Zajączek, czyli stan pierwotny
Widziałem dziś zająca. Kicał sobie przez pusty plac z prawej strony niczego na lewą stronę niczego. To „nic” było kiedyś zieloną luką w centrum miasta. Stojąc na balkonie obserwowałem…no właściwie, co ja takiego obserwowałem. Ano to, co zostało z pięknej łąki, jaką miałem za oknem jeszcze na początku zeszłorocznej wiosny. A teraz nie ma tam prawie nic. I na tej nicości pojawił się nie pasujący do otoczenia zajączek. Pośród pustyni stoi jedno na wpół złamane drzewo walczące o przetrwanie. Kilka dni temu przyjechała tam betoniarka. I została po niej betonowa plama. Bo kierowca postanowił tam właśnie spłukać na ziemię to, co pozostało z ładunku. I ja teraz miałem to przed oczami. Piaskowo ziemistą pustynię zrytą przez gąsienice spychacza. Po środku walczące o przetrwanie drzewo, lub bardziej to, co z niego pozostało. No i oczywiście nasz zając, który przykicał. Po co on tam? Może przypomniał sobie, że jeszcze kilka lat temu mieszkał tam z rodziną i teraz poszedł zobaczyć, co zostało z jego zielonego domu? I pewnie mu się nie spodobało, bo jak szybko się pojawił tak szybko też zniknął. A jednak ucieszyło mnie to bardzo, bo to był żywy znak tego, że przyroda mimo naszych prób jej zniszczenia jednak daje sobie jakoś radę.
Nieczęsto zdarza się, żeby w centrum dość dużego miasta, bo liczącego blisko dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców była tak duża, niezabudowana jeszcze przestrzeń. Jeszcze rok temu, na tej zamkniętej między biurowcami, a blokami mieszkalnymi przestrzeni, była prawdziwa zielona łąka. Rosły drzewa i krzewy. Nie jakieś tam specjalne szlachetne gatunki nasadzone ludzką ręką. Ale to, co samo się zasiało i samodzielnie wyrosło w raczej nie sprzyjającej przyrodzie miejskiej okolicy. Latem rosły tam wysokie na prawie metr trawy. Wszystko to dość dziwnie wyglądało w wśród miejskiej zabudowy. Zielona i żywa wyspa pośród betonu i asfaltu. Taki nieużytek przeinaczony pod przyszłą zabudowę. Mogłem z okna obserwować zmieniające się na tym wielkim przez nikogo nie niepokojonym trawniku zmiany pory roku. Wiosną obserwować jak budzi się do życia. Latem jak rozkwita i szaleje wszystkimi kolorami. Jesienią jak przygotowuje się do snu. Zimą jak trwa w dziwnym i zastygłym krajobrazie bieli, szarości i brązu. Tak było przez kilka lat. Ale w ostatnie lato wszystko się skończyło. Moi sąsiedzi po drugiej stronie łąki postanowili na swoim terenie wybudować jeszcze jeden biurowiec. I przy okazji tej budowy zniszczyli moją zielona wyspę. Na początek zwieźli na nią gruz powstały z rozbiórki tego, co tam budowali czy przebudowywali. Potem, gdy kopali fundamenty, zwalili na te krzewy, drzewa i trawę tony ziemi. Zakopali mi tę moją łąkę. No dobrze nie moją, ale jak sprawdziłem też nie ich. Ale że budowa była budową państwową, policyjną i pewnie opartą o sześć państwowych urzędów to, kto się tam do nich przyczepi za to zagruzowanie i zasypywanie nie swojego terenu zielonego. A w zasadzie nieużytków – jak określił ten teren urzędnik, któremu się poskarżyłem. – Oni to potem wszystko posprzątają i przywrócą stan pierwotny – dodał. A ja uwierzyłem w swej wielkiej naiwności.
I wybudowali potężny budynek. Na miarę swoich możliwości i to pewnie w zakresie budownictwa nie będzie ich ostatnie słowo. I tak się złożyło, że zakończyli budowę późną jesienią. Księżycowy krajobraz zwałów ziemi, gruzu oraz wszelkich pobudowlanych śmieci towarzyszył mi przez całą zimę aż do wiosny. I jakiś miesiąc temu… nagle pojawił się ciężki sprzęt. Koparka i kilka wywrotek. I zniknęło to śmieciowisko. Czyli słowa urzędnika, który mi obiecał, że posprzątają stało się ciałem. Ciężarówki z gruzem i ziemią pojechały w nieznane. I co… i jak w piosence Wojciecha Młynarskiego: przyszedł walec i wyrównał. Wszystko, co tam było. I te krzaczki. I te trawy i te drzewa. I wszystko, co tam żyło, nagle przestało. Czyli przyjechali i posprzątali zamieniając to, co kiedyś było zielone w brązową piaszczystą pustynię. Tak oto zgodnie ze słowami urzędnika wszystko wróciło do stanu pierwotnego. To, co było żywą zieloną wyspą wśród budynków miasta z drzewami, krzakami i bujną trawą stało się pustynią. Tam, gdzie mieszkały zające, gdzie gniazdowały ptaki, teraz jest rozjechaną pustynią z plamą betonu pośrodku. I najciekawsze jest to, że urzędnik z magistratu kompletnie nie rozumie, że to, co zrobiono, to nie jest powrót do stanu pierwotnego.
