Obublikował pavvel dnia

Wtorek. Wczesne popołudnie. Postanowiłem powędrować i powędrowałem do lasu. Niedaleko, ale i nie blisko. Nie w żadne leśne ostępy, ale jednak jak najdalej od ludzi i cywilizacji. Chciałem być sam, a jednak kogoś tam spotkałem. Kogoś niespodziewanego.

Leżę sobie w wysokiej trawie nad rzeką. Czytam książkę popijając piwko. Wnet słyszę jak coś lub ktoś przedziera się przez chaszcze w moim kierunku i już prawie na mnie włazi. To znaczy w miejsce mojego nadrzecznego legowiska ukrytego w wysokiej trawie.  – To po to udałem się tak daleko od wszystkiego i wszystkich w leśne knieje, żeby teraz, choć przez chwile nie móc być sam na sam ze sobą i z przyrodą?  – myślę sobie wnerwiony. – Dżizus!, czy te ludzie to zawsze muszą mnie odnaleźć nawet w najgłębszej leśnej głuszy? Słyszę jak idą czy idzie rzecz jasna ku mnie. Hektary leśnej przestrzeni a oni oczywiście muszą rozbić się tuż za moimi plecami!

Hałas przedzierającej się przez zarośla istoty zbliżał się nieubłaganie do mojego ustronnego legowiska. Postanowiłem, że dam znać chłopinie czy też babinie. Znać dam, że jestem tu gdzie jestem i sobie nie życzę kontaktu z nikim. Teraz chciałbym aspołeczność celebrować. Wstaje, patrzę ponad trawą, i co widzę? Łoś! Najprawdziwszy łoś! Jak z kuriera wycięty…

Tak trzy metry ode nie stoi łoś i się na mnie gapi wielkimi gałami. Patrzymy tak na siebie. On na mnie, ja na niego i nie bardzo wiemy co mamy robić. On wielki jak koń. Ja przy nim mikry.  – O! Łoś! – wyrywa się ze mnie nie wiadomo, po co i na co. Zwierzak jak to tylko usłyszał to w te pędy rzucił się do ucieczki. Pobiegł korytem rzeki a następnie skoczył w nabrzeżne bagniska i już go nie było. Nawet foty nie dał se cyknąć… I kto teraz uwierzy, że dziesięć kilometrów od miasta spotkałem w lesie, nad niewielką rzeczką, wielkiego łosia? Sam w to nie wierze. A jednak. Łoś.