Powroty do przeszłości
– Co nowego pytasz? A nic, a bardziej to niewiele nowego. Żyje teraz jak postać na planie serialu „Lalka”. Moja nowa okolica jest jakby żywcem wyjęta z kart powieści Prusa. W niczym nie kojarzy się z dwudziestym pierwszym wiekiem. Raczej z dawnymi czasami. Stuletnia kamienica. W towarzystwie innych równie starych. Te stare wyślizgane drewniane stopnie. Pochylona ze starości balustrada schodów. I tylko za oknem klatki schodowej widać nowoczesne samochody a nie bryczki i wozy drabiniaste. Poza tym niewiele tam nowego.
Wychudłem, pobladłem, posiwiałem, poszarzałem. Dostosowałem się do miejsca. Do życia w nowych okolicznościach. Przecież nie mogę zanadto odstawać od sąsiadów. Ciąży na mnie odpowiedzialność. W końcu mieszkam przy głównej ulicy miasta. W samym jego centrum. To zobowiązuje. Ciąży na mnie odpowiedzialność za pokolenia rodaków, którzy zasiedlali i kształtowali tą okolice od wieków. Wiadomo tradycja rzecz święta.
Sam wybrałem taki byt. Sam się tu wpasowałem. Sam sobie jestem winien. Bo pewnie jak zawsze ten eksperyment nie skończy się dla mnie najlepiej. Ale do nikogo nie mogę mieć pretensji. Wybrałem siebie, jako własne bycie. Posiadanie lub raczej brak posiadania, warunki zewnętrzne, zdeterminowały moje wybory.
Teraz i ja tu mieszkam w świecie dalece różnym od tego, do którego przyzwyczaiłem swoje ciało i umysł. Żyje jak na planie filmu o dawnych prostszych czasach. Męczy mnie niezmiernie utrata oczywistych dla współczesności udogodnień. Nawet niewielkie braki w tym do czego byłem przyzwyczajony odczuwam bardzo boleśnie. Jest takie powiedzenie, że człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego. Jestem tego doskonałym przykładem.
Są takie rzeczy i sprawy, które uważamy za oczywiste. Są z nami od zawsze. Jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Są oczywistą oczywistością – cytując klasyka. Nie zauważamy ich aż tego zabraknie. Takie dla przykładu ciepło w domu jest dla nas przecież sprawą całkowicie normalną i codzienną. Jest, bo jest i tyle. Ciepło w sensie ogrzewania. Zapominamy o tym jak łatwo możemy stracić takie oczywiste przecież udogodnienie.
Niekonieczna jest do tego żadna poważna katastrofa. Żadne tak huragany, trzęsienia ziemi, kryzys gospodarczy, żadne tam tragedie. Wystarczy kilka złych decyzji i nasz standard życiowy znacznie się obniży. Niby nic się strasznego nie stanie. Niewiele się zmienia, bo nadal mamy gdzie mieszkać. Nawet pod kilkoma względami jest lepiej. Pokój jest większy. Łazienka większa. Kuchnia większa. Samo mieszkanie jest w samym centrum miasta, a nie na peryferyjnym osiedlu. A jednak nawet utrata małej rzeczy ze standardu, do którego byliśmy przyzwyczajeni, jednaj małej sprawy, doskwiera boleśnie. A tu nie tylko to straciłem.
W moim przypadku dotkliwie odczułem zmianę systemu ogrzewania. W moim poprzednim domu jednym ruchem pokrętła przy kaloryferze w odpowiednim terminie grzewczym powodowałem, że w domu od razu stawało się cieplej. Było to łatwe, przyjemne i wygodne. W nowym miejscu jest inaczej. Może i nie gorzej, ale po prostu inaczej i to mnie niepomiernie wnerwia. Teraz mam tu w nowym miejscu ogrzewanie elektryczne i muszę pamiętać – ze względu na oszczędność, – że koniecznie trzeba je włączyć i wyłączyć o odpowiedniej porze dnia a w zasadzie też i nocy. Nieskończenie mnie to męczy. Choć to przecież – patrząc obiektywnie – drobna sprawa. A jednak ja odczuwam to, jako obniżenie standardu życiowego. No wnerwia mnie to niemiłosiernie po prostu.
Nie ma we mnie zbyt wiele skłonności do męczeństwa. Może kiedyś tak, ale teraz… Teraz – parafrazując znane powiedzenie – spada w mnie zapotrzebowanie na ryzyko, poświecenie a zwiększyło się zapotrzebowanie na święty spokój, stabilizacje i komfort. Utrata nawet najmniejszych życiowych udogodnień bardzo, ale to bardzo mnie wnerwia. No, tak już mam.
