Koniec trudnych dni, nadchodzą gnidy i wszy
Ostatnio przetoczyła się przez media dramatyczna dyskusja na temat, skądinąd całkowicie potrzebnej, reklamy społecznej promującej bezpieczna jazdę samochodem. Że niby za drastyczna, że emanuje przemocą, lub odwrotnie, że angielskie reklamy społeczne są jeszcze bardziej brutalne a przez to skuteczniejsze. Chyba każdy widział spot, w którym młody chłopak dowiaduje się po tragicznym wypadku na drodze, że samochód to nie zabawka. Reklama społeczna często korzysta z drastycznej formy wypowiedzi. Jednak ta odwaga w prezentacji trudnych tematów rozprzestrzeniła się też na reklamy komercyjne, które dotychczas w swej przeważającej liczbie były bardzo zachowawcze.
Po latach reklam, które uparcie przypominały mi, że kobieta to nie ma łatwo w życiu, bo co chwila dopadają ją „trudne dni” i tylko „skrzydełka” oraz specjalna powlokła może zatrzymać na swoim miejscu „niesforne krople wilgoci” teraz nastąpiło w reklamie totalne wyzwolenie. Ale nie tak od razu, wszystko postępowało drobnymi kroczkami. Zaczęło się, przynajmniej w mojej obserwacji, od nazwania po imieniu płynu do higieny intymnej płynem do higieny intymnej, ale tu zastosowano manewr odwracający uwagę słuchacza od tak drastycznego nazwania intymnym rzeczy intymnych. W reklamie radiowej możemy usłyszeć jak kobiecy głos po informacjach na temat wyjątkowości tegoż płynu do utrzymania higieny dodaje na zakończenie wzmiankę o tym, że donosiła o tym Żanetkaleta. Specjalnie zapisałem to w taki sposób, bo naprawdę potrzebowałem na to trochę czasu, żeby dojść do tego, że to nie jakaś zdziecinniała panienka mówiąca o sobie Żanetka Leta, tylko raczej Jeannette Kaleta.
Potem w nazywaniu po imieniu tego, co powinno być tak nazwane poszło lepiej. Do bólu zieje drastycznymi scenami oraz mrożącymi krew w żyłach odgłosami w reklamie pasty do zębów przeciwko paradontozie. Takiej ilości krwi oraz takich odgłosów wpadających do umywalki zębów delikwenta, który nie używał właściwej pasty mógłby pozazdrościć najlepszy horror. No, tu już nie można powiedzieć, że reklamę zrobiono z „pewna dozą nieśmiałości”.
Podobnie jest z reklamą środka odświeżającego powietrze w toalecie. Tu widzimy jak mały brzdąc nie chce zrobić kupy w domu, ale chętnie to zrobi na gościnnych występach u kolegi Jacka. Bo u tego kolegi w toalecie to jest jakiś rewelacyjny odświeżacz powietrza, a w domu to raczej śmierdzi. Tu też należy nagrodzić bezprzykładną odwagę twórców reklamy w uświadomieniu milionom faktu, że kupa jednak śmierdzi i że trzeba sobie to bez niedomówień jasno powiedzieć.
Jednak największym osiągnięciem w mówieniu wprost w reklamie, bez owijania w bawełnę jest spot środka owadobójczego przeciw wszom i gnidom. To nie żadne tam „ trudne dni”, lecz prawdziwa wojna z robactwem na ekranie. Z kilkunastosekundowej reklamy dowiadujemy się, że wystarczy spryskać preparatem głowę delikwenta i już po chwili możemy wyczesać z włosów metalowym grzebieniem (!) to, co padło w nierównej walce środka owadobójczego z insektami. I jakby kto nie wierzył w skuteczność preparatu oraz prawdziwy pogrom gnid i wszy to może sobie to dokładnie w tej reklamie obejrzeć, bo twórcy nie omieszkali zaprezentować martwych owadów widzom.
Więc po latach niedomówień nareszcie w reklamie będzie prosto z mostu powiedziane, co, do czego oraz na co i w które dni to stosować. Ale może teraz warto pomyśleć o tym, żeby reklamy – horrory nadawane były w stosowych późno wieczorowych porach. Mam takie wrażenie, że czasem w reklamach brakuje jakiegoś wyśrodkowania. Bo albo na siłę się nie chce oczywistości nazwać po imieniu, albo wręcz przeciwnie oglądamy martwe wszy i gnidy.
