Monthly Archives

24 Articles

dziennik pesymistyczny

Rocznicowe plusy i minusy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Dwadzieścia lat temu czwartego czerwca odbyły się w Polsce pierwsze prawie wolne wybory. Przez ten czas zmieniło się wszystko. To już jest całkiem inny kraj niż ten z przed roku osiemdziesiątego dziewiątego. Inny, ale nie taki, jaki sobie wtedy wymarzyłem. Czasem gorszy, czasem lepszy, ale na pewno inny. Gdy myślę o Polsce mam wrażenie, że jestem jak dziecko, które na urodziny oczekiwało kolejki elektrycznej, jako prezentu od rodziców  a dostało książkę. Niby wszystko jest dobrze, książka jest ładna, pożyteczna, ma obrazki i wiele można się z niej dowiedzieć, ale to nie ta wymarzona kolejka elektryczna.

Nie lubię mówić o tym, że taka polska, jaka mamy teraz nie bardzo mi się podoba, bo takie mówienie bardzo często prowadzi to tego, że natychmiast przykleja mi ktoś na czole kartkę z napisem komunista. Nie, nie mam silniejszych niż inni sentymentów do PRLu. To, że czasami z rozrzewnieniem pomyśle o filmach Barei, czy przywołuje z archiwów pamięci scenki  z wódka o nazwie Bałtycka w roli głównej to wszystko nie czyni ze mnie PRL – owskiego rewizjonistę. Nie pragnę powrotu systemu gdzie władza robotniczą była tylko z nazwy. Nie chce tamtego zniewolenia, tamtej cenzury, kolejek i tego poczucia beznadziejności. Ale wtedy, gdy przed wyborami czerwcowymi rozwieszałem w moim mieście plakaty solidarności marzyliśmy z przyjaciółmi o innej Polsce. Wtedy myśleliśmy o Polsce solidarnej takiej nie tylko z nazwy, ale i ze znaczenia tego słowa. Braterskiej, równej i wolnej. Gdzie każdy będzie mógł w spokoju i dostatku realizować swoje własne marzenia.  Wtedy nie było wolności bez solidarności teraz nie ma już solidarności a wolność bez tej solidarności ludzkiej już nie taki ma smak. Wolność to nie tylko to, że mogę teraz napisać to, co myślę i nikt ( przynajmniej chce w to wierzyć) nie zanotuje tego w mojej teczce personalnej. I żaden sztab urzędników nie oceni mnie na podstawie moich myśli. Ale wolność to też możliwość pracy za godzina zapłatę i związany z tym spokój.  To życie nieskrępowane ekonomicznym bytem.

Teraz dostałem po dwudziestu latach świat gdzie najwyższym dobrem i Bogiem jest pieniądz. Kraj, którym rządzą oligarchiczno – korporacyjne powiązania, zaprawione kapitalistycznym wyzyskiem rodem z dziewiętnastego wieku. Czy naprawdę chcieliśmy wtedy polski, w której siedemnaście procent obywateli ma zaufanie do własnego prezydenta i własnego rządu? Gdzie szczytem demokracji jest kilku procentowa frekwencja przy urnach? Widać wyraźnie, że Polacy po osiemdziesiątym dziewiątym roku poszli dwiema, a może nawet trzema drogami i coraz bardziej się od siebie oddalają. Jedni poszli drogą kapitalistycznego dążenia do dobrobytu, do posiadania, do materialnego raju nawet za cenę wyzysku innych współobywateli. Drudzy odnaleźli drogę łatwego życia w politycznym kotle. I nie mówię tu tylko o zawodowych politykach, ale o całym tym państwowym molochu liczonym w miliony urzędników i lokalnych działaczy. Oni w powiązaniu z tymi pierwszymi tworzą nam Polskę, w której żyją wszyscy ci, którzy nie bardzo wiedzą jak mają się w tej nowej kapitalistycznej rzeczywistości poruszać. Ich droga to ubóstwo, bezrobocie i nędzą. Tylko, że oni nie idą z wyboru tą drogą, lecz raczej zostali na nią zapędzeni.

To uproszczenie i jak każde uproszczenie ma swoje wady. Ale chciałem pokazać ze nasz kraj to nie raj wolności, gdzie każdy może żyć tak jak chce. Większość strajków z lat osiemdziesiątych miała podłoże ekonomiczne, ludzie walczyli o lepszy byt oraz o wolność. A teraz mówi im się, że przecież mają już wolność a przyzwoity byt… no tu są przejściowe trudności. Pamiętam przemówienie z początków nowej polski gdzie ówczesny ekonomiczny uzdrowiciel, który teraz naucza maluchy w przedszkolach podstaw biznesu, mówił, że trzeba zacisnąć pasa i już za dwadzieścia lat będzie lepiej. A jak jest widzimy. Nie zmieniły się tylko ramy czasowe, w których tej raj ekonomicznego spokoju i dobrobytu ma nadejść. Teraz też ma to nastąpić za dwadzieścia lat. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie to nie doczekam. Jestem przekonany, że wielu powie teraz po tym, co przeczytało, że przecież mogłem jak inni wybrać drogę kapitalistycznego rozwoju. Stanąć w szeregu przedsiębiorców i z dumą wykuwać sobie nowy raj. Ale ja nie bardzo mogę tak jak moi koledzy, którzy kupują za 10 zł a sprzedają z uśmiechem za 1000 zł to, co jest warte jeszcze mniej. No, nie wiem jakoś tak coś mi nie pozwala. Sumienie czy co? Ale nie wdawajmy się w takie teologiczne rozważania.

W moim prowincjonalnym mieście nie trudno znaleźć przykłady na to, że nie wszystko poszło w dobra stronę. Poupadały wielkie zakłady, nie ma już miejsca dla tysięcy robotników a to oni przecież głównie walczyli o wolność z komunistycznym reżimem. Teraz robotnicy i pracownicy najemni wylądowali na zasiłkach dla bezrobotnych. Postrzega się ich główne, jako silę napędowa gospodarki. Nie stali się jej podmiotem, ale raczej paliwem. Które szybko się wypala a dba się tylko o to żeby było go pod dostaniem. Nauczono nas, że to wszystko, co gwarantują obywatelom konstytucyjne prawa to tylko taka reklama demokracji. W której pokazuje się tylko dobre strony a o złych się nie wspomina. Tylko jeden z wielu przykładów. Od dwudziestu lat nie dało nie w Polsce zreformować służby zdrowia, do specjalisty trzeba się zapisywać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Nie ma pieniędzy podobno na reformy. A jednocześnie mój kraj stać na prowadzenie kosztownych wojen a władza sprawowana jest w iście bizantyjskim stylu. Coś tu jest nie tak.

Teraz namawia się mnie abym wzniósł wieczorem toast za wolność, dobrze, ale może tak dwa toasty i to w dowolnej kolejności. Jeden za to, że nie ma już takiego systemu, jakim był PRL a drugi proponuje wypić za błędy. A tych przez te dwadzieścia lat nie brakowało. Tak jak przez cały ten czas notorycznie nam nie wychodzi w państwowej ekonomii i cały czas brakuje pieniędzy na sprawy socjalne to zdecydowanie lepiej nam się wiedzie, jeśli chodzi o afery. Jesteśmy mistrzami w ich tworzeniu a następnie w ich wykrywaniu. Afera FOZZ, żelatynowa, paliwowa, korupcyjne we wszystkich odmianach, orlengate, Rywina, ubezpieczeniowa, z krzyżem zasługi, seksafera, faszyści w TV i na imprezach, zagłuszanie pielęgniarek, naciski i dziwne samobójstwa. Dobrze starczy, było ich znacznie więcej. I żeby zobaczyć, co jest obecnie na tapecie wystarczy zajrzeć do gazety czy włączyć telewizor. Po co o tym pisze? Dlatego, że nie można zagłuszać pozytywami negatywów. Bo trzeba pamiętać, że jeśli nawet coś ma swoje plusy, nie znaczy to, że nie ma minusów. I ważne jest to żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów. I dlatego gorzki to będzie ten rocznicowy toast. Bo zdaje sobie sprawę, że nie taka jest ta Polska, jaką sobie wymarzyłem. Jest tylko… po prostu lepsza niż była dwadzieścia lat temu.

dziennik pesymistyczny

Kapitalizm zaliczkowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W związku ze zmiana systemu rozliczeń poboru wody inkasenci będą odwiedzali państwa domy co dwa miesiące, wystawiając rachunek za aktualne zużycie oraz zaliczkę na poczet najbliższego rachunku. Takiej mniej więcej treści kartkę zawieszoną na drzwiach mojej kamienicy przeczytałem wczoraj. Przypomniałem sobie jednocześnie, że pismo dotyczące zaliczek dostałem kilka dni termu od mojego operatora telekomunikacyjnego. Oznacza to, że teraz już nie będzie płacił za to, co faktycznie zużyje, lecz za to, co zużyłem lub wykorzystałem plus to, co ktoś przepowiedział, że mogę zużyć lub wykorzystać?

Ja rozumiem, że każdy właściciel firmy woli mieć pieniądze na początku miesiąca i nie martwić się czy jego klient zapłaci za wodę, gaz czy telefon po wykonaniu usługi, ale ta forma płatności zdecydowanie przybiera na sile. Już nie tylko płace zaliczki na poczet przyszłych świadczeń w przypadku energetyki czy spółek gazowniczych. Teraz okazało się, że będę musiał zapłacić za prognozę zużycia w przypadku wody. Zakład energetyczny posuwa się już do tego, że jak ostatnio zapomniałem zapłacić właśnie tej przedpłaty to wysłał do mnie stosowne wezwanie do uiszczenia płatności a w przypadku jej braku strasząc mnie ogromnymi konsekwencjami. Na nic się zdało moje tłumaczenie, że ja chętnie zapłacę i owszem, ale za to, co faktycznie wykorzystałem a nie za to, co ktoś sobie przewidział, że powinienem wykorzystać. Pani z działu obsługi klienta odesłała mnie do regulaminu i już było po sprawie.  Podpisałem taka umowę, więc co się czepiam. Słusznie, lecz raczej nie miałem wielkiego wyboru. Każdy z operatorów energetycznych stosuje podobne sposoby rozliczeń z tego, co wiem.

Jak wspomniałem na wstępie dostałem pismo od mojego operatora telekomunikacyjnego informującego mnie o zmianie regulaminu.  I tam też znalazłem punkt, który wprowadza możliwość pobierania ode mnie zaliczek na poczet przyszłych rachunków telefonicznych. Operator może zażądać ode mnie przedpłaty za niewykonane jeszcze usługi na przykład, gdy nagle bieżące zużycie nieproporcjonalnie przekroczy średnią wysokości rachunków wystawionych w ostatnich dwunastu miesiącach. Niby wszystko jest w porządku. Ale jeśli ja płace samych abonamentów na moich trzech telefonach w wysokości około 200 zł i tak mam ustawione taryfy, że właściwie wszystkie moje rozmowy zawierają się w tymże abonamencie, to płace za faktyczne zużycie w około 50 złotych. Bo reszta do tak zwane darmowe rozmowy. To, jeśli wyjadę na wakacje i moje rozmowy poprzez roaming wzrosną powiedzmy do 150 złotych. To wydaje się możliwe, że zapłacę po wakacjach razem z wyższym wakacyjnym rachunkiem dodatkowo jeszcze zaliczkę na kolejny miesiąc. Bo moje średnie zużycie znacznie wzrośnie. Co prawda wszystko ma być ustalane indywidualnie, ale jakoś nie mogę uwierzyć, że nie będzie tego naliczał i pilnował system bilingowy mojego operatora. Bo raczej nie wykonalne jest pochylanie się troską nad każdym abonentem w sytuacji, gdy ich liczba sięga milionów.

Ciekawi mnie jak daleko jeszcze pójdzie to zjawisko obowiązkowych przedpłat na co zużyjemy lub kupimy w przyszłości. Codziennie rano kupuje świeże bułeczki w piekarni na rogu ulicy. Z niepokojem myślę o tym ile czasu potrzeba jeszcze, aby jej właściciel wpadł na pomysł zaliczki na poczet tego, co kupie jutro. Tak na przykład, jeśli dziś kupiłem dwie bułki i rogalika to płace za to, co mam w siatce na zakupy oraz przedpłatę na to, co przewidywalnie mogę zakupić jutro.  I bardzo łatwo można takie postępowanie uzasadnić. Przecież, jeśli ja nie przyjdę jutro po te bułeczki, bo zaśpię to on, piekarz ich nie sprzeda. A jak zapłacę zaliczkę to przyjdę na pewno a jeśli nawet nie, to i tak piekarnia nie straci. Takie myślenie można rozszerzać w nieskończoność. Na komunikacje miejska z zaliczkami na przyszłe przejazdy, z fryzjerem z zaliczką na przyszłe strzyżenie itd. Kapitalizm bez ryzyka, bo za ryzyko już zapłaciłem zaliczkę. Kapitalizm doskonały. Ale, dla kogo doskonały? Bo dla mnie nie.

dziennik pesymistyczny

Czy politycy mnie straszą?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyłem że stałem się ostatnio bardzo podatny na straszenie mnie przez polityków, a już szczególnie na straszenie mnie niemieckim zagrożeniem. Jak pisałem tu kilka dni temu, jestem umiarkowanie uczulony na naszych sąsiadów zza Odry, więc jestem też podatny na takie słowa. A tu jak na złość najwyższa osoba w państwie jeszcze te moje obawy potęguje. Prezydent straszy mnie niemieckim zagrożeniem a wtóruje mu bliźniaczo brat, były premier. I jak tu zachować zimna krew.

 W ostatnich dniach zauważam u siebie dziwne zachowania, które są zapewne związane ze słowami prominentnych przedstawicieli PiSu o powszechnym germańskim zagrożeniu. Ostatnio byłem w supermarkecie i zamiast włożyć do wózka z zakupami jedno opakowanie cukru, jak to robiłem zazwyczaj, umieściłem w nim dwa, i tak samo zrobiłem z mąką oraz kaszą. Moja dziewczyna całkiem słusznie zapytała – do wojny się szykujesz? No właśnie, może podświadomie słowa prezydenta i byłego premiera jednak wywarły na mnie jakieś wrażenie.  Jeśli straszy mnie szeregowy polityk opozycyjnej partii no to jeszcze mogę zrozumieć, że jest to retoryka wyborcza i nie ma powodu do niepokoju. Inaczej jest wtedy, gdy o niemieckim zagrożeniu mówi prezydent, najwyższa osoba w państwie, człowiek stojący na czele armii. W tym przypadku mam prawo czuć zagrożenie. Przecież z racji pełnienia obowiązków prezydent ma dostęp do tajemnic i spraw, o których ja nawet nie mam i nie będę miał nigdy pojęcia. Więc możliwe, że o zagrożeniach wie więcej niż ja. I jeśli od czuje się zagrożony to ja tym bardziej mam do tego prawo.

Takie wypowiedzi spowodowały to, że spoglądają na łopatę w sklepie ogrodniczym myślę o kopaniu rowów przeciwczołgowych. I w sklepie żelaznym z namaszczeniem przyglądam się zwojom drutu kolczastego. Przecież jak by, co to musze być przygotowany. Z tego straszenie mnie wyszedł też jeden pozytyw. Odnalazłem na strychu i odkurzyłem mundur po ojcu, którego nie oglądałem latami a teraz mnie jakoś naszło. I zapewne pchany tym politycznie podsycanym strachem ocaliłem byt tej rodzinnej pamiątki.  Może na innych słowa: – Nie chciałbym zaostrzać stosunków z jakimkolwiek naszym sąsiadem, ale chciałem mocno podkreślić, (…), że jestem w Polsce i gospodarzami tej ziemi są i będą Polacy – wypowiedziane na Pomorzu przez prezydenta nie robią tak wielkiego wrażenie. Jak jednak słysząc takie wypowiedzi od razu przypomina sobie przemówienie przedwojennego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, to najsłynniejsze, o tym – że polska od morza odepchnąć się nie da. Co ja mam myśleć, jeśli od przeszło tygodnia słyszę z ust brata prezydenta, kiedyś premiera PR o wielkim zagrożeniu niemieckim dla polski? Jarosław Kaczyński występując ostatnimi czasy w radiowych  Sygnałach Dnia zauważył nawet, że w Polsce znaczna część prasy należy do niemieckich wydawców. Więc może ja czegoś naprawdę nie wiem, bo niby jak mam się dowiedzieć z tej prasy, co to nie jest polska i reprezentuje obce interesy.

– Siły zbrojne są także po to, żeby móc bronić własnego kraju, a do tego muszą być odpowiednio wyposażone, uzbrojone i odpowiedniej liczby – powiedział prezydent. Może to nic nie znaczy a może mam to rozumieć, jako sygnał, aby zbroić się, bo zagrożenie jest realne? Może jest inna interpretacja tych słów, a moja jest nazbyt przesadna. Ale ja naprawdę mam uzasadnione prawo do dyskomfortu. To już prawie retoryka Churchilla z lat wojny. Każdy ma własną wrażliwość a ja mam właśnie taką i naprawdę czuje strach. Albo sobie ten strach wmawiam. To też możliwe. Jeśli jednak to tylko taka wyborcza gra, a gdzieś w głębi duszy mam taką nadzieje i tym uspokajam mój strach, to mówię panom politykom – nieładnie się bawicie.  Bardzo nieestetycznie jest tak straszyć współobywateli.

dziennik pesymistyczny

Wielka siła mydlanych baniek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Centralny plac mojego miasta wypełniły dziś mydlane bańki. Specjalna maszyna niestrudzenie pracowała wydmuchując przeogromną ilość baniek tak, że już po chwili były dosłownie wszędzie. Mieniąc się tęczowymi kolorami swobodnie wzlatywały wśród przechodniów. Zdawało się, że wypełniły cały ten, na co dzień szary plac napełniając go zwiewną radością i kolorem.

Maszyna wydmuchująca setki tysięcy mydlanych baniek oraz kilku panów z gracja i precyzja tworzących wielkie bańki przy pomocy dwóch patyczków i sznurka to był tylko element obchodów dnia dziecka w moim prowincjonalnym mieście. Ale właśnie ta mała bańka z mydlin żyjąca przez chwile i tym swoim życiem dająca tak wiele radości innym zawładnęła miastem. Dosłownie zmieniając rzeczywistość mojej prowincji. Na festynie dla dzieci było wiele innych atrakcji jak rowery z wielkimi kołami czy dzieci popisujące się umiejętnością żaglowania talerzami. Ale największe wrażenie robiły właśnie te banki mydlane. Ludzie przystawali i zastygali w bezruchu po kilka minut nie mogli oderwać wzroku od wirujących w powietrzu zwiewnych form. I wszyscy wyglądali tak jakby na chwile zapomnieli o swoich troskach przenosząc się wraz z tymi sferycznymi migocącymi tworami w świat dzieciństwa. Tak wielką siłę mają bańki mydlane.

Nawet dwóch strażników miejskich patrolujących śródmieście uległo tej magii. Funkcjonariusze całkiem jak dzieci zaczęli sobie nawzajem, pokazywać co raz to piękniejsze okazy fruwających w powietrzu mydlin. Starsze panie i starsi panowie okupujące ławki przed kościołem wyglądali jakby na chwile przemieści się w czasie, jakby odmłodnieli. Gdy ogarnęła ich chmura z mydlanych baniek. Kilku finansistów z pobliskiego banku wyszło na plac podziwiać tańczące na wietrze tęczowe banieczki. I tak zastygła w zachwycie cała ulica. I tylko, co chwile ktoś się budził z letargu jakby wracając z podróży do własnych wspomnień. Wtedy przepraszająco rozglądał się dookoła … i odchodził do swoich spraw. Ale mam wrażenie, że coś nadal w nim trwało, w niemym zachwycie nad ulotnym pięknem. Jedna osoba znikała za rogiem a już na jej miejscu był kolejny przechodzień oczarowany mydlanym pięknem wirującym w powietrzu.

Zrodziła się we mnie myśl, że jeśli tak wielka jest siła w bańkach mydlanych to warto to jakoś wykorzystać.  Może spożytkować ją, tą mydlaną siłę dla dobra naszego narodu i państwa. Bo jakże pięknie wyglądałyby konferencje polityków, którzy zamiast wypowiadać pełne nienawiści słowa wytwarzaliby dla swych wyborców bańki mydlane. Ja wiem, że czasem to robią tak w przenośni obiecując coś, co potem okazuje się właśnie mydlaną bańką. Ale przecież, po co robić coś w przenośni. O wiele lepiej i uczciwiej jest robić banki z mydlin w rzeczywistości i cieszyć nimi społeczeństwo. Pożyteczniejsze to i ładniejsze. Jeśli tak wielka siła w tym bańkowaniu jest to może zamiast gazów bojowych przeciwko protestującym stoczniowca warto używać maszyn wydmuchujących tysiące mydlanych baniek. Łatwo można sobie wtedy wyobrazić jak policjanci i stoczniowcy zamiast się wzajemnie atakował biegają za bańkami chcąc je schwytać. Idąc wzorem hipisów z ich kwiatkami w lufach karabinów stwórzmy nasz polski zwyczaj pokojowego rozładowania konfliktów – puszczajmy mydlane bańki.