Daily Archives

One Article

dziennik pesymistyczny

Moje małe paranoje

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Był jesienny wieczór. Mgła zasnuła moje prowincjonalnie miasto. Siedzieliśmy sobie z kolegą na ławce w parku, obserwując w światłach latarni, jak liście z drzew spadają masłem na dół – jak śpiewała Krystyna Prońko. Z tej jesiennej melancholii ma nas wyrwać – jak zapewnia mój kolega – butelka piwa wypita jak za starych czasów w parku, na ławce. Ja to tam nieszczególnie mam ochotę na piwko w parkowej jesiennej scenerii. Ale kolega usilnie namawia. Mnie się zawsze wydawało, i teraz też się tak było, że jak siorbniemy sobie po browarku na łonie natury, to jak nic, natychmiast zjawią się przy nas panowie w mundurach i wlepią nam mandaty za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Jak już wspominałem nieszczególnie przepadam za piciem piwa na ławce, bo mam lekką paranoje. Jaką? Już wyjaśniam: jak tylko przystawię butelkę do ust i jak popłynie mi przez gardło pierwszy łyk złocistego napoju, to od razu widzę za każdym drzewem, stróżów prawa z bloczkami mandatowymi.

 

– Masz zdecydowanie paranoję – zapewnia mnie mój kolega. A ja, choć ze strachem, to jednak ulegam jego namowom na to jedno piwko na ławce. – Ma być jak za starych, dobrych czasów – ustalamy z kolegą. Może to z sentymentu do tamtych dni gdzie wszystko było jakby prostsze, a piwo smakowało jakoś tak inaczej, skusiłem się na to łamanie zasad współżycia społecznego. Sam nie wiem, ważne, że tak czy inaczej zasiedliśmy wspólnie z kolegą na ławce w najdalszym zakątku parku. Jak najdalej od głównych alejek i jak najdalej od oczu ciekawskich przechodniów. Ale przede wszystkim, chcieliśmy być jak najdalej się da, od wzroku policjantów i strażników miejskich. Trzymam w dłoni butelkę ze złocistym płynem i od czasu do czasu popijam z niej. Ale moja paranoja coraz bardziej daje znać o sobie. Jeden łyk i od razu nerwowo rozglądam się wokół siebie w poszukiwaniu mundurowych.

 

– Ty zdecydowanie jesteś królem paranoików – nabijał się ze mnie mój kolega. A ja coraz bardziej pogrążałem się w pewności, że naprawdę nic nam nie grozi. Przecież jesteśmy schowani we mgle. Nie kłujemy nikogo w oczy tym naszym popijaniem piwa na świeżym powietrzu. Nabierałem przeświadczenia, że mój strach przed karą za to jedno piwko, wypite w pięknych jesiennych okolicznościach przyrody, nie jest oparty jest na żadnych racjonalnych przesłankach. Ale coś tam we mnie ciągle zaprzeczało faktom i zapewnieniom kolegi.

 

Siedzieliśmy i popijaliśmy to piwko nielegalne. A ja nagle zauważam radiowóz, który powoli jedzie przez główną alejkę parku. Zmroziło mnie, ale kolega uspokajał – jesteśmy przecież ze sto pięćdziesiąt metrów od nich. Więc teoretycznie nic nam nie groziło.  Ale ja już miałem motylki w brzuchu i oczami wyobraźni widziałem jak z mojego portfela znika kilka stówek na mandat.  – Paranoik – usłyszałem znowu znajome słowa mojego kupla. A samochód policyjny tymczasem znikał rozpływając się we mgle. I znów zaczynałem wierzyć, że mam poważny problem z psychiką. Ostatni łyczek piwa i wstajemy. I do domu. Nie ukrywam, że cieszyłem się, że udało nam się nie dostać mandatu za spożywanie w miejscu publicznym.  Wstajemy z ławki i przed sobą widzę – no, kogo? Jak myślicie? Oczywiście! Policjanta w pełnym umundurowaniu! I co, czy mam paranoje? Oczywiście, że nie! To ja miałem rację, a kolega się mylił. Choć oczywiście wolałbym być tylko paranoikiem w takiej sytuacji.