. Nie rozpoznaje gam, niuansów, wykonawców. Ja tylko ją zwyczajnie lubię, bo nawet nie kocham, a może coś więcej niż lubię, ale nie jest to jeszcze kochanie. To, co w niej jest, to coś pozwala mi myśleć i daje mi przekonanie, że to jest piękne.

Podobnie mam, że sztuka wizualną. Nie wiem, dlaczego dany obraz lub film mnie zachwyca. Tak już jest i nie ma na to racjonalnej odpowiedzi. To, co widzę przenika moją dusze, zaczyna mnie wypełniać radość i tak czuje to, co postrzegam, że chce na to patrzeć godzinami. A nawet jak już na to nie patrzę to ten obraz przechowuje w sobie latami. On jest ze mną i pozostanie we mnie na zawsze.

Poznałem nie tak dawno zachwycająco piękną kobietę. Bardziej dziewczynę. Tak piękną i tak zmysłową że ugięły się pode mną kolana na jej widok, a ja nie mam tak na co dzień. Nie mam też od święta takich zachwyceni. W zasadzie to nie pamiętam, kiedy tak miałem ostatnio. Prawdę mówiąc pamiętam, ale to już dawno tak było. Tak czy inaczej to ta nowo poznana była tak piękna, że dosłownie ugięły się pode mną kolana. Poczułem odrętwienie, coś zawirowało przed oczami (nie od alkoholu) i dostałem tego samego uczucia, które mam na widok piękna, że tak to określę nieożywionego.

To jak mówiła, to jak wygładzała, to jak się poruszała… ta jej słowiańszczyzna wschodnia… to wszystko mogło, i pewnie w jakimś tam sensie to  własnie sprawiło, na jakiś tam poziomie sprawiło, że poczułem się tak jakbym mógł się w niej zakochać. Ale przecież nie – coś we mnie powiedziało całkiem nie znienacka i całkiem nie niespodziewanie:  kim ja jestem żeby mieć, dotknąć, obcować z takim pięknem na co dzień. Nie zasługuje na nie, na nią. Mogę podziwiać z daleka. Mogę wzdychać i uwielbiać, ale nie mogę się zbliżyć. Chyba mam syndrom ćmy i świecy.

Tak, nie znam się na tym. Na pięknie. Nie potrafię skutecznie utrzymać przy sobie piękna tak wielkiego jak ona. Tak samo nie znam się na muzyce, którą jednak podziwiam i którą cenię, ale nie jestem muzykiem i nigdy nie będę przy muzyce na tyle blisko, żeby to uczycie mnie wszechogarnęło. Podobnie mam z pięknymi obrazami. Nie jestem artystą, choć coś tam przecież namalowałem, ale nie jestem na tyle zdolny, żeby to coś stało się tak pełne we mnie, że stanie się ze mną jednością. Nie potrafię do końca i w pewni coś stworzyć, tak w muzyce, tak w sztuce i tak w samo w miłości.

Kocham, ale niszczę związki. Nie potrawie utrzymać relacji. Mam wieczny i stały zachwyt, a nie potrafię tego ubrać w ramy codzienności, w realność. Nie potrafię skuć w jedno miłości do piękna i tego czegoś, co czyni realnym obcowanie z nim, na co dzień. Nie potrafię utrzymać piękna przy sobie. Jestem na nie wrażliwy, tęsknie za nim, czasem nawet je tworze na pewien czas, ale nic nie jest tu stałe. To, co piękne zawsze tracę. I choć bardzo żałuje, że nie mam z pięknem stałych relacji, to jestem wdzięczny, że przynajmniej za to, że rozumiem, że wiem, że mogę podziwiać piękno przynajmniej z daleka i przez pewien czas.