Prezydentura, czyli do wczoraj najlepsza praca w kraju
Do wczoraj myślałem, że najlepszą pracą w Polsce jest stanowisko prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. W tym przekonaniu utwierdzały mnie liczne jeszcze do niedawna wypowiedzi prawych i sprawiedliwych polityków, którzy wymachując konstytucją udowadniali, a nieprzekonanych przekonywali, że prezydent jest najważniejszą osobą w państwie. Ogólnie, otoczenie obecnie nam panującego pana prezydenta stwarza przy każdej nadarzającej się telewizyjnej okazji wrażenie, że ich szef obecnie zamieszkujący pałac skupia najważniejszą władzę w kraju. Nawet w moim prowincjonalnym mieście mieliśmy swojego ustawicznego kandydata na prezydenta, który w każdych wyborach, od nowa wierzył święcie, że tylko on dzięki tak wielkiej władzy nadanej mu z woli wyborców zbawi naród, a nasz kraj doprowadzi do krainy wiecznej szczęśliwości. Czyli wierzył, że będzie miał realną władzę. Że będzie rządził i zawsze do niego właśnie będzie należało polityczne ostatnie słowo.
I tak żyłem sobie w przekonaniu, że dobrze być takim prezydentem. Mieszkać sobie w pałacu i rządzić. Ale wczoraj wszystko się skończyło. Tym, który zasiał u mnie wątpliwości, co do słuszności moich marzeń o pracy doskonałej, był nasz premier, który zrezygnował z kandydowania na urząd prezydenta. We wczorajszym przemówieniu na giełdzie, szef naszego rządu przekonywał rodaków, że potrzebuje prawdziwej i realnej władzy, by przeprowadzić plan polityczny, jaki ma dla Polski Platforma Obywatelska. A ta władza jest według premiera właśnie w rządzie. I teraz to ja już nie wiem, kto u nas jest ten najważniejszy. Bo jeśli realna władza jest tym, co nadaje rangę najważniejszej osobie w państwie to, po co mi marzenia o prezydenturze. Ja chcę rządzić naprawdę. Może, więc lepiej marzyć o premierostwie?
Premier czy może prezydent, który z nich ma to klawe życie? Sam już nie wiem? Co prawda ja nie marzę o wielkiej władzy, ale o tym, że będę miał na przykład wyżywienie klawe! Ale rozumiem, że ktoś dla dobra nas wszystkich takiej wielkiej władzy potrzebuje. Więc czym ona większa, tym jak widać na przykładzie słów premiera bardziej atrakcyjniejsza. – Więcej dobrych rzeczy, trudnych zadań, zrealizuję mając w ręku instrumenty rządzenia, a nie mieszkając w pałacu” – wyjaśniał premier. I trudno mu nie przyznać racji. Więcej zdziała działając, niż gdy tylko mieszkając w pałacu. Czyli jeśli ktoś marzy o prawdziwym trudzie władzy to warto pomyśleć o premierowaniu. Większa władza, ale i więcej zadań przed tobą. Jeśli jednak ktoś pragnie w spokoju pomieszkać w pałacu to proponuję starać się o urząd prezydenta.
– Wybory prezydenckie są ważne, ale to są wybory, w których stawką jest bardziej prestiż i wielki zaszczyt, a nie władza i instrumenty do dobrego i skutecznego rządzenia – przekonywał premier. Więc jak komuś marzy się prestiż i wielkie zaszczyty to powinien zdecydować się na prezydenturę w kraju nad Wisłą. Jeśli zaś pragnie zostać wirtuozem gry na instrumentach rządzenia to niech pomyśli raczej o premierostwie. To tylko moje takie dylematy w sferze marzeń. Ale tak mi jeszcze jedno nasuwanie pytanie. Jeśli mamy do rządzenia premiera to, po co utrzymywać urząd prezydenta? Jeśli wszystko w prezydenturze sprowadza się do prestiżu, pomieszkiwania w pałacu przy braku możliwości faktycznego rządzenia, to chyba lepiej pomyśleć nad tym, czy potrzebny jest nam taki urząd. Może dla jednolitości i skuteczności rządzenia wystarczyłby nam tylko premier?
