Antybocian
W ten piękny kwietniowy poranek do biura wpadł jak wiosenna burza nasz pryncypał i już od progu zawołał gromkim i władczym głosem: – Jest Malinowski!? No jasne, że go nie ma. Głupie pytanie. Jakby nie widział, że go nie ma. Bo przecież pokój, w którym pracuję wraz z kolegami i koleżankami oraz nieobecnym Malinowskim, to nie żadna hala fabryczna o powierzchni kilkuset tysięcy metrów kwadratowych. To pokoik maciupci, na którym nic ani nie da się ukryć ani nikogo schować. Faktycznie dziewiąta godzina, a Malinowskiego nadal nie było. Co prawda nikt z nas jeszcze nie wpadł w wir morderczej pracy. Choć zasadniczo to od ósmej dane nam jest pracować dla dobra firmy. A jego, Malinowskiego jak nie było, tak nie było. Szef wyszedł zawiedziony i zły najwyraźniej, na tę lekceważącą go, poranną nieobecność naszego współpracownika. A my jak to każdy pracownik z rana oddaliśmy się porannej ciężkiej i wytężonej pracy. Czyli przeglądaniu gazet i serwisów internetowych przy przyjemnym aromacie porannej kawy. A Malinowskiego nadal nie było.
Po porannym herbaciano – kawowym rytuale biurowym zabraliśmy się do pracy, która miała naszej ukochanej firmie przynieść krociowe zyski. Nagle wpadł do biura ten, na którego wszyscy czekaliśmy obstawiając zakłady, co do długości jego spóźnienia do pracy. Padł na fotel przy biurku zdyszany i wysapał tylko do nas: – Był? Widział, że mnie nie ma? Mówił coś? Trzykrotnie przytaknęliśmy, co wzbudziło w nim prawdziwą rozpacz. Zaczął się zwyczajny dzień w pracy. Zapomnieliśmy szybko o rozterkach Malinowskiego, bo rozdzwoniły się telefony. Znów zaczęło się codzienne życie biurowe w firmie średniej wielkości z wielkimi ambicjami biznesowymi. I tak dzień płynął sobie swoim zwykłym pracowitym rytmem aż tu nagle… – Malinowski! Natychmiast do mnie! – to nasz boss przywoływał do swojego gabinetu, naszego szanownego kolegę. Nieszczęśnik zerwał się na równe nogi i blady jak ściana pobiegł na dywanik do szefa. A my jak nas było w pokoju kilkoro cichuteńko pobiegliśmy jego śladem, aby zająć dogodne miejsce do podsłuchiwania. W biurze panuje zwyczaj otwartych drzwi, więc nie musieliśmy zbytnio wsłuchiwać się w słowa płynące z gabinetu pryncypała. – Malinowski, do nagłej i nieprzymuszonej…O której to się przychodzi do pracy?! – Ryknął nasz przełożony – to już trzeci raz w tym tygodniu. Masz coś na swoje usprawiedliwienie! – mam – odparł dziwnie spokojnie Malinowski – To wszystko przez bociany – dodał w drodze wyjaśnienia.
Jakie bociany? – Zapytał równie jak my, zaintrygowany pryncypał. A i my też chętnie dowiedzielibyśmy się, co z tymi bocianami. – Ano, panie szefie – rozpoczął opowieść Malinowski – jechałam sobie dziś rano do pracy a tu, co widzę?… Na drodze pełno ludzi. Samochody popakowane gdzie popadnie. Przejechać nie ma jak. Tłumy, ścisk, pisk, człowiek na człowieku. Wysiadłem i zaczynam wypytywać ludzi, co się stało? I okazało się, że na polu przy drodze leży krowa. To znaczy same szczątki krowy. Skóra tylko i kości zostały z biednego zwierzęcia. Krwi nawet nie bardzo dużo było. Ot, same kości. Chłop, pewnie właściciel krowy, rozpacza. Baba jego płacze. Ludziska ich pocieszają. Istna sodoma i gomora. Starałem się dowiedzieć, co się stało. Ale wszyscy tylko kręcili głowami i mówili: jak to, co, to te cholerne bociany! Bociany? – jakie bociany myślę sobie. Ano bociany mówią mi ludzie. Podobno – kontynuował opowieść Malinowski – bociany zaatakowały krowę na pastwisku. Całe stado ich się zleciało. I tak ją w kilka minut rozdziobały do kości. Żab nie ma. Zimno jeszcze. To i nie dziwota, że takie wygłodniałe. Nadleciały i w kilka minut całą krowinę opędzlowały na miejscu…i odleciały. Takie to krwawe bestie! I dlatego się spóźniłem – zakończył swą mrożącą krew w żyłach opowieść kolega Malinowski.
– I tak całą ją zjadły? – zapytał szef zadając pytanie, które i nas bardzo dręczyło. – Całą, tylko kości i skórę zostawiły – odparł nasz kolega. – Straszne – odparł boss. I w jego głosie słychać było… czy aby na pewno? Tak, słychać było zrozumienie. – Wracaj do pracy Malinowski – rzekł tylko. A swoją drogą jakie te bociany? Zastanawialiśmy się w biurze. Niby takie ptaki sympatyczne. Pod ochroną. Ogólnie takie wrażenie niewinnych ptaszorów robią. Spacerują sobie po polach. Żabki niby jedzą. Trawki jakieś. Na tych swoich gniazdach stoją. Bestie jedne. Na czerwonych nogach chodzą po polach. A dzioby? Okazało się, że już wiadomo, od czego są takie czerwone. Takie nieszczęście. A krowa może mleczna była. A swoją drogą temu Malinowskiemu to się zawsze coś ciekawego przydarzy w drodze do pracy. A nam to nigdy…nic.
