Urzędnicza wina bez kary.
Wczoraj w pracy miałem bardzo ważne zadanie do wykonania. Dowiedziałem się o nim rano, więc, uznałem, że mam jeszcze czas na jego realizacje, przecież cały dzień przed mną. Krótko mówiąc wiedziałem, że zdążę. Potem zaczęły się zwyczajne obowiązki, jak to w pracy. Następnie przerwa na kawę, obiadowa, po nich i miedzy nimi zwykła praca. Pod koniec dnia zaczęło się istne pandemonium, telefony, maile, jakieś pytania od współpracowników. Już na nic nie miałem czasu i nagle mnie olśniło … zapomniałem to, co było tego dnia najważniejsze do wykonania. Zapomniałem i nie zrobiłem tego, co przecież było tak bardzo ważne. Zawaliłem. Przyznaje. I za swoje lenistwo, niedbalstwo, za spychologie czasową, że przecież jeszcze mam czas spadła na mnie kara. Zakończyło się to strata finansową. Niewielką, ale zawsze bolało.
Od razu też zacząłem się usprawiedliwić przed samym sobą. Przecież było tyle pracy do wykonania, nie miałem znów aż tak dużo czasu i tak dalej w podobnym tonie. Te telefony, maile, te pytania i moja potrzeba na nie odpowiedzi to wszystko sprawiło, że zabrakło mi czasu na to, co było przecież najważniejsze do wykonania. I już tak jakby mnie bolało. Byłem winny, ale usprawiedliwiony.
I tak sobie pomyślałem, że zachowałem się całkowicie jak państwo polskie. To znaczy jak urzędnicy państwowi lub politycy pełniący państwowe funkcje, oni też nigdy nie są winni niczemu. To tylko jakieś czynnik nieprzewidywalny pogrążył ich starania. Oni nie są winni zaniedbań tylko ogólna sytuacja polityczna, społeczna czy ekonomiczna, tu do wyboru. Czasem winę urzędnika bierze na siebie przyroda. Czasem jakiś układ. Czasem niemożliwości prawne lub po prostu złe prawo. Czasami, i to jest najczęstsze usprawiedliwienie, jakieś złe działanie urzędnika poprzedniej kadencji. Ale przenigdy nie jest winny ktoś, kto jest u władzy tu i teraz. Ja przynajmniej za swoje zaniedbanie poniosłem karę a oni?
I tak robi zawrotną karierę wina bez kary. To znaczy wina jest zawsze, ale też zawsze po stronie tego czegoś nie poznawalnego, magicznego, tajemniczego wręcz boskiego. Jak powódź a wały nie zabezpieczone – kara boska, przecież deszczu nie przewidzisz. Jak dług w szpitali dwadzieścia pięć milionów – ludzie za dużo chorują, prawo chore, to nie wina dyrektora, czyli jest to dopust boży. Jeśli droga nie przejedna, bo się rozpadła po roku od remontu – to przecież nie wina urzędnika obecnego, bo poprzednik na emeryturze i to on tą specyfikacje zatwierdzał. I tak dalej:, jak krysys to przecież nie wina rządu, to światowy kryzys. Jak stocznia upadła i ludzie na bruku – to Brukseli spisek. Jak bezrobocie – kryzys. Jak na wojnie giną nasi żołnierze w bezsensownej wojnie bez widoków na zwycięstwo – to wina Talibów, nie tych, co wojsko do Afganistanu wysłali i wysyłają nadal. Jak dziura w budżecie państwa, że dna nie widać – to przecież nie ministry winne, tylko tak jakoś się porobiło w ekonomii i jeszcze ci poprzednicy, co knuli ich to wina. Służba zdrowia kuleje od dwudziestu lat i ministrów od zdrowia było więcej niż reform w lecznictwie to przecież nikt temu nie winny. Tak jakoś się stało. A minister Kopacz przecież od dwóch lat tylko. I już teraz mogę się założyć, że za dwa lata też nic się nie stanie nawet jak wszystkie szpitale upadną. Bo to niczyja będzie wina. Sprywatyzuje się i po sprawie. Przykłady winy można mnożyć, ale kary za złą prace nie widać.
Jak minister coś zawali to nie wywala się go dyscyplinarnie, o nie… on odchodzi z honorami żegna się go, ściska rękę… daje pióro pamiątkowe na dowidzenia i odprawę, jakie ja nigdy nie zarobię choćbym lata przepracował. I przenosi się go na inne stanowisko. Jak do zamrażalki, bo przecież nie na bruk. Urzędnika z politycznego nadania! Nigdy! Bo gdzie tu jego wina, on chciał dobrze, ale tak jakoś wyszło.
Przecież nie zawsze karą jest to, że w wyniku wyborów po prostu złego urzędnika czy polityka odsuniemy od władzy. Bo on i tak zawsze wypłynie tylko w innej konfiguracji a to, co narozrabiał wcześniej już zostało wymazane i teraz można rozrabiać z czystym kontem. Bo przecież ma się już całkiem nowy mandat zaufania. A winą… Przecież jak nie pamiętali wyborcy to jej nie ma. Jak mawiała Madzia Karwowska z Czterdziestolatka: bry, bry, bryyyy… wymazujemy, nie ma. Nikt nie jest winny przecież oni chcieli dobrze a wyszło… jak zawsze.
