Przeczucie przemijania

Obublikował pavvel dnia

Przecież nie jestem tu sam. Jest moja rodzina. Są ci wszyscy, których w swojej próżności lubię nazywać przyjaciółmi. Są nieliczni znajomi, koleżanki, znajomi znajomych. Ale jak przyjdzie co do czego, to nawet nie ma z kim pogadać. Nic tylko wczołgać się pod łózko i pogrążyć się w rozmyślaniach o śmierci. 

Obudziłem się w celi własnego pokoju. Nie żebym go nie lubił, ale od pewnego czasu powroty do rzeczywistości, przebudzenia ze snu są dla mnie zanadto bolesne. Niezbyt dobrze wpływa na mnie świadomość tego, co nazywają istnieniem. Gdy tylko mój mózg zda sobie sprawę z tego gdzie, po co i dlaczego jest, gdy oprzytomnieje z nierealności, to jedyne co odczuwam to złość, że znów tu jestem i wszystko, co złe w moim życiu nie zniknęło w nocy. Lecz nadal trwa przy mnie by mnie dręczyć.

Sam już nie wiem czy nie wolałbym żeby sny były moim prawdziwym życiem. Przecież nawet taki płytki, nerwowy sen jest lepszy od rzeczywistości, bo czuje się w nim bezpieczniej. Ja nie tyle nie lubię swojego życia, co nie potrafię w nim być. Już rano wiem jak to dziś ze mną będzie. Wiem, że już za chwile zacznie się gonitwa za pieniądzem, nie z chęci zapewnienia sobie lepszego życia, ale tylko z chęci przetrwania. Bo choć czasem bardzo tego pragnę to nie potrafię pozbyć się przyzwyczajenia życia. Jestem tu ponownie każdego ranka. I to mnie zasmuca, ale przecież też i cieszy, bo jeszcze jest tyle do zrobienia, do przeżycia.

Właśnie. I ta cisza. Nie ma do kogo gęby otworzyć. Chyba za tym tęsknie najbardziej. – Wiesz co mi się dziś  śniło? – mówię na głos i nikt nie odpowiada. Jestem tu sam już dwa lata. I chyba najbardziej tęsknie za rozmową. A nawet tylko za możliwością wygadania się drugiej osobie. Za interakcją. Za widokiem kogoś, kto mnie słucha.

To nie tak, że ja nie chce tu zostać na dłużej. Ja po prostu nie chce tu być w ten sposób. Tu jest różnica. Wiem, że nic nie zmieni się już w moim życiu. Nie będzie lepiej. Nie będzie nagłego zwrotu w ramach cudownego uzdrowienia. Nie przyłącze się nagle do społecznego przymusu bycia jednakowym w ramach nagłego przypływu entuzjazmu. Nie pomogą cudowne medykamenty. Nie pomoże praca nad sobą. Będę tak tu trwał w tej wegetacji jeszcze miesiące a nawet lata. Słuchając o swoim lenistwie i wiedząc, że taki stan nie wynika z wrodzonego próżniactwa. Cóż, muszę się chyba z tym pogodzić, że nikt tego ani nie zrozumie, ani nawet nie będzie chciał zrozumieć. Dla społeczeństwa jestem przegrany, bo nieprzystosowany. Ale nadal nie wolno mi odejść. Muszę tu być, trwać na obywatelskim posterunku i odpokutować swoje nieprzystosowanie do walki i pracy.

Są takie dni, na które czekam, bo mam nadzieje, że tym razem będę dobrze. A jeśli nie dobrze, to przynajmniej przyzwoicie, lepiej niż zazwyczaj. A potem, wieczorem, jak już cały dzień przeleci to dochodzę do wniosku, że tak naprawdę do nie było tak wspaniale, tak przyjemnie i tak błogo jak to sobie zaplanowałem o poranku. Było raczej zwyczajnie, bez fajerwerków, nurząco. Bez większej przyjemności. I jeszcze raz to coś nie wyszło. Coś nie zadziałało.

Czasem marzę o tym żeby się wyłączyć i tak przez tydzień albo dwa po prostu nie być zmuszonym myśleć o niczym ważnym ani nie podejmować żadnych istotnych decyzji. Po prostu usiądź, siedzieć i kompletnie nic nie robić. Lub robić tylko to, na co będę miał ochotę. Ale niestety to marzenia nie do spełnienia. Być autonomicznym człowiekiem, całkowicie niesterowalny to tylko marzenie. Zawsze od czegoś coś zależy.

Nie cierpię wymuszonego działania w życiu. A dokładnie takiego życia. I tego, że nie ma żadnych, ale to żadnych szans na zmianę mojego losu. Mogę tylko trwać w tym albo nie trwać. Nie ma czegoś pośredniego. Przynajmniej w tej chwili nie widać takiej perspektywy.

Chciałbym zrobić jeszcze tyle rzeczy, i tylu rzeczy nie zrobię. Chciałbym zobaczyć morze. Posiedzieć z Tobą, coś wypić i zwyczajnie porozmawiać. Mam całą listę potraw, które chciałbym zjeść, filmów, których jeszcze nie widziałem, książek, których nie przeczytałem. Tak wiele jeszcze nie zrobiłem i tak wiele już nie zrobię. Życie bywa przygnębiające dużo częściej niż bywa zabawne.