Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Nie przystosowanie do zarabiania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Chodzisz do pracy, której nie lubisz, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujesz. Czy Ty też, jak ja, nie możesz pozbyć się z pamięci tego filmowego zdania, które jest we mnie zawsze? Ta zależność: praca – kupowanie – praca jest we mnie i powraca jak mantra. Nie mogę przestać myśleć, że tak właśnie wygląda moje życie. Jestem w zamkniętym kręgu zarabiania i wydawania pieniędzy. Czy jak nagle zapragnę przestać być niewolnikiem i opuszczę zaklęte rewiry konsumpcji i zarabiania to bardzo szybko trafię poza nawias społeczeństwa? Stanę się bytem nijakim? Zapomnianym kloszardem, co to pod mostem z butelką taniego wina. Bo alkohol tylko da mi zapomnienie od tego świata, który na własne życzenie opuściłem by się uwolnić.  Bo wybór jest prosty. Albo zarabiam albo mnie nie ma. Bez pieniędzy jesteś nikim. A wmawiają mi o dzieciństwa: musisz zarabiać żeby żyć. Musisz być kimś. Jestem w wielkim, ogromnym obozie pracy gdzie, codziennie miły ochroniarz kieruje mnie grzecznie, lecz stanowczo do odpowiedniej pracy. Jest miły, bo zdecydowałem się do pracy podążyć, jak co rano. Jeśli jednak zdecydujesz się na zmiany codziennego cyklu?

 

Jeśli wolisz być niż mieć to ochroniarz już nie będzie taki miły. Pozbawi Cię wszystkiego. Bo przecież wszystko, co masz wymaga pieniędzy. Masz dom? Kupiłeś go za pieniądze. Jeśli nie stać Cię było na zakup za gotówkę, bo nie wywodzisz się z rodziny nadzorców to pewnie masz dom na kredyt. Tym samym przykułeś się do swojego miejsca pracy kolejnym łańcuchem zależności. Masz samochód? Czyżby na kredyt? Kolejny łańcuch. Teraz musisz jeszcze na benzynę zarobić. Chcesz jeść to musisz coś kupić, aby zapakować jedzeniem lodówkę kupioną na raty. Żeby lodówka działała musisz zapłacić za prąd. A jeśli zapragniesz poczytać książkę a nie iść do pracy? To szybko zostaniesz z tą książką na ławce w parku. Bo przecież bez codziennego kieratu zarabiania, bez przymusu pracy nie będzie już domu, jedzenia, ubrania.

 

Urodziłeś się w wiezieniu. Tam już od małego nadzorcy przygotowywali Cię do roli niewolnika. Jeśli byłeś dość sprytny sam mogłeś zostać nadzorcą. To jedyne Twoje poczucie niezależności i wolności.  Jeśli miałeś odpowiednie talenty sam mogłeś stać się ważny na tyle, że inni nadzorcy pozwolą ci budować jeszcze wyższe mury więzienia. Jesteś trybem maszyny, co to na ósmą do pracy i tam przykuty do biurka do szesnastej. Potem chwila wytchnienia w domu i znów do pracy. Bo ty musisz pracować, po prostu takie jest twoje przeznaczenie. Bo jak nie pracujesz to właściwie Cię nie ma. Nie masz gdzie mieszkać, nie masz co jeść, nie masz prądu, wody, ogrzewania, ubrania, twoich ulubionych książek, kontaktu ze światem, bo nie ma Internetu. A jeśli porzuciłeś pracę lub ona porzuciła Ciebie i jeszcze coś masz to tylko z łaski nadzorców lub tych, co widzą, że jesteś niedostosowany do takiego życia i dzielą się Tobą tym, co już im niepotrzebne.

 

Jesteś wolny, choć za razem nie wolny. Masz wolną wolę zawierającą się jedynie w wyborze jeść lub nie jeść? Bo jeśli wnerwi Cię praca za tysiąc złotych. Jeśli wolisz spacer, książkę, niż stanie przy maszynie pod czujnym okiem nadzorcy. Zawsze możesz się uwolnić radykalnie po prostu nie jeść i nie kupować i nie opłacać rachunków. Ale czy wolność musi oznaczać śmierć społeczna czy fizyczną? Zawsze znajdzie się z tysiąc moralizatorów, którzy powiedzą: nie musisz pracować za tysiąc złotych. Znajdź pracę za osiem tysięcy. Zarób tyle, żeby potem samemu zostać nadzorcą. Zarób tyle żeby nic nie robić. Pewnie jest to wyjście, ale przypomina mi to wybór między kajdanami z żelaza a kajdanami ze złota. Wiem, bo każde dziecko to wie, takie jest życie. Ale czy nie warto przynajmniej spytać, po co takie życie? Jeśli nie można tego zmienić to, po co żyć w ten sposób? Praca uczyniła mnie wolnym? Zapłaciłem, kupiłem i uiściłem, więc mogę zacząć od nowa zarabiać żeby zapłacić, kupić i uiścić. 

 

Jesteś niewolnikiem przykutym do biurka czy maszyny. Jesteś jej częścią składową w wielkiej maszynerii społecznych i państwowych zależności. Bez ciebie nie istniałoby to wszystko. Więc choć możesz teoretycznie powiedzieć: mam dość! Nie idę jutro do pracy. Nie chcę być zniewolony przez przymus zarabiania, to właściwie nie możesz tak postąpić. Jeśli oczywiście nie jesteś samobójcą. Po co narzekam? A co mi pozostało. Nic już nie masz swojego do końca tylko wszystko na raty. Tylko to moje narzekanie na rzeczywistość jest tak naprawdę moje i nie należy w czterdziestu procentach do banku. Zmiany są możliwe, ale czy mnie na to stać? Czy jestem na tyle silny żeby być sam przeciw wszystkim i wszystkiemu? Szukam tego nadal w sobie i to, co pisze jest tego wyrazem. Ja homo sapiens zarabiający, który nadal wybieram mniejsze zło.