Emerytura unplugged
Przeraziła mnie pewna pani z telewizji. I choć to, co oglądałem w tym czasie to nie był horror, to jednak powiało z ekranu grozą. Pani z telewizyjnego okienka poinformowała mnie, że wszystko wskazuje na to, że w przeciągu najbliższych lat ceny prądu wzrosną w Polsce o ponad siedemdziesiąt procent. Aż tyle! Zmroziło mnie i ściemniało mi w oczach. Ze smutkiem popatrzyłem na palącą się na stole lampę. Wsłuchałem się z ciche mruczenie lodówki oraz posapywanie pracującej zmywarki. Ze smutkiem zajrzałem w ekran telewizora. No tak, pomyślałem, jeśli do tego dojdzie to chyba będę musiał z was zrezygnować drogie sprzęty na prąd. Jeśli teraz płacę jakieś dwieście pięćdziesiąt złotych za elektryczność, to za te kilkanaście lat z paninej przepowiedni będę zmuszony płacić firmie energetycznej prawie pięćset złotych miesięcznie. A na, dokładkę zakładając, że nasza ojczyzna jest w permanentnym stanie kryzysu od jakichś czterdziestu lat to z pewnością nic się na lepsze nie zmienni. A jeśli nawet się coś zmieni to na gorsze, więc moje płatności za energię jeszcze bardziej wzrosną.
Zarabiam tyle, że nie bardzo zbliżam się do tej mitycznej przeciętnej krajowej. Więc pewnie nie mam, co liczyć na wielgachną podwyżkę mojego wynagrodzenia, która pokryje ten siedemdziesięcioprocentowy wzrost opłat za prąd, za te najbliższe kilkadziesiąt lat. Pewnie szybciej doczekam się tego, że znów jakiś nowy przywódca narodu i wizjoner gospodarki poradzi mi żebym zacisnął pasa i czekał na lepsze czasy, które nastąpią po okresie kryzysu. Więc z żalem trzeba będzie się pożegnać ze sprzętem domowym działającym na prąd. Może jak już będę w podeszłym wieku to żelazko zniknie z mojego domu? Może pralka? A może nastąpi u mnie wielki powrót do lampy naftowej! Choć pewnie wtedy okaże się, że ceny nafty tak wzrosną, że nie będzie mnie stać na to paliwo.
Moje przerażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy wyczytałem, że obecne trzydziestolatki, które mają przeciętną pensję, mogą liczyć za kilkadziesiąt lat na świadczenia odpowiadające około sześćdziesięciu procent ich ostatnich miesięcznych zarobków. Upss… no to mnie załatwili. Nie dość, że podwyżka o te siedemdziesiąt procent to teraz jeszcze to sześćdziesiąt procent moich wynagrodzeń przeciętnych wypłacanych, jako emerytura ma mi zapewnić byt godny i przy włączonym elektrycznym świetle. Po roku 2050 ponad 3/4 społeczeństwa będzie miało więcej niż sześćdziesiąt pięć lat. Można przyjąć, że tych szczęśliwców, którzy uzbierali sobie oszczędności, które pozwolą im na pełną niezależność finansową jest znacznie mniej niż tych, dla których emerytura będzie jedynym źródłem dochodu. Więc przyszłość rysuje się bardzo mroczna w sensie dosłownym. Mroczna, bo bez światła, na które po prostu przyszłych emerytów nie będzie stać.
Jednego, czego możemy być pewni to tego, że podwyżki cen energii na pewno nastąpią. Jeśli zaś chodzi o nasze emerytury to raczej wszystko jest tu czystą futurologią. Za bardzo nie mogę sobie wyobrazić, że ta część emerytury pochodząca z otwartych funduszy emerytalnych (OFE) będzie tak wielka, że zapewni mi ten upragniony dostęp do elektryczności po opłaceniu rachunków. A obecny kryzys finansowy upewnił mnie w przekonaniu, że lokowanie tam moich pieniędzy przeznaczonych na starość to jeden wielki hazard. Który może i ma swoje plusy, ale ważne żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów – jak mawiał klasyk. Na państwo, czyli na Zakład Ubezpieczeń Społecznych odpowiadający za pierwszy filar mojej przyszłej emerytury też nie mam co liczyć, więc pozostaje mi tylko głęboka nadzieja, że przez te lata, które zostały mi do emerytury ktoś wymyśli jakieś tańsze źródło energii i światła. Bo jak nie to czarno to widzę.
