Na zachodzie to mają lepiej?
Stoję w kolejce do kasy w jednym z supermarketów należących do pewnej niemieckiej firmy handlowej. W spokoju wysłuchuję tyrad mojego znajomego, na temat wyższości produktów z zachodu europy nad tymi, wyprodukowanymi w naszym kraju. Mój znajomy to prawdziwy światowiec. W niejednym już kraju na zachodzie Europy mieszkał i pracował. Stojąc tak i słuchając wykazuję maksimum cierpliwości. A przez moje uszy przepływa jeden wielki pean na temat, jakości życia w miastach i we wsiach leżących na zachód od Odry i Nysy Łużyckiej. Tam wszystko jest ładniejsze. Domy są tam większe, ludzie bardziej ludzcy, trawa zieleńsza, słońce bardziej słoneczne, a cukier bardziej słodki. No istny raj! Kraina miodem i mlekiem płynąca. A sklepy! No, sklepy to oni tam ci zachodni ludzie to mają o wiele, wiele lepsze niż my biedni i opóźnieni w rozwoju cywilizacyjnym Polacy. I choć jesteśmy w markecie, który jest dosłownie identyczny jak ten w Niemczech czy w Anglii, mój znajomy jest święcie przekonany, że tam pomarańcze są bardziej pomarańczowe, a piwo bardziej piwne od produktów, które są na polskich półkach, w sklepie o tej samej nazwie.
Przez głowę przepływają mi jego słowa o wyższości niemieckich produktów żywnościowych oraz chemicznych nad polskimi, a jednocześnie staram się przypomnieć gdzie w swoim życiu popełniłem ten straszliwy błąd zawierając znajomość z osobnikiem, który teraz stoi przy mnie i udowadnia mi, że wszystko, co polskie jest gorsze niż to zachodnie. Ale stojąc i czekając w kolejce do kasy jestem skazany na jego towarzystwo. Cóż – myślę sobie – jeszcze tylko kilka osób przed nami w kolejce, więc wytrzymam. Wytrwam. Za kilka minut rozstaniemy się przed sklepem. Umówimy się na telefon. Z tym, że ja już mam stuprocentową pewność, że obietnicy skomunikowania się z tym znajomy w celu ustalenia terminu kolejnego spotkania nigdy nie dotrzymam. Ale dla konwenansów społecznych, co mi tam szkodzi przytaknąć, że musimy się kiedyś spotkać i pogadać.
I tak, słucham go nie słuchając jednocześnie. Przytakuję, pomrukuję, co on bierze za podtrzymywanie konwersacji. Kolejna pani i kolejny pan przede mną odjeżdża od kasy wózkiem wypchanym produktami. Więc jeszcze trzy osoby. Może w końcu przestanie – myślę sobie. Ale gdzie tam, nie przestaje, a wręcz się rozkręcą. Teraz do moich uszu dociera kolejny wykład na temat wyższości obsługi w niemieckich sklepach, co to się nawet nie umywa do tej, co to jest w tym sklepie. Że ochroniarz nie bardzo taki jak niemiecki. Że kolejka za długa, że koszyki za ciasne, że przed kasą w bałaganie leżą reklamówki – nie to, co na zachodzie. Bo tam jak wspominał wielokrotnie znajomy panuje straszliwy porządek i ogólna szczęśliwość.
W końcu nadchodzi nasza kolej na płacenie. Przepuszczam kolegę upierdliwego przodem, bo liczę, że może to pomoże w tego uciszeniu. Wykłada on na taśmę to, co tam miał w koszyku. Pani kasjerka przeciąga przez skaner jego sprawunki. Nie kupił za wiele, bo pewnie nie takie to dobre jak niemieckie, więc suma która jest do zapłaty też nie jest wielka. Tylko 19 złotych 45 groszy. I tu kolejny zawód spotyka mojego znajomego zachodnioeuropejskiego entuzjastę. Wyciągnął on, bowiem z portfela kartę kredytową chcą nią uregulować, co tam jest winien sklepowi za zakupy. A tu Pani kasjerka informuje go, że nic z tego nie będzie, bo przecież jest wywieszka, że: płatności kartą realizowane są powyżej 20 złotych, a on ma za mała na taką transakcję. No i proszę! Nie będzie polskich bułeczek na kolację, bo w portfelu same euro ma znajomy. Nie powiem, odczułem pewną satysfakcję z tego, że go tak polski sklep znanej niemieckiej sieci potraktował. Ale co to za radość, jak ja musiałem zapłacić za jego zakupy, a on mi odda jak się spotkamy następnym razem. A chyba nie muszę dodawać, że tego właśnie usilnie starałem się uniknąć! A tu proszę! Przez idiotyczne przepisy o limicie przy zakupach kartą, nieznanym na zachodzie, mam jak w banku kolejne spotkanie i kolejny wykład o tym, że taka praktyka w Niemczech nie byłaby do pomyślenia.
I jak tu mu nie przyznać racji o wyższości niemieckiego sklepu nad polskim. Co za idiota wymyślił te limity? Ja wiem, że od każdej transakcji sklep płaci prowizję. Ale dostał ten sklep za darmo terminal, podpisał umowę na obsługę płatności kartą, więc chyba wiedział, co robi? Dlaczego teraz wyznacza limit płatności? Czy jak płacę gotówką, to mam kupować za 10 zł minimalnie, bo przecież obsługa tych transakcji też kosztuje? Proszę szanownych dyrektorów sklepów i szanownych ich właścicieli: jak już nie ze zdrowego rozsądku, to przynajmniej z pobudek patriotycznych zmieńcie te przepisy o limitach płatności kartą. Niech mnie ten mój znajomy nie drażni przykładami przewagi niemieckich sklepów nad polskimi. Przynajmniej w tym jednym aspekcie niech będzie tak samo jak tam.
